2016: 8 filmów, 75 książek - 2015: 39 filmów, 78 książek - 2014: 66 filmów, 89 książek - 2013: 46 filmów, 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl

Wpisy z tagiem: Jarosław Iwaszkiewicz

środa, 22 listopada 2017
Jarosław Iwaszkiewicz, Andrzej Wajda, Korespondencja, Zeszyty Literackie 2013

 


(kadr z filmu "Brzezina" Andrzeja Wajdy na podstawie opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza, 1970, źródło: imdb.com)

  

Listów nigdy nie można brać na serio, bo są pisane pod wpływem chwili (s. 16) - komu jak komu, ale Jarosławowi raczej się w tej kwestii nie powinno wierzyć, biorąc pod uwagę jego bujną korespondencję. Zbiorek listów wymienianych między starym poetą a reżyserem w średnim wieku jest za to raczej skromny, i jeśli miałby służyć jako miara zażyłości, to świadczy o sympatii, znajdowaniu wspólnego języka, ale też o dystansie.

Należy ta korespondencja do zbioru pism estetycznych a nie osobistych. Obaj - reżyser i pisarz -wymieniają uwagi na temat filmów i spektakli, ze szczególnym uwzględnieniem ekranizacji prozy Iwaszkiewicza. Owszem w tle jest Polska, są kłopoty rodzinne, podróże, ale meritum pozostaje dialog dwóch twórców o twórczości, zresztą pozbawiony jakiejś odkrywczości.

Obaj są dla siebie ważni. Dla Iwaszkiewicza filmy Wajdy to - wydaje się czytając - jakiś szczególny rodzaj późnego docenienia, znalezienia się na powrót w światowym obiegu, czyha więc na zagraniczne recenzje, wyławiając z nich swoje imię. Wajda natomiast szuka natchnionego tekstu i okazuje się nim być proza, której autor z roku na rok staje się żywym pomnikiem (a która, niestety, przetrwała krócej niż filmy Wajdy; dzisiaj "Brzezina" jest bardziej znana jako film niż jako opowiadanie; zresztą lada moment Miłosz dostanie nobla, a wybór dokonany przez Iwaszkiewicza oceniony zostanie za niewybaczalny błąd).

W swoim nekrologu dla Wajdy (tutaj) pisałem o Iwaszkiewiczu, ba, zamiast portretu reżysera, gra skojarzeń, umieściłem tam fotos Iwaszkiewicza, ale przecież blogów, podobnie jak listów, nigdy nie można brać na serio, bo są pisane pod wpływem chwili.

 

poniedziałek, 28 sierpnia 2017
Konstandinos Kawafis, Wiersze zebrane, PIW 1981

 


(Twarz przypisywana Ptolemeuszowi II, 285-246 p.n.e., Metropolitan Museum of Art, Nowy Jork, źródło: metmuseum.org)

 

Auden i tamto lato prowadzą mnie ku Kawafisowi, którego tomu w tłumaczeniu Kubiaka nie ma już w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Szczytnie. Tamtego lata pisałem o Kawafisowym oku (tutaj) i Mieście (tutaj). Tego lata zmysłowość Kawafisa jest mi obca, pomijając te nieliczne przejaśnienia, w których objawia się znienacka. Mógłbym przecież jak tamtego lata pisać ody o pępku, porównując go - dajmy na to - ze słońcem (tutaj), ale nie potrafię.

Autor bloga myśli o tym samym, co Kawafis: chciałby zatrzymać upływ czasu. Zresztą cała literatura i niby-literatura (taka jak blogi) jest temu poświęcona. Wydawać by się mogło, że Kawafisowi nawet się udaje - oto tak samo ponętni są młodzieńcy przed naszą erą, jak i w wąskich zaułkach Aleksandrii lat dziesiątych ubiegłego wieku, z taką samą czułością o nich mówi:

Ale utraciliśmy rzec cenniejszą: piękność jego,
która była apollińskim objawieniem ("Grób Euriona")

Tyle, że umierają. Coraz ich mniej, odjeżdżają do Smyrny, z której nie ma powrotu. Wie o tym dobrze urzędnik z wydziału nawadniania, któremu przyglądam się na zdjęciach. A może, znów budzi się we mnie to samo pytanie, a może owa łapczywość tego urzędnika jest jedynie wstydliwą przypadłością niedojrzałego wieku dojrzałego? 

