2017: 69 książek - 2016: 75 książek - 2015: 78 książek - 2014: 89 książek - 2013: 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl

Wpisy z tagiem: reportaż

sobota, 13 października 2018
Oriana Fallaci, Podróż po Ameryce, Świat Książki 2016

 


(Oriana Fallaci, lata 50., archiwum wyd. Rizzoli, źródło: tumblr.com; ten portret - wcześniejszy o jakieś dziesięć lat od amerykańskich reportaży - jest zupełnie inny od ikon Oriany Fallaci.)

 

"Podróż po Ameryce" ujawnia te cechy pisarstwa Fallaci, które przezierają w listach, a w pełni wybuchają w filipikach pisanych po jedenastym września. Skłonność do przesady oraz - do niepopartych faktami - uogólnień. To, co można cenić u pisarki, u autorki reportaży jest niesamowicie irytujące.

Najpierw opowieść o piekle, które nazywa się Nowy Jork. To miasto jest pełne pułapek, zasadzek. Zaczynam się bać. Żeby przezwyciężyć strach, zamówiłam listownie rewolwer (s. 39). Ameryka jest dziwna i nieznana, wokół tego obrazu Oriana buduje swoją relację. Nie ma żadnego sprawdzania faktów, dzisiaj już nikt nie udowodni, co zdarzyło się naprawdę. Przecież - jak wyznaje w listach - ważniejsza dla niej jest literatura. 

Wszyscy muzułmanie to terroryści - będzie przekonywała po latach: w sześćdziesiątym szóstym roku najbardziej bezlitosną, nieubłaganą, niezniszczalną dyktaturą na świecie (s. 239) są teenagers (samo słowo jest neologizmem, to się udaje reporterce: chwyta moment powstania nowego pojęcia). Reportaż o nastolatkach napisany dla włoskiego czytelnika roi się od wielkich kwantyfikatorów, Fallaci nabiera pewności, Fallaci stwierdza. Przy czym wydaje się to tak niewiarygodne, że aż śmieszy dzisiejszego czytelnika.

(W przeciwieństwie do nastolatka, dla pilota od telewizora nie ma jeszcze odpowiedniego słowa. Fallaci musi opisać czytelnikowi, co to za dziwne urządzenie).

"Podróż po Ameryce" udowadnia okrucieństwo kultury popularnej. Czytając fragmenty reportaży o ówczesnych gwiazdach, co rusz muszę sięgać do Wikipedii. Oczywiście nikt nie zapomniał o Elizabeth Taylor albo Sofii Loren, ale kimże są Abbe Lane i Eddie Fisher?

  

środa, 10 października 2018
Remigiusz Ryziński, Dziwniejsza historia, Czarne 2018

 

 
(Jarosław Iwaszkiewicz i Wiesław Kępiński w Sopocie, 1951, (c)  ©Archiwum Muzeum w Stawisku, źródło: dziennikbaltycki.pl)

 

(O Uranii czytaj tutaj i tutaj). Komentowanie jednego z ostatnich wierszy Iwaszkiewicza o incipicie Uranio, sosno, siostro — tak ciebie nazywam zajmowało sporo czasu. Józef Majewski poświęcił mu piękną książkę, autor bloga poszukiwał na Sycylii i w dywagacjach o Wielkiej Matce. Stąd lektura Ryzińskiego przynosi ogromne osłupienie.

Czyżby to było aż tak proste? Urania jest bowiem, zapomnianym obecnie, określeniem homoseksualizmu. Mężczyzn określa się jako uranów. Może więc Jarosław nie pisze inwokacji do bogiń, ale do swojej własnej natury, swej wewnętrznej siostry uranii?  Stary poeta wyznaje, staje w prawdzie, tej wyznawanej w miłosnych listach, świadectwie relacji hołubienia i schlebiania (tutaj). Iwaszkiewicz miał hucpę, potrafił iść jak czołg (s. 178).

Reportaż Ryzińskiego - mimo początkowo przeszkadzającego czytelnikowi chaosu - jest rewelacyjny. Nie, Iwaszkiewicz występuje jedynie na kilku stronach - to ja zwracam na niego szczególną uwagę. Sam zresztą nie wiem, kto jest bohaterem książki. Usiłuję posiłkować się ośmioma imionami z przedostatniej strony, ale nie, jedynie dwa z nich powtarzają się częściej.

Być może główną bohaterką jest Warszawa. "Dziwniejsza historia" układa całkiem inną mapę miasta z Krzyżykami, szpitalem św. Łazarza, willą Pniewskiego i plażą nad Świdrem. Wyrysowana poprzez nałożenie na siebie kilkunastu osobistych geografii.

