2017: 69 książek - 2016: 75 książek - 2015: 78 książek - 2014: 89 książek - 2013: 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl

Wpisy z tagiem: reportaż

piątek, 15 lutego 2019
Karolina Bednarz, Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet, Czarne 2018

 


(Hashiguchi Goyo, Czesanie, 1922, Honolulu Museum of Art, źródło: wikimedia.org)

 

Wydawało nam się, że o Japonii wiemy bardzo dużo, ale Karolina Bednarz udowodniła, że właściwie nic. Pojedyncze obrazki: pędzący szinkansen i najnowszy sprzęt komputerowy (chociaż to raczej obrazek z mojego dzieciństwa, gdy japońskie roboty pokazywano w "Sondzie"); tradycyjne Japonki w kimonach i pod papierowymi parasolkami (obrazek do powielania jak na święcie wiśni na granicy Berlina, gdzie Japonki się udaje); czystość poezji i sztuki (ten nieosiągalny ideał zamienienia chwil w znaki); wielkie oczy Czarodziejki z Księżyca (i inspirujące Picassa grafiki z perwersyjnymi ośmiornicami). Japonia: połączenie ciekawości i fascynacji. Od XIX wieku Europejczycy stale starają się ją zrozumieć.

Nie inaczej tutaj. Dla czytelnika autorka jest tricksterem, osobą, która jako jedyna potrafi odczytać ciągi znaków, przetłumaczyć obcą kulturę na znajomy język. Ogromne ryzyko: czytelnik musi jej zaufać, a to zaufanie pociąga za sobą zmianę dotychczasowych przyzwyczajeń, zupełnie inne odczytanie kraju. Nie da się "Kwiatów w pudełku" tak po prostu przerzucić, za bardzo ingerują w nasze utarte sądy.

Żaden z posiadanych przeze mnie w umyśle obrazków tutaj nie pasuje. Opowieść o japońskich kobietach to historia dyskryminacji i wykluczenia, historia społecznego napiętnowania. Bednarz pokazuje Japonię z różnych perspektyw - jest i korporacja, i galeria sztuki, i zatłoczone tokijskie metro, tworząc wcale nie wesołą panoramę. To nic, że po torach pędzi maglev, skoro stosunek do kobiet bliższy jest przedwojennej polskiej wsi. Tak przynajmniej zdaje się twierdzić autorka, a czytelnik - jak już wspomniałem - nie ma szansy by podważyć to, o czym pisze. 

Najbliżej reportażu jest kino. Przypominam sobie z czasów, kiedy jeszcze oglądaliśmy, te japońskie smutne historie. O jednej z nich pisze zresztą Bednarz: film o trądzie (tutaj), który akurat mi wydał się nazbyt patetyczny.

O tym, że przeczytałem uważnie, niech świadczy to, że spodobała mi się niesamowicie dedykacja w ostatnim akapicie, fragment osobisty: że cierpliwie słuchasz moich kilkugodzinnych przemyśleń o niszowej książce, którą przeczytałam - bardzo zazdroszczę takich słuchaczy.

    

sobota, 15 grudnia 2018
Piotr Lipiński, Michał Matys, Niepowtarzalny urok likwidacji, Czarne 2018

 


(fot. Wojciech Jargiło, Dworzec PKS w Lublinie, lata 90., źródło: lublin.wyborcza.pl; Ten, kto podpisał zdjęcie z cyklu "Lublin z lat 90.": Na dworcu PKS przy al. Tysiąclecia także trudno dostrzec różnice w porównaniu ze stanem sprzed 25 lat myli się - teraz nie ma tam drzew ani gęstej sieci połączeń.

Nie fotografowałem tła i teraz żałuję. Nigdzie nie mogę znaleźć Leclerca zaraz po otwarciu (1998), a tak by pasował do poniższej książki).

 

Ułuda Fukuyamy

Reportaż "Ruletka u króla bawełny" z 1998 r. liczy dziesięć stron. Jest w nim mowa o inwestorach, o przedsiębiorczym dyrektorze, o planach na przyszłość (przyszłość nazywa się "Manufaktura", ale o tym dziennikarze jeszcze nie mogą wiedzieć). No i jest jedno zdanie, brzmi ono tak: Musiał zwolnić trzy i pół tysiąca ludzi. Nic poza tym o tych ludziach z reportażu się nie dowiemy. Czytelnika sprzed dwudziestu lat nie powinni raczej zainteresować.

