2017: 69 książek - 2016: 75 książek - 2015: 78 książek - 2014: 89 książek - 2013: 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl

Wpisy z tagiem: reportaż

środa, 12 grudnia 2018
Agnieszka Rybak, Anna Smółka, Wieża Eiffla nad Piną, Czarne 2018

 


(fot. Antoni Wieczorek, [1927-1939], źródło: polona.pl. Na plaży ludzie flirtują. Stare panny melancholijnie wzdychają do studentów. Studenci grają w piłkę z młodemi mężatkami. Mężowie z boku obserwują ten cały "głupi sport" i są zazdrośni. A podtatusiali kawalerowie podglądają podlotki w ich czynnościach dyskretnego przebierania się w kostiumy kąpielowe (s. 219, za: J. i M. Łozińscy, W kurortach przedwojennej Polski, s. 168)) 

 

Sposobów pisania o Kresach (choć tak naprawdę problem zaczyna się już przy definiowaniu tego, czym są) jest kilka. Największe znaczenie wydaje się mieć narracja postkolonialna. W swej twardej wersji jest opowieścią o dzielnych polskich szlachcicach tworzących potężne siedziby gdzieś na dzikich ziemiach zamieszkałych przez upartych chłopów i najeżdżanych przez dzikie hordy a to Kozaków, a to Tatarów, a to Turczynów. Opowieść miła dla ucha i zupełnie nie biorąca pod uwagę podmiotowości rdzennych mieszkańców, za to doskonale wpisująca się w polskie wschodnie marzenie "od morza do morza". Wersja miękka narracji postkolonialnej oznacza paternalizm, powszechne dość do niedawna przekonanie, że "Belgowie lepiej wiedzą jak Kongijczycy powinni radzić sobie ze swoimi problemami". (Pominę przy tym wariant egzotyczny: o Kresach i jego mieszkańcach pisze się wówczas jak o Kalahari a odkrywca, etnograf czy turysta patrzy na to wszystko z odpowiedniej perspektywy).

Inna jest narracja sentymentalna. Opowieść o krainie dzieciństwa, młodości, do której już nie ma powrotu. Literacko jest to historia uniwersalna, powtarzająca się w wielu porzuconych krainach. Kijów Iwaszkiewicza, Dolina Issy Miłosza, Danzig Grassa czy Herty Müller: miejsca idealizowane i przenoszone z powierzchni ziemi na poziom wyobraźni. Nie da się obyć także bez sentymentalnego kiczu (nie każdy jest Grassem albo Miłoszem): wyobrażona kraina zaczyna lepić się od lukru i patriotycznych uniesień. 

Odpowiedzią na narracje: postkolonialną i sentymentalną jest narracja dekonstruująca rodzime mity i uwypuklająca głosy mniejszościowe: Kresy widziane są wówczas z perspektywy żydowskiej, ukraińskiej czy białoruskiej, a polski szlachcic przeistacza się w polskiego pana z całym arsenałem wad osobistych i grupowych. 

Autorki "Wieży Eiffla nad Piną" piszą w jeszcze inny sposób. Ich narrację można określić jako "rozwojową". Na Kresy patrzą poprzez popularną dziś opowieść o rozkwicie II Rzeczypospolitej, przyglądając się kilku miejscom na mapie ziem utraconych. Zakłady drzewne w Mostach, uzdrowisko w Zaleszczykach, kamieniołomy w Janowej Dolinie, epoka radia w Wilnie, flota rzeczna w Pińsku i odbudowa Brześcia - w sześciu reportażach gęsto jest od osób, wydarzeń i miejsc.

Całkiem przekonująco autorki wprowadzają czytelników w lokalne światki wypełnione wojewodami i dyrektorami, tudzież ich żonami i dziećmi. Przyglądamy się im zanim nadejdzie walec historii, a oni - razem ze swoimi miastami - znikną pod nim (miasta powrócą później pod obcymi nazwami, pisanymi częstokroć innym alfabetem). Z bezpiecznej perspektywy społeczno-gospodarczej, Agnieszka Rybak i Anna Smółka chronią nas przed sentymentalizmem. Nie jest to jednak też zbiór reportaży, który porywa. Może zresztą dlatego, że w tym roku tamtej Polski zrobiło się już za dużo.