Najbliższy Kawafisowi wydaje mi się Jarosław (zawsze wydaje mi się Jarosław) ze swoją pewnością przemijania, i równocześnie ze swoim wzrokiem wyszukującym zachwyconych młodzieńców, takich, którzy nie przeminą (mrzonka!) I ta miłość, której nie da się ukryć, a którą ukryć należy, żeby nie dojrzały jej nierozumne oczy. Szukałem Kawafisa w indeksach dzienników Jarosława: nie ma. 

Zapisuje urzędnik innego wydziału sto lat później, dwa i pół tysiąca kilometrów od Aleksandrii.

 

niedziela, 09 lipca 2017
Dziennik portugalski trzeci

 


(Piec krematoryjny w Fatimie, czerwiec 2017, źródło: a.b.)

 

Scenki. Tomar

Piękniejsza od waszych rozkoszy geometrów, od zachwycających sklepień i od gęstych od światła krużganków jest stacja benzynowa - mówi Dziecko, które nie zna tylu słów, więc powtarza jedynie bija, bija (od pija - pić, gdzie zmiana głoski p na oznacza benzynę).

Dziennik z Fatimy. Magia sympatyczna (wg Frazera)

Podobnie jak na polach Majdanka, w Fatimie jest ciągle zimno: do pieca krematoryjnego wjeżdżają małe dzieci, nogi oraz wątroby. - Nie mam macicy – mówi pątniczka z Polski, więc cóż mogę od siebie wrzucić w ogień?

Dziennik z Fatimy. Drzewo

Pisałem wiersze o Fatimie, szczery ortodoks, ale teraz stoję na niekończących się schodach. Straszne zimno bije od ognia. Jedynie drzewo mogłoby zdradzić trzy tajemnice, ale ogrodzili je szczelnie, oddzielili od tłumów.

Dziennik z Fatimy. Wieś

Autokary jeden za drugim wjeżdżają do kamiennej wsi. W dwóch domach, na dwóch łóżkach umarł mały święty Franciszek. Znowu wyszukuję drzew, bo pamiętają i owieczek, bo Dziecko chce pogłaskać.

Dziennik z Fatimy. Cuda

Na początku Bóg opiekował się całymi narodami. Matka Boska otaczała wielkim gwiaździstym płaszczem armie, żeby wyrzynały się nawzajem. Potem było trzęsienie ziemi w Lizbonie i parę innych nieszczęść spadło na świat. Obrazili się filozofowie na Boga, co wrzucał w czyśćcowe płomienie i nie odzywał się, gdy płonęło bogobojne miasto. Od tej pory cuda stały się zindywidualizowane, a Opatrzność jeszcze bardziej wybiórcza. Z Matką Boską rozmawiają tylko małe dzieci.

 


(Śmierć Matki Boskiej, fragment reprodukcji witrażu z wystawy czasowej w klasztorze w Batalha, czerwiec 2017, źródło: a.b.)

 

Scenki. Batalha

Makatka ze sceną wiekopomnej bitwy - która miejscowości użyczyła nazwy a o której nic nie wiem - wita nas na schodach restauracji, takiej ceratowo-plastikowej - aż dziw bierze, że nie ma w niej wycieczek szkolnych. Podają tam do dań na raz frytki, ryż oraz purée z gałką.

Proszę się pospieszyć, o drugiej będzie zmiana warty - mówi kustosz. O tak, ja bardzo zmiany warty, krok marszu, tyle chwały. Na ekspozycji czasowej można sobie obejrzeć uśmiechniętego martwego króla, naturalnej wielkości z piaskowca.