Ten zbiorek bardzo gazetowych tekstów (aż dziw bierze, że podpisywał je Piotr Lipiński) jest świadectwem głębokiego snu pewnej części ówczesnego społeczeństwa. Dramaty z "Ziemi jałowej" i "Alei Włókniarek" nie są interesujące. Dojmujące jest za to poczucie szczęśliwego zakończenia. Taka opowieść ze snu Fukuyamy: gospodarka wolnorynkowa wszystkich uszczęśliwia. Tylko tacy bohaterowie mogą wystąpić w prasie.

Gdy wiemy to, co wiemy, lekka konwencja reportaży przestaje wystarczać. Autorzy przygotowali wstępy, ale niestety nikt nie pomyślał o posłowiach. A przecież aż czyhają kolejne pytania: Czy pracownicy Tonsilu utrzymali swoje miejsca pracy? Co się stało z handlarzami z Łęknicy? Czy mały sklepik na Mokotowie przetrwał erę supermarketów? Czy w obliczu końca świata (zapowiedziany był na 2012 rok) członkom Antrovisu pomogli kosmici?

Bez tych odpowiedzi "Niepowtarzalny urok likwidacji" pozostaje jedynie smutnym świadectwem wiary w koniec historii, który nie nastąpił.

 

piątek, 14 grudnia 2018
Magdalena Okraska, Ziemia jałowa. Opowieść o Zagłębiu, Trzecia strona 2018

 


(fot. Roman Brandys, 1938, źródło: polona.pl)

 

Po "Wieży Eiffla nad Piną" lektura "Ziemi jałowej" stanowi olśnienie. Od pierwszego zdania jest to reportaż świetny pod względem literackim i śmiem twierdzić, że to moje największe reportażowe odkrycie w tym roku. Pojawił się poza wielkimi seriami wydawniczymi, w niszowej oficynie, i zapewne gdyby nie obserwowanie profilu "Obywatela" na fejsbuku, nawet bym się o nim nie dowiedział.

(Aby nie być gołosłownym, co do jakości pisarstwa, przytoczę jedno z pierwszych zdań - zwróćcie uwagę - wynotowuję już na pierwszej stronie!: Historie, w których to leżymy w nocy w ciepłym łóżku, wstajemy rano i jemy śniadania w ciepłej kuchni, nasza lodówka mieni się produktami spożywczymi, a potem zakładamy odpowiednie do pory roku ubrania i jedziemy do szkoły lub pracy - wydaje nam się naturalną koleją rzeczy, s. 7. Nikt tak ujmująco nie napisał o zwyczajności).

Zagłębie jest dla Magdaleny Okraski terenem badań. Na wstępie wprowadza ład definicyjny (dokąd sięga Zagłębie?) i przywołuje wypowiedzi swoich poprzedników z okresu międzywojennego. Potem obserwuje, rozmawia, fotografuje (świetny materiał zdjęciowy z podpisami). Jest stamtąd, ale równocześnie potrafi stanąć na zewnątrz.

Zagłębie - to także pisarski majstersztyk autorki - służy jako przykład tych wszystkich dramatów, które dotknęły polską prowincję (a którym teraz dziwią się reportażyści z Warszawy): od upadku zakładów pracy po zanik publicznej komunikacji. Zbrodnia transformacji (s. 10) - pisze autorka, bo "Ziemia jałowa" to nie jest bezstronny reportaż, to porządna, pisana z pasją, autentyczna, lewicowa literatura (i nawet jak się z autorką nie zgadzasz, to musisz przyznać, że jest przekonująca).

 

środa, 12 grudnia 2018
Agnieszka Rybak, Anna Smółka, Wieża Eiffla nad Piną, Czarne 2018

 


(fot. Antoni Wieczorek, [1927-1939], źródło: polona.pl. Na plaży ludzie flirtują. Stare panny melancholijnie wzdychają do studentów. Studenci grają w piłkę z młodemi mężatkami. Mężowie z boku obserwują ten cały "głupi sport" i są zazdrośni. A podtatusiali kawalerowie podglądają podlotki w ich czynnościach dyskretnego przebierania się w kostiumy kąpielowe (s. 219, za: J. i M. Łozińscy, W kurortach przedwojennej Polski, s. 168)) 

 