 

piątek, 16 listopada 2018
Joanna Kuciel-Frydryszak, Służące do wszystkiego, Marginesy 2018

 


(Victor Hammershøi, Wnętrze. Służąca nakrywająca do stołu, 1895, kol. pryw., źródło: https://www.daxermarschall.com)



Zniknięcie ze społecznej pamięci ponad ćwierć miliona osób jest równie tajemnicze jak zniknięcia, które zauważył i opisał w "Prześnionej rewolucji" Andrzej Leder (ludności żydowskiej oraz wywodzącej się ze szlachty klasy średniej kluczowej dla przedwojennego państwa). Tego, co dostrzegła Joanna Kuciel-Frydryszak - co zupełnie nie powinno dziwić - Leder nie zauważył. Niedostrzeżone zniknięcie anonimowej rzeszy kobiet - anonimowej, bo własnych imion zwykle nie miały: panie mówiły o nich Kasia albo Marysia.

Jeśli przyjrzeć się bliżej miastom, można dostrzec ich ślady. Autorka zagląda do kamienicy na 3 Maja w Lublinie: jak w wielu domach obok głównej klatki schodowej, jest też klatka kuchenna. Dla nich, tajemniczych zaginionych, służących do wszystkiego.

Nie wierzę, że ta książka wywoła ogólnonarodową debatę, chociaż powinna. Wszyscy starają się przyznać do przodków z herbami. Do służących nie chce przyznać się nikt. Zresztą zapewne nie jesteśmy ich potomkami: zwykle nie udało im się założyć rodziny. Po anonimowym życiu następowała anonimowa śmierć.

Ignorowanie ich istnienia łączyło ludzi ponad podziałami politycznymi, kulturowymi i społecznymi. Pozostaje literatura, czyjeś wspomnienia, kadry z przedwojennych filmów. Wszystko to pieczołowicie zbiera autorka, łącznie z ocalałymi fotografiami, wycinkami z gazet i cytatami z podręczników (które owszem, obecne są na polonie). Próbuję znaleźć ilustrację do wpisu: prawdziwa rzadkość odnaleźć służącą.

Wychowałem się w późnym Peerelu, w czasach, w których kobiety gotowały (zmieniło się to dopiero w kolejnych dziesięcioleciach XXI wieku), toteż ze zdziwieniem się dowiaduję, że kobiece gotowanie to pomysł socjalistyczny. Przedtem nie było robotów kuchennych, były za to żywe roboty - służące. "Nie wiem, czy przez ten miesiąc nauczyłabym się dobrze gotować, wszakże nie umiem sporządzić najprostszej potrawy, a przy tem w zupełności sług zastąpić nie mogę. Nie umiem sprzątać, nie mogę szorować - bo jestem zbyt wątła"  (...) Rolą pani domu z klasy średniej nie jest ani sprzątanie, ani gotowanie, a nadzór nad służbą. Czasem komponowanie menu, z rzadka zakupy, a jeśli już, to odzieży i wyposażenia domu (...) Pani ma i tak mnóstwo roboty z zarządzaniem służbą, po co miałaby uczyć się gotować? (s. 56) Historia gotowania jako czynności domowej, wykonywanej przez domowników, nie jest więc w Polsce długą historią: ma sześćdziesiąt, może siedemdziesiąt lat a gotowe placki ziemniaczane, które kupujemy w kerfurze i wrzucamy na zieloną patelnię, stanowią - jak się okazuje - jej klamrę.

(Dopisane: Babcia Z. co rano szorowała progi do połysku).

  

środa, 31 października 2018
Ilona Wiśniewska, Lud. Z grenlandzkiej wyspy, Czarne 2018

 


(fot. Ilona Wiśniewska, źródło: vogue.pl)

  

W moim pokoiku wisiała polityczna mapa świata. Domalowywałem na niej dodatkowe państwa, które tworzyłem w wolnym czasie: królestwa i republiki, kapitalistyczne i socjalistyczne (ba, Vatina była komunistyczna). Mapa była na siatce Mercatora, przez co największy był Związek Radziecki i Grenlandia. Ogromna biała wyspa. Pojechać tam i utworzyć dodatkowe państwo - nie trzeba byłoby się ograniczać jak w przypadku Lidosinu (kapitalistyczny niedaleko Vatiny).

Ilona Wiśniewska jedzie na Grenlandię. Reportaż nie jest tutaj formą podróżną, nie opowiada o całym białym - jak zafałszowuje nam Mercator - kontynencie. Wyspa Uummannaq jest u Mercatora małą kropką, o tym miniaturowym wyspiarskim świecie opowiada autorka.

Nie ma mapy (musi wystarczyć więc Mercator), są za to fascynujące zdjęcia autorstwa Wiśniewskiej, dokumentujące ludzi i ich historie opowiedziane w tekście. Wyspa jest bardzo mała, ściska ją mróz a noc chwyta w długie wielotygodniowe kleszcze. Mieszkańcy wydają się predestynowani do depresji i samobójczej śmierci.