A może to o niej książka? O dziwniejszej, to znaczy queer, historii, układanej z rozmów z ludźmi i o ludziach, przypadkowych spotkań, łączących się opowieści, w których pojawiają się i postacie takie jak Jarosław, i całkiem anonimowi mężczyźni i kobiety. Dziwniejsza historia przeczy jednoznaczności dziejów, wprowadza na scenę tych napiętnowanych, skazanych (dosłownie i w przenośni) na niebyt. To jest w niej wspaniałe: oddanie im głosu, przywołanie wyznań, które nie mają miejsca w oficjalnej wersji.

Polak w obozie koncentracyjnym z różowym trójkątem. Kochankowie niemieckich oficerów. Podrywani żołnierze sprzed Grobu na placu Zwycięstwa. 

Bogini końca, bogini trwałości / Zniszczeń bogini i wszystkiego złego - pisał Jarosław (być może) o namiętności, która do czasu książki Ryzińskiego pozostawała jakby poza historią.

 

czwartek, 06 września 2018
Marta Madejska, Aleja Włókniarek, Czarne 2018

 


(Jack Delano, Tkalnia pracująca całą noc w New Bedford, Massachusetts, styczeń 1941, źródło: www.flashbak.com).



Gdzieś na samym początku książki, autorka przyznaje, że o łódzkich włókniarkach chciała napisać doktorat. I rzeczywiście zamiast prostego reportażu (który jest albo nie jest literaturą), otrzymujemy usystematyzowaną i podzieloną na zgodne z chronologią rozdziały pracę, która zaopatrzona jest w dodatkowy słowniczek wyjaśniający terminologię włókienniczą (niestety nie ma mapy, a przydałaby się, żeby lepiej zrozumieć miejsce: Łódź). Sporo jest wywiadów etnograficznych, są też materiały z przepastnych archiwów, w tym takie, które po 1989 r. zostały wyrzucone z obiegu. No i jest to herstoria wbrew dominującej opowieści o mężczyznach, którzy są motorem dziejów: to też od razu zaskakuje - przez Łódź biegnie Aleja Włókniarzy, nie Włókniarek.

Do rozdziału przedostatniego włącznie "Aleja Włókniarek" opowiada o ciężkiej pracy. Najbardziej ponura jest w tej części opowieść z XIX wieku o milczącej masie kobiet, po których nie pozostał żaden ślad, żadne Mauzoleum Poznańskiego, żaden grobowiec Grohmana. Ot, urodziły się i przeżyły, pracowały od dzieciństwa w tkalniach i przędzalniach ponad swoje siły, a jedyny odpoczynek, którego doczekały, był odpoczynkiem wiecznym. Kobiety, o których nikt nie pamięta. Więcej, cała - także ich - trwająca kilka pokoleń praca, po 1989 roku okazuje się iść na marne.

 


(Antoni Suchanek, Łódź - miasto kominów, 1948, źródło: www.sklep.ryneksztuki.eu)

 

Rozdział ostatni nosi tytuł "Skrawki". Faktycznie, rwie się, rozpada, pozostawia z niepokojem. Tym samym uczuciem, które tak doskonale wyraziło Dziecko, kiedy w maju nocowaliśmy w czymś, co dawniej było wielką tkalnią. Dlaczego nie ma pociągów? Dlaczego nie ma fabryk? - i przyznam, że tak jak wtedy nie potrafiłem na te pytania odpowiedzieć, tak samo i teraz, po lekturze "Alei Włókniarek", nie znam odpowiedzi.

Niemniej teraz w krajobraz bocznic porośniętych komosą i opustoszałych ceglanych budowli wkradają się głosy.

 

wtorek, 21 sierpnia 2018
Kamil Fejfer, Zawód, Czerwone i czarne 2017

 


(Sebastião Salgado, Kopalnia złota Serra Pelada, 1986, z albumu: "Workers", 1993, źródło: benedante.blogspot.com)

 

Co łączy fotografowanych przez Salgado górników-mrówki (na zdjęciu powyżej) z bohaterkami i bohaterami "Zawodu"? Choroba pracy. Pisał o niej Tischner w kontekście ustroju socjalistycznego, wydaje się, że wraz z neoliberalizmem stała się jeszcze bardziej dotkliwa. O jej objawach pisze Kamil Fejfer.

Choroba pracy to choroba relacji międzyludzkich. Można twierdzić, że system umieszcza nas w takim, a nie innym miejscu, niemniej za wyzyskiem i za poniżaniem nie stoi anonimowy pracodawca, kierownik, naczelnik, ale określony, dokonujący wyborów, człowiek.

Nie, to nie jest prosta książka o tym, że za poprzedniej władzy było źle i byliśmy głupi, a za nowej jest dobrze. Nie istnieje bowiem żadna droga od pucybuta do milionera, istnieją iluzje, w które chcemy wierzyć. Tytułowy zawód dotyczy tyleż rynku pracy, co Polski. Podobnie jak Justyna Kopińska, Kamil Fejfer uprawia nowy gatunek literatury: polski horror społeczny.

