2017: 69 książek - 2016: 75 książek - 2015: 78 książek - 2014: 89 książek - 2013: 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl

Wpisy z tagiem: hala Mirowska

środa, 12 września 2018
Dziennik pisany we wrześniu (odc. 1)

 

1. 

Sprzedawczyni kurczaków w pierwszy wrześniowy ranek cieszy się niewymownie: będę chodziła na flamenco - opowiada.

Ostatnie truskawki, mówimy Dziecku, choć nie znać dziś końca lata.

2.

Lilie powodują złe sny. Tak sobie tłumaczę pośrodku nocy.

3.

Kiedy już oddaliśmy Dziecko Systemowi szliśmy przez osiedle. Dopadł nas zapach pieczonych bułeczek z samu. Nadjechał czarno-biały autobus.

Przyglądać się - tyle zostało, kiedy wieczór coraz szybciej i blisko nowiu (nowy telefon pokazuje obracający się Księżyc, ulubiona funkcja Dziecka).

4.

Odkryłem w moim nowym telefonie również funkcję kategoryzowania życia. Opisując zdjęcia, aparat umieszcza je np. w kategorii "szczęście". Dobrze wiedzieć, gdzie występuje.

 

 

Dziennik podróży na pętlę EC Siekierki. Mamince nie podobały się trzy kominy, ani też mężczyzna z wielkim brzuchem, który spluwał na rogu. drogi, zakręty, domki, zagrody, drzewo-krzaki, ludzie czekają na przystankach (pisał Miron B. równie ciekawski jak Dziecko). Zielsko rosło, mężczyźni brzęczeli butelkami, zbieraliśmy koniczynę, sto osiem w osiemnaście minut przewiozło nas do innego świata.

5.

Zrobił się ciemny wrzesień. Skakaliśmy po kałużach, ale ich też niewiele. Zamówione książki czekały w kiosku, ale skąd czasu, żeby je przeczytać wszystkie.

6.

Dziecko odpowiada Systemowi. Po ciemku Dziecko wstało z łóżka i ruszyło w kierunku łazienki. Chcę się porzygać - oświadczyło.

7.

Nadal doskwiera zmiana geografii. Dajmy na to autobus, którym jeździłem. Przedtem. Nie wiedziałem, że tyle czasu zajmuje droga wzdłuż cmentarzy. - Czy nacisnąć przycisk żeby się zatrzymał? - pyta w szarej sukience. Odpowiadam, że tutaj już nie ma przystanku. Patrzy wzrokiem smutnym, niespokojnym.

8.

Przewodnik po nieistniejącym życiu. Lilie od złych snów i znów ostatnie truskawki. Na sztucznej trawie słońce, ale wieczorem nadciąga jesień. Mam dwadzieścia kilka lat i pachnie deszczem na Racławickich, piszę sobie o Lublinie z M. W przyszłym roku masz trzydzieści dziewięć - stwierdza przed snem A.

9.

Budzimy się we mgle. Jesiennej, nie londyńskiej, ale i tak myślę o chwilach, które mój wewnętrzny aparat umieścił w kategorii "szczęście". Dzięki Bogu, że istnieje messendżer. (A. mi proponuje łotsapa).

10.

Po schodach od carrefoura człapie człowiek-legenda. Bardzo przyziemne są spotkania z połową historii Polski. Ciemno już się porobiło. Podlaliśmy pelargonie. Dziecko wymija historię zygzakiem.

 

poniedziałek, 13 sierpnia 2018
Dziennik pisany w sierpniu (odc. 1)

 

1. Minuta 

- Idziemy, idziemy - wózek trząsł się w zniecierpliwieniu. Dokoła wyło, dzwoniło i piekło (piekło cały dzień, nie tylko o siedemnastej). Najbardziej uroczyście wyglądali panowie z myjni, którzy wstali ze swoich plastikowych krzesełka, na których przesiadują od ósmej do dwudziestej drugiej, i teraz stali na baczność, częściowo topless. Inny gość o rumianych piersiach - pod pizzerią - naciskał z powagą klakson swojego beemwu. - Czemu nie idziemy? - dopytywał się wózek.