Sposobów pisania o Kresach (choć tak naprawdę problem zaczyna się już przy definiowaniu tego, czym są) jest kilka. Największe znaczenie wydaje się mieć narracja postkolonialna. W swej twardej wersji jest opowieścią o dzielnych polskich szlachcicach tworzących potężne siedziby gdzieś na dzikich ziemiach zamieszkałych przez upartych chłopów i najeżdżanych przez dzikie hordy a to Kozaków, a to Tatarów, a to Turczynów. Opowieść miła dla ucha i zupełnie nie biorąca pod uwagę podmiotowości rdzennych mieszkańców, za to doskonale wpisująca się w polskie wschodnie marzenie "od morza do morza". Wersja miękka narracji postkolonialnej oznacza paternalizm, powszechne dość do niedawna przekonanie, że "Belgowie lepiej wiedzą jak Kongijczycy powinni radzić sobie ze swoimi problemami". (Pominę przy tym wariant egzotyczny: o Kresach i jego mieszkańcach pisze się wówczas jak o Kalahari a odkrywca, etnograf czy turysta patrzy na to wszystko z odpowiedniej perspektywy).

Inna jest narracja sentymentalna. Opowieść o krainie dzieciństwa, młodości, do której już nie ma powrotu. Literacko jest to historia uniwersalna, powtarzająca się w wielu porzuconych krainach. Kijów Iwaszkiewicza, Dolina Issy Miłosza, Danzig Grassa czy Siedmiogród Herty Müller: miejsca idealizowane i przenoszone z powierzchni ziemi na poziom wyobraźni. Nie da się obyć także bez sentymentalnego kiczu (nie każdy jest Grassem albo Miłoszem): wyobrażona kraina zaczyna lepić się od lukru i patriotycznych uniesień. 

Odpowiedzią na narracje: postkolonialną i sentymentalną jest narracja dekonstruująca rodzime mity i uwypuklająca głosy mniejszościowe: Kresy widziane są wówczas z perspektywy żydowskiej, ukraińskiej czy białoruskiej, a polski szlachcic przeistacza się w polskiego pana z całym arsenałem wad osobistych i grupowych. 

Autorki "Wieży Eiffla nad Piną" piszą w jeszcze inny sposób. Ich narrację można określić jako "rozwojową". Na Kresy patrzą poprzez popularną dziś opowieść o rozkwicie II Rzeczypospolitej, przyglądając się kilku miejscom na mapie ziem utraconych. Zakłady drzewne w Mostach, uzdrowisko w Zaleszczykach, kamieniołomy w Janowej Dolinie, epoka radia w Wilnie, flota rzeczna w Pińsku i odbudowa Brześcia - w sześciu reportażach gęsto jest od osób, wydarzeń i miejsc.

Całkiem przekonująco autorki wprowadzają czytelników w lokalne światki wypełnione wojewodami i dyrektorami, tudzież ich żonami i dziećmi. Przyglądamy się im zanim nadejdzie walec historii, a oni - razem ze swoimi miastami - znikną pod nim (miasta powrócą później pod obcymi nazwami, pisanymi częstokroć innym alfabetem). Z bezpiecznej perspektywy społeczno-gospodarczej, Agnieszka Rybak i Anna Smółka chronią nas przed sentymentalizmem. Nie jest to jednak też zbiór reportaży, który porywa. Może zresztą dlatego, że w tym roku tamtej Polski zrobiło się już za dużo.

 

piątek, 16 listopada 2018
Joanna Kuciel-Frydryszak, Służące do wszystkiego, Marginesy 2018

 


(Victor Hammershøi, Wnętrze. Służąca nakrywająca do stołu, 1895, kol. pryw., źródło: https://www.daxermarschall.com)



Zniknięcie ze społecznej pamięci ponad ćwierć miliona osób jest równie tajemnicze jak zniknięcia, które zauważył i opisał w "Prześnionej rewolucji" Andrzej Leder (ludności żydowskiej oraz wywodzącej się ze szlachty klasy średniej kluczowej dla przedwojennego państwa). Tego, co dostrzegła Joanna Kuciel-Frydryszak - co zupełnie nie powinno dziwić - Leder nie zauważył. Niedostrzeżone zniknięcie anonimowej rzeszy kobiet - anonimowej, bo własnych imion zwykle nie miały: panie mówiły o nich Kasia albo Marysia.