O tym, że Kamil Fejfer ma do słów wyjątkowy talent wiedziałem już od momentu pojawienia się Magazynu "Porażka". Na pierwszy rzut oka można było go traktować jako jeszcze jeden rodzaj żartu - zbioru niewiarygodnych anegdotek - ale bardzo szybko okazywało się, że to gorzkie pigułki.

Tutaj autor w niezwykle sprawny sposób łączy poważną analizę ze stylem potocznym, czy wręcz wulgarnym, tworząc wciągającą literaturę. Prawdziwa to radość odnajdować w książce soczyste związki frazeologiczne, czy tak doskonałe nawiązania do tekstów kultury, jak ten ze strony 57:

Marek widział najnormalniejsze umysły swojego pokolenia zniszczone przez funty.

 

niedziela, 22 kwietnia 2018
Karolina Sulej, Wszyscy jesteśmy dziwni, Instytut Reportażu 2018

 


(Martin Elkort, Soda Fountain, Coney Island, 1951, źródło: http://martinelkort.com/coney-island)

 

Coney Island, och, Coney Island! Do Lwowa nigdy nie chciałem jechać, do Nowego Jorku bardzo a już szczególnie do Coney Island, do tego wielkiego lunaparku ze starych zdjęć. Miejsca tak - w moich wyobrażeniach - fotogenicznego, że bardziej się nie da. Udowadniają to zresztą kolejne pokolenia zawodowców i amatorów, choćby Weegee, czy - u góry - Martin Elkort. Pojechać do Coney Island i robić zdjęcia, chociaż akurat te, w książce Karoliny Sulej, mają duży walor dokumentacyjny, ale mało poezji.

Mało poezji. Już nie chcę jechać do Coney Island. Powinienem z tego uczynić główny zarzut w stosunku do autorki: zabrała mi piękne wyobrażenie. Mało poezji, z rzadka trafiają się takie perełki jak to zdanie z rozmowy z rzeźnikiem: Kiedy tniesz mięso i zaczynasz widzieć ten marmur żyłek to jest jak zakochanie (s. 29).

Więc jeśli nie jest to przewodnik po legendarnym Coney Island (może dlatego brakuje w nim mapy?), to czym jest ten reportaż? Rzadko się zdarza, że tytuł tak trafnie zapowiada treść. Zamiast obrazka obyczajowego z przedmieść Wielkiego Jabłka, Karolina Sulej pisze studium o ludzkiej dziwności. O tych wszystkich luźnych ludziach, którzy nie pasują do socjologicznych teorii: dziwadłach z urodzenia albo z wyboru. O tym jak się im przyglądano, a Coney Island wciąż daje do tego pretekst.

Zresztą najbardziej zastanawia to w jaki sposób dziwność zmienia się w czasie. Fenomenalna jest w książce opowieść o pokazach wcześniaków i o tym, że inkubatory jako pierwsze pojawiły się w cyrku (s. 41-42). Wszyscy jesteśmy dziwni, kończę reportaż Karoliny Sulej i zabieram się za "Historię polskiego szaleństwa".

Wybrane zdjęcia z Coney Island: tutaj, tutaj i tutaj.

 

sobota, 21 kwietnia 2018
Cezary Łazarewicz, Koronkowa robota, Czarne 2018

 


(Kadr z filmu "Sprawa Gorgonowej", reż. Janusz Majewski, 1977, źródło; stopklatka.pl)

 

Zanim zdążyłem opisać "Koronkową robotę", przeczytała ją A. No, to zabójstwo to wcale nie była koronkowa robota - stwierdziła. Ale może chodzi o pracę prokuratora albo adwokata - oponowałem. Jakby nie było, książka Cezarego Łazarewicza jest koronkową robotą.

Czyta się jak porządny kryminał noir: surowy, zimny, bez większych emocji. Niby wszystko jest oczywiste, ale autor sugeruje, że jednak nie do końca. Zaczyna się część współczesna: żmudne poszukiwanie Gorgonowej dzisiaj, chwytanie się niewyjaśnionych wątków, dopytywanie. Musiał autor być tak sugestywny, że po raz pierwszy w życiu pomyślałem, że pojechałbym do Lwowa.

Okazuje się, że reportaże (bo oprócz tego, że to porządny kryminał, to również pierwszej klasy reportaż), które czytam mają ze sobą coś wspólnego. Tytuł "Wszyscy jesteśmy dziwni" pasuje zarówno do połykacza ognia, kobiety z brodą, jak i rzekomej morderczyni. Chodzi o wpatrywanie się w radykalną inność, potrzebną dla dobrego samopoczucia. Pobożne i porządne lwowianki chcące zlinczować Ritę Gorgonową nie różnią się od swoich wnuczek (i wnuków), którzy z zapartym tchem śledzili sprawę Mamy Madzi. (Spojler): I choć Łazarewicz - wykluczając kolejne przesłanki - udowadnia, że Krzywicka, Hirszfeld et consortes mylili się co do niewinności Rity G., nie sposób nie stanąć po ich stronie. Wbrew "Faktowi", wbrew faktom.

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 19