Na mieście ponoć szli ci, którym się pomyliło kto z kim walczył. Sam minister bezpieczeństwa publicznego pogratulował im zachowania zimnej krwi. O czystej, tym razem, nie wspomniał.

2. Końce

Nie zapisuję już, który to dzień upałów. Powietrza nie ma. Łapiemy je jak ryby na brzegu. Spotykamy się w hinduskiej knajpie na Kabatach. Klimatyzacja ledwo dycha. 

A co jeśli jesteśmy jak ogrodnik z piosenki Miłosza. Podwiązujemy pomidory, nie zważając na koniec świata i koniec Polski, jaką znamy?

(Dopisane: trzy dni później znajduję odpowiedni fragment w jednym z fenomenalnych opowiadań Buzzatiego: Pewnego dnia, około dziesiątej rano, nad miastem pojawiła się ogromna pięść. następnie otworzyła się, przybierając kształt szponiaste łapy, która zawisła na niebie nieruchomo jak bezkresny baldachim zagłady. Wyglądała jak z kamienia, ale nie była z kamienia, wyglądała jak ze skóry, ale nie była ze skóry. Wyglądała jak chmura, ale chmurą nie była. To był Bóg. I był koniec świata (s. 175)).

3. Stamtąd

W sierpniu jeszcze bardziej jestem nie stąd. Tutejsze mity nie są moje. W mojej prowincji Jasza Mazur i Józek Cz., również warszawski imigrant, co ginie absurdalną śmiercią - przed lustrem. Lipowa, nie Powązki. Lata mijają i przenosimy się do krain czasu przeszłego.

Zdjęcie z gór. Tęsknota za zmęczeniem i Drogą Mleczną, kawą z cukrem w schronisku na Polanach.

4. Piec

Po czterech miesiącach zdołaliśmy odkryć, że sklep rybny na hali - obiekt różnorakich westchnień (na przykład) - zamienił się w gruzińską piekarnię. Bucha od niej ciepło, choć niewyobrażalne dzisiaj, że może być jeszcze więcej ciepła.

Wydeptane ścieżki naszych kroków, na których nie ma miejsca na zaskoczenie.

5. Niedziela

W niedzielę plany mamy zawsze ogromne. Budzimy się o szóstej, za oknem burza. Dziecko znalazło się naszym łóżku.

Potem niedziela się niewyobrażalnie ciągnie. Dziecko pragnie rozrywki, my - spokoju. Uciec (do ludzi!) od gotowania i zmywania albo zaszyć się w jakiś Beskid albo chociaż dokończyć Buzzatiego

Przez pomyłkę pijemy późnym popołudniem mocną kawę. Dziecko już zasnęło. Dochodzi druga. Rozmawiamy o ogromnych planach, o tym, że nie warto ich snuć.

6. Obelżywość

Na środku Krakowskiego mężczyzna rozbiera się i oddaje mocz na zebrę. Uprzednio zdążył wykrzyczeć co sądzi o przechodniach, paru zaczepić i kilku pogrozić. Policja wciąż nie nadjeżdża. A gdyby - zamiast półnago - nałożyłby na siebie koszulkę z napisem KONSTYTUCJA już leżałby skuty z twarzą do ziemi i wdychał gaz pieprzowy

Albowiem nie ma w tym kraju nic bardziej obelżywego od konstytucji.

7. Kiedy po raz ostatni widziałem Paryż

Mogłem napisać coś o tamtym lecie, o Dziecku albo o A., tudzież o pociągu z klocków. Dręczy mnie ta banalność lata, banalność zapisów - pragnienie, żeby odlecieć. Tam.

- Kawa droższa niż w Paryżu - mówi jegomość z pretensjami o ósmej rano.

- Nie byłam w Paryżu - odpowiada Z., podając kawę.

- Ja mieszkam tam - łyżeczki stają na baczność.