Smutek małych narodów na samotnych wyspach. Podobnie jak antwerpscy Żydzi zamiast flamandzkiego, tak i Grenlandczycy zamiast duńskiego, wolą uczyć się angielskiego. Bo daje większe szanse by przeżyć, doczytujemy między wierszami, w cieplejszych krajach (byle nie Danii).

(Spojler) A jednak smutek - doczytuję na ostatnich stronach.

 

J. S. Margot, Mazel tow, Czarne 2018

 


(Dzielnica żydowska w Antwerpii, (c) Rovenko Photography, http://www.rovenko.com/2011/12/04/jewish-quarter-of-antwerp-belgium/)

 

Oprócz tego, że trafiła mi się kolejna belgijska lektura (Antwerpię także lubię i pamiętam jak - swego czasu - zagubiłem się szukając diamentów w ortodoksyjnej dzielnicy, z której małe dziewczynki w granatowych spódniczkach i sweterkach maszerowały do szkół, a ich ojcowie w ciemnych kapeluszach spieszyli się do synagogi. W ceglanych domkach mieszały się nazwiska żydowskie i polskie - tam właśnie dzieje się "Mazel tow") i że czyta się ją z dużą przyjemnością, reportaż J.S. Margot jest bardzo pouczającą - i na czasie - książką o inności.

Inność ma w "Mazel tow" dwa wymiary. Po pierwsze, na innego spoglądamy z zewnątrz, uwikłani w stereotypy i kulturowe przekonania o tym, jakim inny jest. Na naszą wizję innego składają się również własne i cudze doświadczenia. Z drugiej strony, świat innego okazuje się być zupełnie odmienny od pozytywnych i negatywnych oczekiwań, radykalnie odmienny: właśnie inny. Inność jest chroniona od wewnątrz poprzez podtrzymywanie swojej odrębności, zamknięcie na świat zewnętrzny, który też postrzegany jest przez pryzmat stereotypów i przekonań. Bohaterka reportażu udowadnia, że ani my nie jesteśmy do końca zamknięci na innych, ani inni nie są do końca otwarci na nas.

Jedna z pierwszych scen. Ojciec ortodoksyjnej rodziny spotyka korepetytorkę i po powitaniu poucza ją: my, ortodoksyjni Żydzi, nie podajemy ręki kobiecie, ma to związek z czystością. Przypominają się od razu informacje o ostatnich wyrokach sądów, gdzie niepodanie ręki staje się przyczyną odmowy przyznania obywatelstwa.

"Mazel tow" dotyczy bowiem kultury oswojonej, jakkolwiek to brzmi po doświadczeniach XX wieku, czyli flamandzkich Żydów. Pojawia się w niej jednak postać innego ze świata islamu, tego innego, którym rządząca partia straszy mieszkańców kraju nad Wisłą i z którego nieoswojeniem nie może poradzić sobie chociażby Belgia (czego przykładem Molenbeek). Wyszukuję zdjęć do tego wpisu i co rusz trafiam na fotografię policjantów z ostrą bronią chroniących dzielnicę żydowską w Antwerpii. Inność, która nie uznaje prawa do niebycia innym.

W poruszającej rozmowie (s. 152) tenże, wspomniany wyżej, ojciec rodziny wyznaje, że być może będzie głosował na skrajną prawicę. Tutaj nie ma - jak chcą obie strony sporu o inność - prostych rozwiązań i nie ma prostych odpowiedzi. 

 

sobota, 13 października 2018
Oriana Fallaci, Podróż po Ameryce, Świat Książki 2016

 


(Oriana Fallaci, lata 50., archiwum wyd. Rizzoli, źródło: tumblr.com; ten portret - wcześniejszy o jakieś dziesięć lat od amerykańskich reportaży - jest zupełnie inny od ikon Oriany Fallaci.)

 

"Podróż po Ameryce" ujawnia te cechy pisarstwa Fallaci, które przezierają w listach, a w pełni wybuchają w filipikach pisanych po jedenastym września. Skłonność do przesady oraz - do niepopartych faktami - uogólnień. To, co można cenić u pisarki, u autorki reportaży jest niesamowicie irytujące.

