2017: 69 książek - 2016: 75 książek - 2015: 78 książek - 2014: 89 książek - 2013: 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl

Wpisy z tagiem: hala Mirowska

środa, 11 kwietnia 2018
Dziennik pisany w kwietniu (odc. 1)

 


(Kadr z filmu "Mamma Roma", reż. Pier Paolo Pasolini, 1962)

 

3. Poszedłem do kawiarni. Myli okna i woda spływała z wysokości (nie umyłem okien, mea culpa).

4. Poszedłem do kawiarni. Myli ściany. Siedziałem z W. patrząc na brak fontanny i słońce. Na wysokich obcasach przechadzały się z telefonami przy uszach.

5. Łąka, łąka w Parku Akweduktów. Zapisywałem niedawno (siedząc w ikei z widokiem na parking), że umyka nam tło. Więc teraz z "Mamma Roma" wycinam tę mało znaczącą scenę z łąką. Pięćdziesiąt lat później bowiem, nic nie wiedząc o filmie, będziemy na tej łące szczęśliwi spacerując pośród maków. A. i ja, nie ma jeszcze Dziecka. (O "Mamma Roma" napisano już wszystko, o tle piszę ja).

6. Sezon koncertowy na Krakowskim Przedmieściu: trio akordeonowe na stołeczkach z pieskami, co pięćdziesiąt metrów. Nie mają mocy romskiej orkiestry dętej, ale ich fałszująca melodia świadczy - jak ufam - że nadchodzi ciepło

7. Oprócz czosnku (tutaj), którego jeszcze nie ma, o nadchodzącym cieple na hali świadczą żonkile. Dziecko nazywa je po prostu żółte i wybiera tulipany, różowe. Opowiadam sobie i Dziecku (a może zmyślam, że opowiadam?) o tym, że niedługo będziemy zbierać muszle. Eurytellina, eurytellina.

8. Nie mogłem doczekać się ciepła. Swoim snom za nie obiecywałem kostarykańskie arbuzy i hiszpańskie truskawki. Uchylcie mi waszego czerwonego skrawka - prosiłem ja, Tomasz niewierny.

9. O 8.10 na przejściu przy metrze musculus plantaris. Och, jak wielkie jest moje olśnienie, jak nie wyraża go nic tylko łacina. O, dulcis!

10. Płoty prowadziły mnie z tramwaju i do tramwaju. Dziwne obrzędy dziwnych plemion. Ludzie wyginęli na mieście. Tylko w kawiarni, w kawiarni zabrakło kanapek. (Z trudem przychodzi mi od paru miesięcy niekomentowanie rzeczywistości, niepisanie o Kościele i o republice, tak jak dzisiaj).

 

poniedziałek, 18 grudnia 2017
Dziennik. Drugi tydzień Adwentu

 


(Edward Hopper, Bar automatyczny, 1927, Des Moines Art Center, źródło: wikimedia.org)

 

Piszesz dziennik, to powinno wystarczyć. Twój miniaturowy sprzeciw dla dwudziestu osób. Twoje komunikaty, twoja opozycja.

Wieczorem serial i pełno śniegu. Pójdziemy lepić bałwana pomyślałem, ale jutro. Rankiem nie zostało śladu - powtórzyło się to jeszcze raz w tym tygodniu.

Katecheza nr 1. Pierwszą opowieścią jest Arka Noego. Zwierzęta grzecznie maszerują na pokład. Dwie żyrafy, cztery niedźwiedzie polarne z lego. Dziecku się podoba. Tylko jak do tej bajki wstawić dobrego Boga?

Katecheza nr 2. To przez metodę historyczno-krytyczną tak mi trudno opowiadać o Bożym Narodzeniu. Zapomnieć o tym, co wiem i na nowo ulepić opowiastkę o słodkim malcu w żłóbku z wołem, osłem i palmą. - Halo, Fifik! - Dziecko za telefon wzięło Jezuska z przyklejoną główką (tutaj).

powinienem zostać w papierze. nic poza papierem nie istnieje naprawdę.

śniło mi się, że w nowojorskim metrze istniały domy publiczne dla potwornych robotycznych rowerów.

jesteś jak ryba.
rozmowy o karpiu przed wigilią.