Jeśli przyjrzeć się bliżej miastom, można dostrzec ich ślady. Autorka zagląda do kamienicy na 3 Maja w Lublinie: jak w wielu domach obok głównej klatki schodowej, jest też klatka kuchenna. Dla nich, tajemniczych zaginionych, służących do wszystkiego.

Nie wierzę, że ta książka wywoła ogólnonarodową debatę, chociaż powinna. Wszyscy starają się przyznać do przodków z herbami. Do służących nie chce przyznać się nikt. Zresztą zapewne nie jesteśmy ich potomkami: zwykle nie udało im się założyć rodziny. Po anonimowym życiu następowała anonimowa śmierć.

Ignorowanie ich istnienia łączyło ludzi ponad podziałami politycznymi, kulturowymi i społecznymi. Pozostaje literatura, czyjeś wspomnienia, kadry z przedwojennych filmów. Wszystko to pieczołowicie zbiera autorka, łącznie z ocalałymi fotografiami, wycinkami z gazet i cytatami z podręczników (które owszem, obecne są na polonie). Próbuję znaleźć ilustrację do wpisu: prawdziwa rzadkość odnaleźć służącą.

Wychowałem się w późnym Peerelu, w czasach, w których kobiety gotowały (zmieniło się to dopiero w kolejnych dziesięcioleciach XXI wieku), toteż ze zdziwieniem się dowiaduję, że kobiece gotowanie to pomysł socjalistyczny. Przedtem nie było robotów kuchennych, były za to żywe roboty - służące. "Nie wiem, czy przez ten miesiąc nauczyłabym się dobrze gotować, wszakże nie umiem sporządzić najprostszej potrawy, a przy tem w zupełności sług zastąpić nie mogę. Nie umiem sprzątać, nie mogę szorować - bo jestem zbyt wątła"  (...) Rolą pani domu z klasy średniej nie jest ani sprzątanie, ani gotowanie, a nadzór nad służbą. Czasem komponowanie menu, z rzadka zakupy, a jeśli już, to odzieży i wyposażenia domu (...) Pani ma i tak mnóstwo roboty z zarządzaniem służbą, po co miałaby uczyć się gotować? (s. 56) Historia gotowania jako czynności domowej, wykonywanej przez domowników, nie jest więc w Polsce długą historią: ma sześćdziesiąt, może siedemdziesiąt lat a gotowe placki ziemniaczane, które kupujemy w kerfurze i wrzucamy na zieloną patelnię, stanowią - jak się okazuje - jej klamrę.

(Dopisane: Babcia Z. co rano szorowała progi do połysku).

  

środa, 31 października 2018
Ilona Wiśniewska, Lud. Z grenlandzkiej wyspy, Czarne 2018

 


(fot. Ilona Wiśniewska, źródło: vogue.pl)

  

W moim pokoiku wisiała polityczna mapa świata. Domalowywałem na niej dodatkowe państwa, które tworzyłem w wolnym czasie: królestwa i republiki, kapitalistyczne i socjalistyczne (ba, Vatina była komunistyczna). Mapa była na siatce Mercatora, przez co największy był Związek Radziecki i Grenlandia. Ogromna biała wyspa. Pojechać tam i utworzyć dodatkowe państwo - nie trzeba byłoby się ograniczać jak w przypadku Lidosinu (kapitalistyczny niedaleko Vatiny).

Ilona Wiśniewska jedzie na Grenlandię. Reportaż nie jest tutaj formą podróżną, nie opowiada o całym białym - jak zafałszowuje nam Mercator - kontynencie. Wyspa Uummannaq jest u Mercatora małą kropką, o tym miniaturowym wyspiarskim świecie opowiada autorka.

Nie ma mapy (musi wystarczyć więc Mercator), są za to fascynujące zdjęcia autorstwa Wiśniewskiej, dokumentujące ludzi i ich historie opowiedziane w tekście. Wyspa jest bardzo mała, ściska ją mróz a noc chwyta w długie wielotygodniowe kleszcze. Mieszkańcy wydają się predestynowani do depresji i samobójczej śmierci.

Smutek małych narodów na samotnych wyspach. Podobnie jak antwerpscy Żydzi zamiast flamandzkiego, tak i Grenlandczycy zamiast duńskiego, wolą uczyć się angielskiego. Bo daje większe szanse by przeżyć, doczytujemy między wierszami, w cieplejszych krajach (byle nie Danii).

(Spojler) A jednak smutek - doczytuję na ostatnich stronach.

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 20