Scenki. Porto

1.
Pierwszego dnia w Porto oglądałem pogrzeb Helmuta Kohla. A. wychodziła spod prysznica. Dziecko jeździło trabantami po poduszkach. Kiedy w deszczu w Spirze zagrały puzony, odwróciło się i uśmiechnęło.

2.
Mewy o krwi na dziobach okazały się niczym nadzwyczajnym, jednym z gatunków mew. Ale przez parę chwil – nieświadomi ornitologii - żyliśmy ich drapieżnym wyobrażeniem.

3.
Przyszliśmy na plażę starych ludzi. Ich kończyny były tak nieelastyczne jakby zrobione z fatimskiego wosku. Słońce robiło za piec.

4.
Nie warto więcej pisać, nie warto robić zdjęć – podszeptuje mi w kościele na wzgórzu święty Ildefons, bądź co bądź patron poetów. A może to tylko realistka A. leczy mnie z ułudy (tutaj).

 


(On, jasny chłopiec Jarosława, lipiec 2017, Porto, źródło: a.b.)

 

5.
W tym białym słońcu pod filarem mostu, on jasny chłopiec Jarosława. Widziałaś? – spytałem A., ale nie zwróciła uwagi. A przecież ja też, podglądacz straconego czasu, nigdy bym nie spojrzał, gdyby nie to nagłe światło.

6.
W łodzi monotonny głos każe spoglądać w lewo albo w prawo, i tak nie rozróżniam. Na przekór rozglądam się wkoło (nie będzie mi jakiś głos mówił, co mam robić). Turyści zmęczeni upałem przysypiają przy ławach. Biała Rosjanka omdlewa.

7.
Opisywanie zachodów słońca na cudzoziemskich plażach bądź co bądź nie jest zajęciem, które przystoi. Ciała oblewa ciepłe światło, światło stało się refrenem. Módl się za nami, Panno Wodna, kiedy nadchodzą Flamandowie i powtarzają, chichocząc, ku..a mać!

Powrót

Polska. Dziś międzynarodowy dzień hot-doga, kawa będzie w niższej cenie. Pytamy Dziecka, kosmopolityczni manipulanci, podoba ci się tutaj?
Nie.

(30.06-04.07.2017)

 

czwartek, 01 czerwca 2017
Dziennik. Zapiski z końca maja

 

(Balthus, Teresa na ławce, 1939, kol. pryw., źródło: tumblr.com)

 

Wstęp. Jarosław

„Niewypowiadalne pożądanie” uobecnia się w dziennikach zazwyczaj w trybie nostalgii i komemorytatywnej ewokacji, cofając teraźniejsze wypadki w przeszłość (B. Dąbrowski, Queerowanie intymistyki: Iwaszkiewicz, Zawieyski, Gide, „Autobiografia. Literatura. Kultura. Media” nr 1 (2), 2014, s. 60).

Biblia w obrazkach. Sara

Może dlatego, że wzruszają mnie dzieci - chyba, że chodzi o plac zabaw, bo wtedy nie (tutaj) - najbardziej rozczuliła mnie opowieść o Sarze: nigdy nie przyglądałem się jej dokładnie. Biblia Boyera i Blocha pozbawia opowieść nadmiaru słów, kondensuje uczucia, dodając jeszcze obrazki jak z Lascaux albo niemieckich ekspresjonistów (czym jest ekspresjonizm? tutaj). Więc czytam o Sarze (Schowana w namiocie staruszka wybucha śmiechem. W tym śmiechu są wszystkie porzucone oczekiwania. Stracone nadzieje. Zapomniane obietnice) a potem, parę rozdziałów dalej, o Jozuem i milknę, i odkładam Biblię, skoro w niej Bóg nakazuje ludobójstwo.