(Przypis: Tam autora bloga to Północne Włochy. Cóż, skoro A. nie chce tam. Marzy o ciepłych krajach. Na próżno, ocierając pot z czoła, usiłuję ją przekonać, że ciepłe kraje teraz tu. Nawet renesans nie pomaga).

 


(Monchique, 2017, źródło: a.b.)

8. Monchique

Tego lata, które astronomicznie rzecz ujmując było jeszcze późną wiosną, na niedzielną mszę pojechaliśmy do Monchique. Zdziwił nas nieco tłum w dusznym kościele, ale znaleźliśmy całkiem dobre miejsce na stopniach konfesjonału. Pojawił się biskup, biskup był średniego wzrostu, Atlantyk raczej, a nie roztyty Pacyfik. Długo trwała msza w Monchique.

Wyszedłem z Dzieckiem pod koniec. Harcerze sprzedawali ciastka i Dziecko zajęło sobie miejsce z racuchem obok nieco starszej dziewczynki. Południe nadchodziło ciepłe, mieliśmy zaraz jechać nad Ocean.

Oglądam teraz jak palą się wzgórza dookoła Monchique. Sprawdzam co rano na mapie, czy nic nie grozi Lunie. Rozpoznaję znajome widoki. Nieszczęścia nadchodzą nagle, dopadają szczęśliwe miasta, które wcale na nie nie zasłużyły.

9. Bez czułości

Trzy lata później upał staje się nie do zniesienia. Topi w nas wszelkie uczucia, wszelkie potrzeby, choćby potrzebę czytania i pisania.

Na placu zabaw jest tak dużo dzieci, że z trudem daje się wypatrzyć nasze. Od tego gorąca roją się i wołają jedno przez drugie.

W upale nie ma czułości.

10. Bez burzy

Cały dzień czekanie na burzę. Opowiadaliśmy Dziecku, że nadchodzi. Rząd przysłał na komórkę komunikat o niej, tak jakby można od rządu spodziewać się prawdy. A ona nas ominęła, zostawiła naelektryzowanych i najeżonych.

 

środa, 11 kwietnia 2018
Dziennik pisany w kwietniu (odc. 1)

 


(Kadr z filmu "Mamma Roma", reż. Pier Paolo Pasolini, 1962)

 

3. Poszedłem do kawiarni. Myli okna i woda spływała z wysokości (nie umyłem okien, mea culpa).

4. Poszedłem do kawiarni. Myli ściany. Siedziałem z W. patrząc na brak fontanny i słońce. Na wysokich obcasach przechadzały się z telefonami przy uszach.

5. Łąka, łąka w Parku Akweduktów. Zapisywałem niedawno (siedząc w ikei z widokiem na parking), że umyka nam tło. Więc teraz z "Mamma Roma" wycinam tę mało znaczącą scenę z łąką. Pięćdziesiąt lat później bowiem, nic nie wiedząc o filmie, będziemy na tej łące szczęśliwi spacerując pośród maków. A. i ja, nie ma jeszcze Dziecka. (O "Mamma Roma" napisano już wszystko, o tle piszę ja).

6. Sezon koncertowy na Krakowskim Przedmieściu: trio akordeonowe na stołeczkach z pieskami, co pięćdziesiąt metrów. Nie mają mocy romskiej orkiestry dętej, ale ich fałszująca melodia świadczy - jak ufam - że nadchodzi ciepło

7. Oprócz czosnku (tutaj), którego jeszcze nie ma, o nadchodzącym cieple na hali świadczą żonkile. Dziecko nazywa je po prostu żółte i wybiera tulipany, różowe. Opowiadam sobie i Dziecku (a może zmyślam, że opowiadam?) o tym, że niedługo będziemy zbierać muszle. Eurytellina, eurytellina.

8. Nie mogłem doczekać się ciepła. Swoim snom za nie obiecywałem kostarykańskie arbuzy i hiszpańskie truskawki. Uchylcie mi waszego czerwonego skrawka - prosiłem ja, Tomasz niewierny.