światło moich oczu. światło rorat. światło mcdonalda przy puławskiej.
pierwszy raz lepiej czuję się w ciemności. może ryba, ale nie ćma.

lęk przed maskami. mój ulubiony wyraz twarzy to maska.

starsza pani podaje przepis na kompot (dzień jest szary): na noc zalać wrzątkiem i ułożyć cytryny. rankiem oddzielnie ugotować cynamon i goździki. - pan słucha starszej pani - mówi sprzedawca suszu.

śniło mi się: byłem zgrzybiałym starcem o rozpadających się członkach.

(10-17.12.2017)

 

wtorek, 10 października 2017
Dziennik pisany na przełomie września i października

 


(Thomas Hoepker, Berlin Wschodni, 1974, źródło: www.vintag.es)

 

Nosorożec

- Nie każdy ma tatę-nosorożca - powiedział tata-nosorożec do Dziecka, przykleiwszy sobie róg z klonu do nosa. Już, już tata-nosorożec miał umieścić tatę-nosorożca na profilowym na fejsbuku, kiedy spojrzał na A., a ta popatrzyła na niego z powątpiewaniem. A więc zamiast tata-nosorożec rzucił się w te pędy szurać w liściach.

Ery. Paleozoik

Przeprowadzka M. z Lublina do Warszawy zamyka pewną erę. Kiedy pisaliśmy do siebie dużo elektronicznych listów, ona jedna była jeszcze Lublinem. Ta, która nie wyjechała, tak jak po kolei wyjeżdżali wszyscy ze szkoły podstawowej, z liceum, z innych miejsc i czasów. Rozstawali się z trolejbusami i Ogrodem Saskim w ten sam sposób, w jaki ja porzuciłem Lublin osiemnaście lat temu. Złotą jesienią, wśród złotych liści drogi numer siedemnaście, wprost na Śniardwy (ulicę, nie jezioro). Działo się to jeszcze przed naszą erą.

Alleluja

- Alleluja, alleluja - śpiewało Dziecko po powrocie z wieczornej mszy. Jako, że najłatwiejszą melodią, na którą mogliśmy je nakierować był Cohen, Dziecko śpiewało jego wersję. Oglądałem na ekranie zakrwawione twarze z Barcelony. - Alleluja, alleluja - kontynuowało Dziecko.

Fifik

Po zniknięciu Ninki i Ali, w życiu Dziecka na stałe zagościł Fifik. O Fifiku wiemy przede wszystkim to, że piszczy, a wiemy to z powodu dźwiękonaśladownictwa uprawianego przez Dziecko. Fifik piszczy i Dziecko piszczy. Poza tym to Fifik robi gababan, czyli rozrzuca zabawki w naszym domu, Fifik nie chce zupki, Fifik nie słucha się i wskakuje na kanapę.

Wczoraj na męskiej wyprawie po susi dowiedziałem się, że imię Fifik pochodzi od świeczek, dokładnie od czynności ich zdmuchiwania: fiii... fiii.... Fifik.

Sennik

Wigilia w takim domu jak pod Kielcami. Pełno borowików, bo ma przyjść prezes banku. Uciekam do kuchni, gdzie siedzą ci, co im się nie podoba. Po schodach, musimy się przebrać. Stryszek przypomina szatnię, światło jest bardzo gęste. Rozbieramy się. Zaczyna padać deszcz, naprawdę.

Z Joachima Sartoriusa

Małe wargi, nabrzmiałe pod miętą,
i najbardziej czuła krągłość świata.

Czwartek

W czwartek zdumiałem się, że to już czwartek. Wcale nie chodziło mi o upływ czasu - przyzwyczaiłem się do tego, że dni są tak niezmienne, deszcz uderzający o mankiety płaszcza, ciepła kawa. Nie potrafiłem jedynie przegonić myśli, były gdzieś indziej: w zeszły wtorek, w zaprzeszłą sobotę.

- Pojedźmy do lidla, jest festiwal ziemniaka - powiedziałem, A. przytaknęła, a Dziecko pobiegło krzyczeć pod drzwiami.

Ery. Mezozoik 

Wieczorem H. napisała esemesa o Julii H. Dawno, dawno temu - myli mi się chronologia: era H. za biurkiem jest przed erą korespondencji z M., ale za to dużo później niż mój wyjazd z Lu. - pisaliśmy do siebie sporo i często. Za wspomnianym biurkiem siedziała H., w pokoju obok R. a piętro niżej Dż. Esemesy od H. były wówczas bardzo ważne, chociaż nie czytałem jeszcze Dunbara, łatwo się domyślałem, że między innymi o nie chodzi w przyjaźni.

