Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl

Wpisy z tagiem: komiks

niedziela, 27 stycznia 2019
Alvaro Ortiz, Murderabilia, Timof i cisi wspólnicy 2018

 

 

Czyli o pisaniu blogów i autentyczności

Miałem bloga... Ale wyszły z mody i każdy inny dureń też miał swojego - mówi Malmö, główny bohater "Murderabiliów". Trzynaście lat już autor bloga snuje się po sieci, rzeczywistość zamieniając w rodzaj grafomanii i podobnie jak Malmö, ulegając prokrastynacji. Kiedyś napiszę coś poważnego.

(Spojler) Rysunki w "Murderabiliach" przypominają komiksy dla dzieci, ale już na drugiej stronie orientujemy się, że to fałszywy trop. Cała historia zresztą świetnie sprawdza się jako anegdota, bo po pierwsze, można dyskutować o kotach - jak mówiła moja prababcia: kot umarłego ruszy, pies nie (treść komiksu potwierdza powyższą tezę), po drugie - zaczynasz się zastanawiać nad rynkiem narzędzi zbrodni (o tym mowa w komiksie), a potem nad eksponatami widzianymi w muzeum. To błyszczące ostrze szpady z osiemnastego wieku, w czyich wnętrznościach zanurkowało? Ten urwany list z okopów, kto go nie dokończył? Te onuce włoskich żołnierzy, znalezione w Alpach, kto w nich zamarzł?

Stoi za nami potrzeba autentyczności przeżycia, dotknięcia rzeczy ostatecznych. I choć będziemy się zarzekali, że naszym głównym celem jest głębsza refleksja, to i tak zawsze bliżej nam będzie do tłumu gapiów na miejscu nieszczęścia.

W obecności przedmiotów nasz triumf jest niezaprzeczalny, chociaż na chwilę: my nadal żyjemy.

  

Mariko Tamaki, Jilian Tamaki, Pewnego lata, Kultura Gniewu 2018

 

 

Czyli o tym, że stajemy się dorośli

Pewnego lata wszystko się zmienia. Zdanie powyższe zawiera taki ładunek banału, że aż nie sposób nie ulec pokusie jego falsyfikacji. Kiedy stajemy się dorośli? Czy takie lato rzeczywiście się zdarza? Pierwsze pocałunki, pierwsze wiersze miłosne, pierwsza taka radość i pierwszy taki smutek. Trzynastoletni (?) przyszły autor bloga otwiera pożółkły skoroszyt i zapisuje: dla Ciebie świecił Wielki Wóz. Dopada go poczucie, że to nagle nie jest już dzieciństwo. Dopadać go zresztą będzie wiele razy, i dopiero z perspektywy wielu lat, rozpozna po stylu pisania, że coś się zmieniło. Jednocześnie czuje się dużo starszy i całkiem niedorosły.

"Pewnego lata" jest opowieścią o dojrzewaniu, o lecie, które ma zmienić wszystko, ale po latach nie będziemy może nawet o nim pamiętać. Ale też jest zapisem fizycznej zmiany, kiedy przestaje się być dzieckiem.

Jak każda opowieść z gatunku coming-of-age, od powieści przez fotografie aż po filmy, także ten komiks powoduje u autora bloga atak dusznej melancholii. Melancholia pozwala jednakże zapomnieć na chwilę o Polsce.

  

czwartek, 27 września 2018
Mawil, Kinderland, Kultura gniewu 2017

 


(Kadr z "Kinderland", s.11)

 

O wyższości Marzi nad Mirco

Porównanie "Kinderlandu" z "Marzi" nasuwa się mimowolnie. Obie powieści graficzne (choć "Kinderland" jest raczej opowiadaniem) dzieją się w demokracjach ludowych, stąd nawet podobna kolorystyka i równie znajome wielkie płyty oraz ikarusy. Berlin Wschodni i Stalowa Wola nie różnią się wizualnie w jakiś szczególny sposób. Przygód Marzi jest więcej, za to opowieść o Mirco to tak naprawdę kilka miesięcy przedostatniego roku Niemieckiej Republiki Demokratycznej. 

Marzi jest dziewczynką pomysłową i ciekawską, Mirco raczej ponurakiem, którego jedynym hobby - poza nauką - jest tenis stołowy. Kolejne podobieństwo może nieco zdziwić: oboje są praktykującymi katolikami (zresztą opowieść o Marzi podporządkowana jest katolickiej rzeczywistości i jej rytuałom, choćby wizycie papieża, natomiast Mirco do kościoła się skrada, obawiając się bycia zauważonym). Oba dzieciństwa w tle mają historię: kulminacją "Kinderlandu" jest zburzenie Muru. Mimo podobieństw, świat Marzi jest jaśniejszy, więcej jest w nim swobody, NRD z opowieści Mirco jest ponure jak on sam, przesiąknięte strachem i podejrzliwością.

Oddaje to też sposób rysowania. W "Kinderlandzie" nie ma ładnych postaci, wszystkie twarze mają w sobie coś nieprzyjaznego, a brzydki Mirco jak Oskar Mazerath - w siódmej klasie nadal wygląda na przerośnięte dziecko. 

Ale tak naprawdę każda ocena tutaj jest stronnicza: bliżej mi przecież do dzieciństwa Marzi, niż do Mirco. Nigdy nie nauczyłem się dobrze grać w ping-ponga.