9. O 8.10 na przejściu przy metrze musculus plantaris. Och, jak wielkie jest moje olśnienie, jak nie wyraża go nic tylko łacina. O, dulcis!

10. Płoty prowadziły mnie z tramwaju i do tramwaju. Dziwne obrzędy dziwnych plemion. Ludzie wyginęli na mieście. Tylko w kawiarni, w kawiarni zabrakło kanapek. (Z trudem przychodzi mi od paru miesięcy niekomentowanie rzeczywistości, niepisanie o Kościele i o republice, tak jak dzisiaj).

 

poniedziałek, 18 grudnia 2017
Dziennik. Drugi tydzień Adwentu

 


(Edward Hopper, Bar automatyczny, 1927, Des Moines Art Center, źródło: wikimedia.org)

 

Piszesz dziennik, to powinno wystarczyć. Twój miniaturowy sprzeciw dla dwudziestu osób. Twoje komunikaty, twoja opozycja.

Wieczorem serial i pełno śniegu. Pójdziemy lepić bałwana pomyślałem, ale jutro. Rankiem nie zostało śladu - powtórzyło się to jeszcze raz w tym tygodniu.

Katecheza nr 1. Pierwszą opowieścią jest Arka Noego. Zwierzęta grzecznie maszerują na pokład. Dwie żyrafy, cztery niedźwiedzie polarne z lego. Dziecku się podoba. Tylko jak do tej bajki wstawić dobrego Boga?

Katecheza nr 2. To przez metodę historyczno-krytyczną tak mi trudno opowiadać o Bożym Narodzeniu. Zapomnieć o tym, co wiem i na nowo ulepić opowiastkę o słodkim malcu w żłóbku z wołem, osłem i palmą. - Halo, Fifik! - Dziecko za telefon wzięło Jezuska z przyklejoną główką (tutaj).

powinienem zostać w papierze. nic poza papierem nie istnieje naprawdę.

śniło mi się, że w nowojorskim metrze istniały domy publiczne dla potwornych robotycznych rowerów.

jesteś jak ryba.
rozmowy o karpiu przed wigilią.

światło moich oczu. światło rorat. światło mcdonalda przy puławskiej.
pierwszy raz lepiej czuję się w ciemności. może ryba, ale nie ćma.

lęk przed maskami. mój ulubiony wyraz twarzy to maska.

starsza pani podaje przepis na kompot (dzień jest szary): na noc zalać wrzątkiem i ułożyć cytryny. rankiem oddzielnie ugotować cynamon i goździki. - pan słucha starszej pani - mówi sprzedawca suszu.

śniło mi się: byłem zgrzybiałym starcem o rozpadających się członkach.

(10-17.12.2017)

 

wtorek, 10 października 2017
Dziennik pisany na przełomie września i października

 


(Thomas Hoepker, Berlin Wschodni, 1974, źródło: www.vintag.es)

 

Nosorożec

- Nie każdy ma tatę-nosorożca - powiedział tata-nosorożec do Dziecka, przykleiwszy sobie róg z klonu do nosa. Już, już tata-nosorożec miał umieścić tatę-nosorożca na profilowym na fejsbuku, kiedy spojrzał na A., a ta popatrzyła na niego z powątpiewaniem. A więc zamiast tata-nosorożec rzucił się w te pędy szurać w liściach.

Ery. Paleozoik

Przeprowadzka M. z Lublina do Warszawy zamyka pewną erę. Kiedy pisaliśmy do siebie dużo elektronicznych listów, ona jedna była jeszcze Lublinem. Ta, która nie wyjechała, tak jak po kolei wyjeżdżali wszyscy ze szkoły podstawowej, z liceum, z innych miejsc i czasów. Rozstawali się z trolejbusami i Ogrodem Saskim w ten sam sposób, w jaki ja porzuciłem Lublin osiemnaście lat temu. Złotą jesienią, wśród złotych liści drogi numer siedemnaście, wprost na Śniardwy (ulicę, nie jezioro). Działo się to jeszcze przed naszą erą.