A potem przestaliśmy pisać esemesy. Następnym razem spotkamy się w październiku. Coraz rzadziej się spotykamy i coraz mniej wina.

Spodek

Nieopodal starej, poczciwej Hali Mirowskiej, tej z wronami wysiadującymi na markizach, z wojowniczymi staruszkami z dwukółkami zamiast czołgów i zagranicznymi turystami fotografującymi rydze i kurki, wylądował statek obcych. W ramach rozrywek weszliśmy do niego z Dzieckiem. Nagle z targowego harmideru i liści sałaty pod stopami przenieśliśmy się do sterylnego wnętrza, w którym panowała oszałamiająca cisza (na nic trud didżeja). 

Dziecko chciało jak najszybciej wychodzić. Dobrze, bo nie stać nas było na kosmiczne jabłka bez glutenu.

Niedziela

- Trzeba cieszyć się życiem - strofuje mnie, apostoła małych radości, A. Niebo usiłuje wedrzeć się przez okna, więc zamykam je szczelnie. Mnie tu nie ma, jestem gdzieindziej. Nawet kawa jest dzisiaj na wynos.

Nad wodą wielką i czystą

Kiedyś nam ta Polska odpłynie, myślę sobie przy zmywaniu.

Dedykacja

Żegnałem Afrodytę Uranię w pół strony, w pół słowa. Samolot miał odlecieć rano. Dni na Północy robiły się coraz krótsze. 

Żegnałem Afrodytę Uranię - tylko ja o niej wiedziałem - w pół snu.

(29.09-10.10.2017)

 

piątek, 15 września 2017
Dziennik pisany we wrześniu (odc. 2)

 


(Pablo Picasso, Mężczyzna i kobieta, 1902, kol. pryw., źródło: pinterest.com)

 

Najpierw 

Co było najpierw? Najpierw były góry grzybów na hali, takie niewyobrażalne hałdy podgrzybków. A potem, potem było puste Krakowskie w słońcu i różowa dziewczynka rozmawiająca z psem. A później było dużo dźwięków, cała kakofonia sobotniej ulicy. Wreszcie przyjechały ciężarówki i ustawiły barierki, las barierek: podzieliły sobotę na dwoje.

To

A. źle się czuje, a Dziecko poszło spać. Stoję więc pod kościołem tego lata na wieczornej mszy (światło od środka) i zamiast kazania dociera do mnie Herbert:

to co po nas zostanie 
będzie jak płacz kochanków 
w małym brudnym hotelu 
kiedy świtają tapety

Przygoda

Wychowanie syna to jest prawdziwe wyzwanie dla mężczyzny - rzucił w sobotę mój kolega, ten z Pasa Biblijnego, kiedy przyprowadziłem Dziecko do pracy. Zmotywował mnie.

Teraz czeka nas prawdziwa męska przygoda - powiedziałem do Dziecka: Idziemy do carrefour express.

Dziecko wzięło nawet kaloszki, ale podczas p.m.p. napotkaliśmy tylko jedną kałużę.

Pożegnanie z Afryką

Dwadzieścia dwa lata spędziłem w Afryce - w dżdżystym autobusie dzwoni starszy facet. Jadę z sejmu, zamieniam się w słuch. Szumi sawanna: krople spływają po szybach.

W dniu pogrzebu Julii H.

Nic nowego o życiu nie wymyśliłem, nic odkrywczego nie napisałem. Zdania zawsze grzeszą banałem. Inne pory roku. Jedynie próby, żeby pozostać zostać.

Schadzka

Środa. Następnym razem spotkamy się w październiku. Coraz rzadziej się spotykamy i coraz mniej wina. R. dopija drugi kieliszek prosecco. Dż. nakłada grynszpanowy płaszcz. H. ma czterdzieści lat, ale dopiero za rok a teraz się zbiera. To, co jest ważne, jest ważne w tej chwili. Ludzie są tylko zwierzętami w czasie, ale brakuje im czasu.

Polacy witają cudzoziemców w Ogrodzie Saskim

Maszerowaliśmy wieczorem przez Ogród Saski, rozmawiając skąd się bierze ta cała agresja teraz. Akurat zza zakrętu wyszło konferencyjne towarzystwo, Hindusi w garniturach i im podobni. Minął ich typowy parkowy facet z pieskiem i tylko mruknął pełen polskiej gościnności: skąd ta hołota przyjechała.