(F. Boyer, S. Bloch, Biblia. Wielkie opowieści Starego Testamentu, Dwie Siostry 2017)


O fotografiach

Wyobrażanie sobie, że oglądam zdjęcia Dziecka jak jest małe, a ono już małe nie jest, powoduje u mnie ataki Weltschmerzu. (Dopiero fotografia jest wystarczającym dowodem, że byliśmy. Nieliczne świadectwa pisemne i malarstwo portretowe nie potrafią w żaden sposób dowieść istnienia. Tylko fotografia obiecuje i oferuje wieczność: niewinny uśmiech dzieci z początku dwudziestego stulecia).

Dziecko. Wybrane przygody

Dziecko pokazało pustą łubiankę. Nie ma, nie ma. Nałożyliśmy sandałki i poszliśmy na targ. Ono pierwsze machając koszyczkiem, my za nim.

Dziecko szło chodnikiem. Naprzeciw husky o błękitnych oczach. Polizał Dziecko po policzku i pobiegł dalej. Dziecko zdziwiło się.

Dziecko wskazywało roślinki na balkonie. Pi, pi, pi to znaczy chcą pić. Mama podlewała. Dziecko wąchało bez.

Dziecko zażyczyło sobie pizzę. Ósma wieczór: pokazywało rysunek i wołało. Autor bloga zaczął zagniatać ciasto.

Okno (zob. też tutaj)

Rozpraszają mnie, dyplomowanego urzędnika, te bezustanne pielgrzymki szkolnych wycieczek za otwartym oknem. Toteż, kiedy po raz kolejny pan przewodnik mówi o Mickiewiczu, zamykam je. Gwałtownie robi się gorąco. Już któryś dzień czekamy na burzę. Poddaje się. Zaj...ię cię, ku..o - powtarza do telefonu przechodzień głosem tak donośnym, że zagłusza uczennice.

(29-31.05.2017)

 

środa, 24 maja 2017
Remigiusz Ryziński, Foucault w Warszawie, Dowody na Istnienie 2017

 

(Michel Foucault w Uppsali, przed 1959, źródło: http://www.openculture.com/2014/04/the-lonely-photo-of-michel-foucault-with-a-full-head-of-hair.html)

 

Pierwszą rzeczą, jaką robię po dobraniu się do tej książki, jest poszukiwanie indeksu nazwisk. Nie, nie ma. Nerwowe kartkowanie: czy jest? Jest, nie mogłoby w niej nie być Jarosława. Więcej, pojawia się nawet - jako trop - Edward S.

Michela Foucaulta, ówczesnego dyrektora Ośrodka Kultury Francuskiej w Warszawie, spotyka ta sama niemiła przygoda, która dwadzieścia lat wcześniej dotknęła Iwaszkiewicza (jak się zdaje - nikt nie ujawnił wprost przyczyn wyjazdu dyplomaty z Brukseli): zostaje wydalony z placówki z paragrafów dotyczących obrazy moralności.

Ryziński podejmuje śledztwo. (Sam odczuwam dreszcze na myśl, co się kryje w zakurzonych teczkach, które autor przegląda w archiwach instytutu pamięci. Znowu łapię się na tym, że nie interesuje mnie tak bardzo Foucault a dużo bardziej Jarosław). Opierając się na opowieści na wpół legendarnej, krok po kroku odtwarza pobyt Francuza w Warszawie, a pewnym momencie zaczyna odtwarzać samą homoseksualną Warszawę: miasto Hertza, Zawieyskiego, Mycielskiego i Iwaszkiewicza, i czyni to w sposób perfekcyjny.

Śmiałe są jego tezy dotyczące wpływu Warszawy na twórczość Foucault, który w niej ukończył "Historię szaleństwa". Ryziński podsuwa bardzo przyjemną myśl, że idea panoptykonu ma związek z Pałacem Kultury i Nauki górującym nad szarym wschodnioeuropejskim miastem.