Alleluja

- Alleluja, alleluja - śpiewało Dziecko po powrocie z wieczornej mszy. Jako, że najłatwiejszą melodią, na którą mogliśmy je nakierować był Cohen, Dziecko śpiewało jego wersję. Oglądałem na ekranie zakrwawione twarze z Barcelony. - Alleluja, alleluja - kontynuowało Dziecko.

Fifik

Po zniknięciu Ninki i Ali, w życiu Dziecka na stałe zagościł Fifik. O Fifiku wiemy przede wszystkim to, że piszczy, a wiemy to z powodu dźwiękonaśladownictwa uprawianego przez Dziecko. Fifik piszczy i Dziecko piszczy. Poza tym to Fifik robi gababan, czyli rozrzuca zabawki w naszym domu, Fifik nie chce zupki, Fifik nie słucha się i wskakuje na kanapę.

Wczoraj na męskiej wyprawie po susi dowiedziałem się, że imię Fifik pochodzi od świeczek, dokładnie od czynności ich zdmuchiwania: fiii... fiii.... Fifik.

Sennik

Wigilia w takim domu jak pod Kielcami. Pełno borowików, bo ma przyjść prezes banku. Uciekam do kuchni, gdzie siedzą ci, co im się nie podoba. Po schodach, musimy się przebrać. Stryszek przypomina szatnię, światło jest bardzo gęste. Rozbieramy się. Zaczyna padać deszcz, naprawdę.

Z Joachima Sartoriusa

Małe wargi, nabrzmiałe pod miętą,
i najbardziej czuła krągłość świata.

Czwartek

W czwartek zdumiałem się, że to już czwartek. Wcale nie chodziło mi o upływ czasu - przyzwyczaiłem się do tego, że dni są tak niezmienne, deszcz uderzający o mankiety płaszcza, ciepła kawa. Nie potrafiłem jedynie przegonić myśli, były gdzieś indziej: w zeszły wtorek, w zaprzeszłą sobotę.

- Pojedźmy do lidla, jest festiwal ziemniaka - powiedziałem, A. przytaknęła, a Dziecko pobiegło krzyczeć pod drzwiami.

Ery. Mezozoik 

Wieczorem H. napisała esemesa o Julii H. Dawno, dawno temu - myli mi się chronologia: era H. za biurkiem jest przed erą korespondencji z M., ale za to dużo później niż mój wyjazd z Lu. - pisaliśmy do siebie sporo i często. Za wspomnianym biurkiem siedziała H., w pokoju obok R. a piętro niżej Dż. Esemesy od H. były wówczas bardzo ważne, chociaż nie czytałem jeszcze Dunbara, łatwo się domyślałem, że między innymi o nie chodzi w przyjaźni.

A potem przestaliśmy pisać esemesy. Następnym razem spotkamy się w październiku. Coraz rzadziej się spotykamy i coraz mniej wina.

Spodek

Nieopodal starej, poczciwej Hali Mirowskiej, tej z wronami wysiadującymi na markizach, z wojowniczymi staruszkami z dwukółkami zamiast czołgów i zagranicznymi turystami fotografującymi rydze i kurki, wylądował statek obcych. W ramach rozrywek weszliśmy do niego z Dzieckiem. Nagle z targowego harmideru i liści sałaty pod stopami przenieśliśmy się do sterylnego wnętrza, w którym panowała oszałamiająca cisza (na nic trud didżeja). 

Dziecko chciało jak najszybciej wychodzić. Dobrze, bo nie stać nas było na kosmiczne jabłka bez glutenu.

Niedziela

- Trzeba cieszyć się życiem - strofuje mnie, apostoła małych radości, A. Niebo usiłuje wedrzeć się przez okna, więc zamykam je szczelnie. Mnie tu nie ma, jestem gdzieindziej. Nawet kawa jest dzisiaj na wynos.

Nad wodą wielką i czystą

Kiedyś nam ta Polska odpłynie, myślę sobie przy zmywaniu.