Autor bloga gubi się w czasie 

Czwartek. Ciągle jest środa. Zdawałem sobie sprawę, że dni się zmieniały, ale tak naprawdę nie różniły się zbytnio od siebie. Każdej niedzieli dziwiłem się, że już jest niedziela, ale tylko to. Wieczorna msza tego lata, dzieci biegające wokół kościoła. Coraz wcześniej zmrok. Ciągle jest środa: nie zapisuję dat, bo nie mają większego znaczenia. Zatraciłem umiejętność odnajdywania w dobach jakiejkolwiek odrębności. Gnębi nas tu jednakowość. Ciągle jest środa. Zdawałem sobie sprawę z ulotności wszystkiego, ale usilnie wyobrażałem sobie wyłącznie to, co niemożliwe.

[09-14.09.2017]

 

środa, 23 sierpnia 2017
Dziennik pisany w sierpniu (odc. 4)

 

(Edward Hopper, rysunek dziewięcioletniego Edwarda na świadectwie z trzeciej klasy, 23.10.1891; źródło: https://davidkanigan.com/2017/08/08/edward-hopper-third-grade-report-card) 

 

Jajo

Z łatwością przejmuję cudze style pisania. Na przykład teraz po Knausgardzie, mam podświadomą ochotę pisać Knausgardem. Zapisywać mój osobisty słownik: drzewa, jajo. Tęsknię za słowami, całe dnie brakuje mi rozmowy, czegoś, co wyrasta ponad proste komunikaty:

- Chcesz coś zjeść? – pytam Dziecka.
- Tato, jajo! – odpowiada.
- Na pewno? – dociekam.
- Jajo! – powtarza.

(Knausgardem: Lubię ten moment, kiedy rozbijam je i spada na rozgrzane masło. Białko ścina się prawie natychmiast. Pilnuję żółtka. Nauczyłem się w domu pod Pizą, żeby jajecznicę smażyć właśnie w ten sposób: dopiero ścięte mieszać, nie wcześniej, nie w kubeczku zanim na patelnię. Lubię ich żółty kolor, którego nie ma w żadnym zestawie kredek Dziecka, ale po cichu przyznam: wolałbym zjeść je na miękko). (16.08.2017)

Na skróty

Skrócenie dnia, przykurcz mięśni, zmrużone oczy. W drugiej połowie sierpnia wszystkiego ubywa. Żal jest miast odległych, nieodbytych podróży, książek, które się miało przeczytać. Ruch autobusów rytmicznie wyznacza każdy dzień. Porządek panuje w Warszawie: sejmikują w niej siwe wrony, a nie gawrony jak w Lu. (17.08.2017)

Moje życie z Edwardem Stachurą

Doprawdy nie wyobrażam sobie siebie wtedy: owej wiosennej pielgrzymki, którą odbyłem na Grochów, aby szukać śladów, bez przerwy słuchania nagrań i powtarzania wersów o trzęsieniu ziemi w Peru i o tym, że z nim będziesz szczęśliwsza. Kiedy opuszczałem Lublin, patronował mi Edward, ten sam, który kiedyś opuścił Lublin, rozczarowany i niechętny. Wybór poety jest tak naprawdę wyborem języka, który potrafisz przyswoić. Z wiekiem otwiera się przed tobą zupełnie odmienny wybór metafor: zaczynasz rozumieć nowe języki, zapominasz starych.

Nieprawda, że się zestarzał, osiemdziesięcioletni Edward Stachura, choć go zaniedbałem, ciągle uczy, że wszystko przemija (lekcja z "Listów do Danuty Pawłowskiej" czytanych jeszcze naiwnie). 

(18.08.2017)

O przemianach pór roku

Letniość sukienek niech cię nie oszuka. Truskawki przecież już jesienne.

Niemniej tamtego lata, wiele lat temu, tego dnia, kiedy byliśmy szczęśliwi, był środek lata. Jesień przychodzi teraz dużo wcześniej. Pory roku są jedynie naszymi uczuciami (19.08.2017).