  

środa, 05 kwietnia 2017
Trzecia podróż na Wyspę (2)

 

Odyseja 


Fiat pięćset el to nie jest łódź, ale płynęliśmy wąskimi uliczkami miasteczek, gdzie wszyscy zatrzymywali się i rozmawiali ze sobą albo wychodzili po bułkę albo stawali po prostu, żeby odpocząć (SS 114). To ciągłe hamowanie: nigdy nie można dotrzeć do celu, chociaż teraz uliczka Ulissesa prowadziła do mitu, tak jak powinna (tutaj).

Na to rozżarł się jeszcze srożej Kyklop srogi:
Sam czub wyniosłej góry urwał; cisnął skałą,
Lecz dalej poza okręt padła — szło o mało (...)

Tak byliśmy na miejscu. Nawet jeśli Ulisses okazuje się Janem Chrzcicielem.

Światło

"Czerwony księżyc" jest o rzut kamieniem od skał ciskanych przez Cyklopa. Rybacy mówią tu w języku jeszcze bardziej obcym, mają ogorzałą skórę i akurat rozmawiają o Dziecku. Pijemy południową kawę w białym słońcu, co prześwietla zdjęcia.

(29.03.2017, Acitrezza)

O podróżowaniu

Podróżowanie z dzieckiem to całkiem inne podróżowanie. Wbrew pozorom jeździ się bardziej samotnie. To dwie podróże, a może nawet i trzy. Wspólny dziennik zarzuciliśmy dwa wyjazdy temu - jeśli coś zapisujemy to postępy Dziecka. Wspólnych zdjęć jak na lekarstwo. Prawdopodobnie nawet oglądamy co innego, ale nie ma czasu sobie o tym opowiadać.

O porankach

Siódma trzydzieści. Włoskie miasta o tej porze są prawie bezludne: nigdy ich takimi nie zdołałem obejrzeć, a teraz proszę. Urzędnicy przychodzą po espresso do tej pierwszej czynnej. Łudzące podobieństwo widzę w ich poranku. Śniła mi się dzisiaj zresztą N. z mojej kawiarni.

Wielka Grecja

Jesteśmy w pępku. Tu na żółtej Ortygii, na najpiękniejszym placu katedralnym (tutaj), który Dziecko wybrało - nie bez naszej premedytacji - na swój plac zabaw, tu zaczyna się całe nieszczęście wielkości. Grecja jest pierwsza, potem będą kolejne państwa, tyrani, wojny, alarmy bombowe, czystki etniczne i mapy z pretensją.

Chwila spokoju teraz. Dziecko depcze po stuleciach.

Jarosław. Panny z Wilka

Jarosław nie wychodzi z hotelu. Statek z Józiem się spóźnia (tutaj). Zamyka się w pokoju i pisze. Literatura rodzi się z niespełnienia.

Hotel Jarosława jest, jak pół miasta, w remoncie. Chodzimy po rozjaśnionych zaułkach, gorących marmurach, oddychamy solą. Nie przychodzą statki z Trypolisu. Szukamy natchnienia. Nie ma, nie ma - powtarza Dziecko.

(30.03.2017, Syrakuzy)

Lewkonie


Pewnego lata Jo. wybrała się w objazd po hipsterskich knajpach, poszukując Berlina w egzotycznej Polsce i wszędzie było tak samo, nawet w Suwałkach: podawano sojowe latte, które po pewnym czasie nabierało kompleksowości (tutaj). I wyobraźcie sobie, że przyjechaliśmy do rybackiej wioski na sam kraniec kontynentu, ten róg, który się wcina w morze i tam, na pięknym placyku, zasiedliśmy przy pachnących lewkoniach (tutaj), razem z chińską rodziną i francuską parą, a brodaty kelner przyniósł nam menu. A w nim były: wegański burger, bezglutenowa szarlotka i sojowa latte.

Wszędzie jest tak samo.

(30.03.2017, Marzamemi)

  

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16