Dedykacja

Żegnałem Afrodytę Uranię w pół strony, w pół słowa. Samolot miał odlecieć rano. Dni na Północy robiły się coraz krótsze. 

Żegnałem Afrodytę Uranię - tylko ja o niej wiedziałem - w pół snu.

(29.09-10.10.2017)

 

piątek, 15 września 2017
Dziennik pisany we wrześniu (odc. 2)

 


(Pablo Picasso, Mężczyzna i kobieta, 1902, kol. pryw., źródło: pinterest.com)

 

Najpierw 

Co było najpierw? Najpierw były góry grzybów na hali, takie niewyobrażalne hałdy podgrzybków. A potem, potem było puste Krakowskie w słońcu i różowa dziewczynka rozmawiająca z psem. A później było dużo dźwięków, cała kakofonia sobotniej ulicy. Wreszcie przyjechały ciężarówki i ustawiły barierki, las barierek: podzieliły sobotę na dwoje.

To

A. źle się czuje, a Dziecko poszło spać. Stoję więc pod kościołem tego lata na wieczornej mszy (światło od środka) i zamiast kazania dociera do mnie Herbert:

to co po nas zostanie 
będzie jak płacz kochanków 
w małym brudnym hotelu 
kiedy świtają tapety

Przygoda

Wychowanie syna to jest prawdziwe wyzwanie dla mężczyzny - rzucił w sobotę mój kolega, ten z Pasa Biblijnego, kiedy przyprowadziłem Dziecko do pracy. Zmotywował mnie.

Teraz czeka nas prawdziwa męska przygoda - powiedziałem do Dziecka: Idziemy do carrefour express.

Dziecko wzięło nawet kaloszki, ale podczas p.m.p. napotkaliśmy tylko jedną kałużę.

Pożegnanie z Afryką

Dwadzieścia dwa lata spędziłem w Afryce - w dżdżystym autobusie dzwoni starszy facet. Jadę z sejmu, zamieniam się w słuch. Szumi sawanna: krople spływają po szybach.

W dniu pogrzebu Julii H.

Nic nowego o życiu nie wymyśliłem, nic odkrywczego nie napisałem. Zdania zawsze grzeszą banałem. Inne pory roku. Jedynie próby, żeby pozostać zostać.

Schadzka

Środa. Następnym razem spotkamy się w październiku. Coraz rzadziej się spotykamy i coraz mniej wina. R. dopija drugi kieliszek prosecco. Dż. nakłada grynszpanowy płaszcz. H. ma czterdzieści lat, ale dopiero za rok a teraz się zbiera. To, co jest ważne, jest ważne w tej chwili. Ludzie są tylko zwierzętami w czasie, ale brakuje im czasu.

Polacy witają cudzoziemców w Ogrodzie Saskim

Maszerowaliśmy wieczorem przez Ogród Saski, rozmawiając skąd się bierze ta cała agresja teraz. Akurat zza zakrętu wyszło konferencyjne towarzystwo, Hindusi w garniturach i im podobni. Minął ich typowy parkowy facet z pieskiem i tylko mruknął pełen polskiej gościnności: skąd ta hołota przyjechała.

Autor bloga gubi się w czasie 

Czwartek. Ciągle jest środa. Zdawałem sobie sprawę, że dni się zmieniały, ale tak naprawdę nie różniły się zbytnio od siebie. Każdej niedzieli dziwiłem się, że już jest niedziela, ale tylko to. Wieczorna msza tego lata, dzieci biegające wokół kościoła. Coraz wcześniej zmrok. Ciągle jest środa: nie zapisuję dat, bo nie mają większego znaczenia. Zatraciłem umiejętność odnajdywania w dobach jakiejkolwiek odrębności. Gnębi nas tu jednakowość. Ciągle jest środa. Zdawałem sobie sprawę z ulotności wszystkiego, ale usilnie wyobrażałem sobie wyłącznie to, co niemożliwe.

[09-14.09.2017]

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10