Mgławica

Mgławicowy oznacza bardziej niż mglisty. Niepewność kryje się w tym dniu. Roi się nam rzeczywistość: babeczka z borówkami, tramwaje w deszczu wzdłuż hali, błogosławieństwo na koniec - albowiem rozkoszować się należy dniami bez wyjątku, nie wiedząc ile ich jeszcze (20.08.2017).

Deszcz

Dzień był lekki. Jasna ciocia uśmiechnęła się i podała Dziecko, Dziecko uśmiechnęło się i pozwoliło usadzić w wózku. Okryłem je kurtką. Padało, ale to był dobry deszcz: drobny i pachniał chmurami. Na przystanku jakiś facet jadł śledzie, które kupiłem mu przed chwilą. Poszliśmy z Dzieckiem do piekarni spytać o ciepłą herbatę dla niego. Była (21.08.2017).

Narada

Cóż mogę ja prosty urzędnik wiedzieć o zepsuciu władzą?
Siedzieliśmy, dziesięciu mężczyzn, za stołem zdobnym w motywy klasyczne i koreczki z rzodkiewką. Wśród nas wielu walczyło kiedyś, ale nikomu nie dało się przeskoczyć płotu. Zastygliśmy w śmiesznych pozach obok, na pośmiewisko historii, która znowu zapragnęła zabawić się nami. Bolały nas niespełnione sny o krwawych rewolucjach: teraz w gabinecie zależało od nas niewiele, ale jednak trochę. Popijaliśmy więc herbatę i wypowiadaliśmy dramatyczne kwestie: powinien zniknąć, potrzeba przesilenia. Och, jak brzydziły nas: polityczna poprawność, uchodźcy i prezydent Słupska. Najbardziej za to podniecała nas możliwość napisania na nowo naszych życiorysów. Żeby zakończyć taniec żałosnych figur, żebyśmy byli wielcy (b.d.)

Rzeczy ważne

Tutaj nie ma sensu - orzekła A., wychodząc. Szukaliśmy sensu (i kaloszków) w sklepie obuwniczym (21.08.2017).

Nadaremno

Powinienem się zdziwić, kiedy kolega-mormon powiedział mi, że nie kupuje w Ikei, bo ona wspiera eldżibiti. Ale nie zdziwiłem, bo działo się to w tygodniu, w którym katolicki ksiądz w państwowej telewizji oświadczył, że zamach w Barcelonie jest boską karą za rozwiązłość a pewien gwiazdor odkrył, że wichura pustoszyła domy grzeszników, omijając te z kapliczkami.

Napisałem do kolegi z krainy zameczków i księżniczek, że mam poważny kłopot z byciem katolikiem w Polsce. Nie lubię form, w których dawno nie ma treści (22.08.2017).

Środa

Trzeci dzień łapie nas deszcz zenitalny około czwartej popołudniu. Zaczyna na Krakowskim i mija, kiedy wsiadam do autobusu, potem z nową siłą uderza, gdy wysiadam z metra. Aż A. kupiła wczoraj parasolkę.

Pocztą przyszedł Kawafis. Chciałbym zacząć pisać nim a nie Knausgardem. Kawafis miał pokreślone pieczątki z biblioteki w Szczytnie. Sprawdziłem, że tam już go nie ma w żadnym katalogu.

Piękne kurki miała kobieta na Wilsonie. Nieziemski z nich zrobiłem sos.

(23.08.2017)

  

czwartek, 13 lipca 2017
Dziennik pisany w lipcu

 


(Monica Bellucci w filmie "Malena", reż. G. Tornatore, 2000, źródło: tumblr.com)

 

Odcięcie

Zapytałem żartem, czy jeszcze pracuję. Tak, oczywiście - odpowiedzieli informatycy, dodając, że sieć nie rozpoznaje mojego komputera i nie wiedzą czemu. Najpierw był jeden, potem przyszedł kolejny - odbywali konsylium wpisując magiczne formuły. Nie działało. Odcięli mnie od codzienności: i tak nie chciałem wracać (05.07.2017).

Mandarynki

Siedzieliśmy w gabinecie przed telewizorem. Aktor, pomyślałem, gdy zaczął z emfazą i ekscytacją. Słowa mówił gładkie, pochlebne, tłum wiwatował. Bóg, Polska, cywilizacja - tak niewiele trzeba w tym kraju, żeby stać się prorokiem. Aktor, przysłuchiwałem mu się uważnie, choć w gabinecie sam jeden byłem sceptyczny. On grał, a myśmy się z każdą minutą na jego grę nabierali.