Najpierw opowieść o piekle, które nazywa się Nowy Jork. To miasto jest pełne pułapek, zasadzek. Zaczynam się bać. Żeby przezwyciężyć strach, zamówiłam listownie rewolwer (s. 39). Ameryka jest dziwna i nieznana, wokół tego obrazu Oriana buduje swoją relację. Nie ma żadnego sprawdzania faktów, dzisiaj już nikt nie udowodni, co zdarzyło się naprawdę. Przecież - jak wyznaje w listach - ważniejsza dla niej jest literatura. 

Wszyscy muzułmanie to terroryści - będzie przekonywała po latach: w sześćdziesiątym szóstym roku najbardziej bezlitosną, nieubłaganą, niezniszczalną dyktaturą na świecie (s. 239) są teenagers (samo słowo jest neologizmem, to się udaje reporterce: chwyta moment powstania nowego pojęcia). Reportaż o nastolatkach napisany dla włoskiego czytelnika roi się od wielkich kwantyfikatorów, Fallaci nabiera pewności, Fallaci stwierdza. Przy czym wydaje się to tak niewiarygodne, że aż śmieszy dzisiejszego czytelnika.

(W przeciwieństwie do nastolatka, dla pilota od telewizora nie ma jeszcze odpowiedniego słowa. Fallaci musi opisać czytelnikowi, co to za dziwne urządzenie).

"Podróż po Ameryce" udowadnia okrucieństwo kultury popularnej. Czytając fragmenty reportaży o ówczesnych gwiazdach, co rusz muszę sięgać do Wikipedii. Oczywiście nikt nie zapomniał o Elizabeth Taylor albo Sofii Loren, ale kimże są Abbe Lane i Eddie Fisher?

  

środa, 10 października 2018
Remigiusz Ryziński, Dziwniejsza historia, Czarne 2018

 

 
(Jarosław Iwaszkiewicz i Wiesław Kępiński w Sopocie, 1951, (c)  ©Archiwum Muzeum w Stawisku, źródło: dziennikbaltycki.pl)

 

(O Uranii czytaj tutaj i tutaj). Komentowanie jednego z ostatnich wierszy Iwaszkiewicza o incipicie Uranio, sosno, siostro — tak ciebie nazywam zajmowało sporo czasu. Józef Majewski poświęcił mu piękną książkę, autor bloga poszukiwał na Sycylii i w dywagacjach o Wielkiej Matce. Stąd lektura Ryzińskiego przynosi ogromne osłupienie.

Czyżby to było aż tak proste? Urania jest bowiem, zapomnianym obecnie, określeniem homoseksualizmu. Mężczyzn określa się jako uranów. Może więc Jarosław nie pisze inwokacji do bogiń, ale do swojej własnej natury, swej wewnętrznej siostry uranii?  Stary poeta wyznaje, staje w prawdzie, tej wyznawanej w miłosnych listach, świadectwie relacji hołubienia i schlebiania (tutaj). Iwaszkiewicz miał hucpę, potrafił iść jak czołg (s. 178).

Reportaż Ryzińskiego - mimo początkowo przeszkadzającego czytelnikowi chaosu - jest rewelacyjny. Nie, Iwaszkiewicz występuje jedynie na kilku stronach - to ja zwracam na niego szczególną uwagę. Sam zresztą nie wiem, kto jest bohaterem książki. Usiłuję posiłkować się ośmioma imionami z przedostatniej strony, ale nie, jedynie dwa z nich powtarzają się częściej.

Być może główną bohaterką jest Warszawa. "Dziwniejsza historia" układa całkiem inną mapę miasta z Krzyżykami, szpitalem św. Łazarza, willą Pniewskiego i plażą nad Świdrem. Wyrysowana poprzez nałożenie na siebie kilkunastu osobistych geografii.

A może to o niej książka? O dziwniejszej, to znaczy queer, historii, układanej z rozmów z ludźmi i o ludziach, przypadkowych spotkań, łączących się opowieści, w których pojawiają się i postacie takie jak Jarosław, i całkiem anonimowi mężczyźni i kobiety. Dziwniejsza historia przeczy jednoznaczności dziejów, wprowadza na scenę tych napiętnowanych, skazanych (dosłownie i w przenośni) na niebyt. To jest w niej wspaniałe: oddanie im głosu, przywołanie wyznań, które nie mają miejsca w oficjalnej wersji.

Polak w obozie koncentracyjnym z różowym trójkątem. Kochankowie niemieckich oficerów. Podrywani żołnierze sprzed Grobu na placu Zwycięstwa. 

Bogini końca, bogini trwałości / Zniszczeń bogini i wszystkiego złego - pisał Jarosław (być może) o namiętności, która do czasu książki Ryzińskiego pozostawała jakby poza historią.

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 20