 

poniedziałek, 18 grudnia 2017
Magdalena Lankosz, Joanna Karpowicz, Anastazja (tom 1), Kultura gniewu 2017

 

(kadr z "Anastazji", s. 36, źródło: komiks.gildia.pl)

 

"Anastazja" jest pięknie namalowaną opowieścią o złotej erze Hollywoodu, która z bliska okazuje się być jedynie pozłacana. Mała dziewczynka z prowincji - za sprawą matczynego uporu, graniczącego z przymusem - staje się dziecięcą gwiazdą, taką Szirlejką, płacąc za to ogromną cenę. Fabryka marzeń okazuje się być siedzibą perwersyjnych złoczyńców, wykorzystujących kobiety zarówno fizycznie, jak i psychicznie.

Zbiegiem okoliczności publikacja "Anastazji" dzieje się jednocześnie z akcją #metoo i sprawą Weinsteina, a właściwie lawiną spraw, w której oskarżani obejmowani są natychmiast zbiorową infamią, a ich dzieła wyrzucane w niebyt. Nagle - jakby na nowo - pojawia się pytanie o tożsamość twórcy z jego twórczością. Czy Frank Underwood przestaje być geniuszem zła, jeśli okazuje się nim być Kevin Spacey? Czy przestaniemy zachwycać się "Absolwentem"? (Te same pytania pojawiały się zresztą przedtem w kontekście totalitaryzmów, w tym sensie #metoo przypomina nieco dekomunizacyjne).

Anastazja wbiega do pałacu filmowego magnata-perwersa. Te czerwone korytarze i kurtyny, co za malarskość! Na jednej ze ścian wisi nagi portret Fränzi autorstwa Kirchnera: kolejny akt oskarżenia przeciwko artystom. Pisałem blisko dwa lata temu: Bo to o zachwyt, jestem przekonany, chodziło i jeszcze o tę pewność, że Fränzi na wieczność będzie miała dziesięć lat, nie zostanie wdową, nie będzie uciekała z płonącego Drezna, nie umrze na serce: o sprzeciw wobec upływu czasu, ucieczki chwil. Sprzeciw wobec upływu czasu, ucieczki chwil - najprostsza definicja literatury i sztuki (tutaj). Cały ten zachwyt zostaje potępiony i uznany za amoralny. Tak jakby, zdaniem autorek "Anastazji", Kirchner miał dołączyć do owej galerii potworów.

Robi się w niej tłoczno. Oto pojawiają się bowiem głosy, aby śpiącą Teresę Balthusa (tutaj) zdjąć z widoku w MET i ukryć jak najgłębiej, do jakiegoś sekretnego gabinetu - jak owe pompejańskie fallusy w neapolitańskim muzeum. Piękno i sztuka - na naszych oczach - przestają istnieć bezinteresownie, same w sobie, stając się orężem w walce płci (Chrońmy się przed moralną histerią - alarmuje "The Guardian").

 

piątek, 08 lipca 2016
Bastien Vivès, Polina, Timof Comics 2014

 

 

Dlaczego baletnice noszą koczki? - spytałem A. zaraz po pierwszych stronach. Pytanie to dręczy mnie nie od dzisiaj, zważywszy na to, że pracuję rzut beretem od szkoły baletowej. A. nie odpowiedziała, komiks zresztą też nie. Nie odpowiedział również na pytanie, dlaczego w ogóle iść do szkoły baletowej: o ile muzyka zawsze była dla mnie czymś ważnym, o tyle baletu nigdy nie rozumiałem (chociaż może do niego też już dorosłem?)

Obojgu nam "Polina", rysowana twardą kreską i mocno cieniowana, skojarzyła się z filmem "Whiplash" (tutaj). Postawiłem nawet tezę, że bohaterem komiksu tak naprawdę nie jest młoda zdolna baletnica, ale jej nauczyciel Bożyński, a może więcej: jego niespełnione artystyczne ambicje. Narracja wciąga, nawet jeśli nie doceniasz oschłości rysów wszystkich bohaterów.

A że wszystko się ze sobą łączy - co było do udowodnienia - Polina wyjeżdża do Berlina i nawet narysowany jest Hauptbahnhof (autor bloga o Berlinie pisał ostatnio tutaj).

 

(źródło: paradoks.net.pl)

środa, 06 lipca 2016
Dylan Horrocks, Sam Zabel i magiczne pióro, Timof Comics 2015

 

  

Nie było w tym roku czasu na targach na dłuższe przyglądanie się komiksom. Stąd po powrocie, wieczorem, A. usiadła do komputera i sporządziła ich listę do zakupienia. Nie wiem w jaki sposób to zrobiła, być może nawet dopytywała się mnie, chociaż A. doskonale umie sporządzać listy wszelakich zakupów poza zakupami spożywczymi. W każdym razie w ten sposób pojawiło się u nas kilka komiksów, w tym niektóre niespodziewane.

Ten należy do niespodziewanych. Właściwie zastanawiałem się, czy należy o nim pisać, bo literaturą poważną to on chyba nie jest. Podobnie jak nie jest literaturą dla dzieci i młodzieży, ale wtedy przyszło mi do głowy, że przecież opowieści, które czytam łączą się ze sobą. Opowieść o Samie Zabelu, kolejnym z wyprutych z pomysłów rysowników komiksów ("wypruty z pomysłów rysownik komiksów" pojawia się zarówno w komiksach, jak i w prozie, choćby u Tove Jansson), jest graficzną ilustracją tego, co dzieje się w głowie Tomaša Kantora, bohatera "Podróży na Południe":

Komiksy kojarzą mu się z pracą. Powieści wydają się pretensjonalne i przekombinowane. Jedzenie nie ma smaku. Filmy są wszystkie takie same. Muzyka traci brzmienie. Taką pustkę trudno wypełnić jednym światem. (A jak wiemy autor bloga w czerwcu i lipcu bieżącego roku specjalizuje się w pustce).

To, co się dzieje w samym komiksie (akcja, bohaterowie, kreska) to już są sprawy drugorzędne.

 

(źródło: dybuk.wordpress.com)

 
1 , 2