Tego dnia zrozumiałem jak bardzo jest naiwny ten naród żyjący nad Wisłą, jak łatwo go kupić, jak niewiele trzeba, żeby go zmanipulować. Zrozumiałem historię i teraźniejszość: wiara w cuda, zamachy w Smoleńsku, Jezusa, który jest Polakiem, własne wybranie i dziejową misję, strach przed obcymi, ucieczka od wolności i rozumu: małe niedojrzałe narody są jak małe niedojrzałe mandarynki, nie nadają się do niczego.

Prawicowy propagandyści dochodzili na wizji, z ekranów lały się peany ku czci człowieka, którego reputacja jest bądź co bądź nie najlepsza. To było jak Zjazd Gnieźnieński, Jan Paweł II zmartwychwstał - odpytywali otumanionych ludzi, którym do głowy nie przyszło, żeby sprawdzić kim naprawdę jest Donald Trump. Ten ostatni spieszył się na spotkanie z Wołodią, oni pobiegli machać flagami (06.07.2017).

Niewypowiadalne

Było mnie w dwóch fontannach.
Było mnie w czterech kawiarniach.
Nie było mnie u mnie.

Wybiegłem a potem wróciłem, zamknąłem się w pokoju i odczyniłem uroki (07.07.2017).

Malena

Pod halą młoda dziewczyna w krótkiej białej sukience w granatowe pasy pakuje do reklamówek wysmukłe ostróżki: bardzo jej z nimi do twarzy. Za sprzedawców tego ranka robi dwóch chłopców, lat najwyżej dwanaście, ojciec przysypia w furgonetce. Gdy dziewczyna przykuca i nachyla się, a oni podają jej w słońcu zielone łodygi, ich ciekawskie twarze oblewa rumieniec.

Przypominam sobie Monicę Bellucci, która spaceruje - ta scena na zdjęciu - po najpiękniejszych Syrakuzach (08.07.2017).

Plac

Tatusiowie w galeriach handlowych obsiadają place zabaw. Przyglądają się przechodzącym, zapisują w komórkach bloga. Dziecko akurat zasnęło, więc nie trzeba biegać. Jeśli to przywidok, to ja też już śnię (09.07.2017).

Czekolada

To, co pójdziesz po czekoladę? - zapytała A. Właśnie zamierzałem - pośpiesznie nakładałem buty. Od lat zdarza się to samo. Pamiętam, kiedyś przeczesywałem późnym wieczorem okolice w poszukiwaniu draży, ale dawno nie jemy już draży. Teraz tylko z okienkiem. Szybko do kerfura. Mijam sąsiada, który wraca z wódką (10.07.2017).

Sushi

(O, Portugalio!) Któregoś dnia po powrocie kupiliśmy z sąsiadami (innymi, nie tymi od wódki) na spółkę sushi. Potem trzeba było oddać pieniądze i jakoś tak zleciało. Poszedłem wieczorem. Otwierają drzwi. W salonie leci - znaczy oni to oglądają - gadzinowa telewizja a w niej gość o oczach świra, który - dam sobie uciąć palca - jest agentem Wołodii, oskarża o zdradę Wałęsę. Więcej sushi raczej nie będzie (11.07.2017).

Południe

Przyszedłem cię zobaczyć, ale ciebie nie ma. Albo cię wymyśliłem, albo zbyt daleko. Wezmę flat white na wynos i obejrzę zdjęcia. Oglądanie to nic innego jak udawanie, że naprawdę (12.07.2017). 

Diabeł i brzytwa

Padało od rana. Kolega mormon zdradził mi w sekrecie, że przez papieża Franciszka przemawia diabeł. Zresztą sam diabeł o tym zaświadczył w Brazylii. (W Brazylii mówią po portugalsku!) Zastanawiam się, czy z tego dziennika będzie się kiedyś dało odczytać świadectwo tego jak kraj przechodził od demokracji do autorytaryzmu (bez metafor, że my z demokracją to jak małpa z brzytwą). Autor bloga, oportunista, jawny współpracownik, przyglądał się milcząco, co oznacza zgodę. Było to tego lata, w którym rządzący uznali, że Monteskiusz się mylił i narodziła się nad Wisłą mała Turcja (a może Salazaria?). Być może autor bloga nawet znacząco chrząkał w proteście (13.07.2017).

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9