2016: 8 filmów, 75 książek - 2015: 39 filmów, 78 książek - 2014: 66 filmów, 89 książek - 2013: 46 filmów, 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl

Wpisy z tagiem: 100/XX

czwartek, 21 kwietnia 2016
Jerzy Ambroziewicz, Zaraza, Dowody na Istnienie 2016

 

(Stroje ochronne w czasie epidemii w 1963 roku, archiwum Andrzeja Ochlewskiego, źródło: wroclaw.wyborcza.pl) 

 

Na marginesie poszukiwań wesołej książki, przeczytałem książkę, która być może wesoła nie jest, za to wyjątkowo wciągająca i niepozwalająca się od siebie oderwać. Czytając trzeci tom antologii reportaży, zanotowałem: Potem znowu żal, że w antologii tylko wycinki a nie na przykład całość "Zarazy". No i proszę, życzenia się spełniają.

Opowieść jest dynamiczna i właściwie przez pierwszą połowę czyta się ją jak kryminał. Miałem w zanadrzu piękne i trafne porównania z "Dżumą", że to taka reporterska wersja Camusa, ale posłowie książki (o literackich dobrodziejstwach zarazy), odebrało mi tę przyjemność pisania, szczegółowo analizując podobieństwa i różnice między Oranem i Wrocławiem. Ja skojarzenia miałem natychmiastowe, ale - inna sprawa - w przeciwieństwie do książek o autorytaryzmie, książek o zarazach czytałem niewiele.

Skoro główny temat został mi odebrany, skupiłem się na wątkach pobocznych, nagle znajdując prorocze i olśniewające zdanie. Zapisał je towarzysz Makuch, jeden z bohaterów, partyjny czynownik, taki, co rozmowę podsłucha, bunt uspokoi i jeszcze dzieciom da cukierki. Z perspektywy dzisiejszej - śliska postać (może dlatego fragmenty o nim czytam z najmniejszą przyjemnością). Tow. Makuch sporządza sprawozdanie, żeby je przedstawić jakiejś wyższej instancji i zapisuje w nim pewnego wieczoru wniosek: o wielkich rzeczach decydują nieistotne na pozór drobiazgi, takie jak talerz zupy. Przeoczyli refleksję tow. Makucha jego przełożeni z KM, KW, SB lub MO, nie doczytali fragmentu, nie powzięli środków. Tow. Makuch przewidział bowiem czerwce, lipce i sierpnie. To przecież z powodu talerza zupy w stołówce w Ś., koniec końców, upadło mocarstwo. 

 

wtorek, 08 grudnia 2015
Helena Kowalik, Wiesz pan, skąd ja jestem?, Iskry 1978

 

(Duże miasto, Irena Słońska, Poznaję świat, 1985, s. 49, źródło: http://duchologia.tumblr.com)

 

1.

Mam takie wrażenie, że kiedyś reportaż był gatunkiem literatury pośledniej. Nawet papier starych reportaży świadczy o tym, że to nie była literatura najlepszej gramatury. Ot, taka rozrywka z czasów sprzed prasy kolorowej. Dziwne, ale po latach, nikomu nie chce się wracać do literackich eksperymentów, awangardowych powieści i zapomnianych białych wierszy, a do reportaży owszem.

Dzisiaj bowiem reportaż to najszlachetniejszy gatunek literacki, najbardziej prawdziwy, pierwotny i esencjonalny rodzaj dziennikarstwa, cytuję tutaj pewnego wiceministra kultury, który okazał się być fanem prawdy, choć wcześniej nic na to nie wskazywało.

Zastanawiam się, czując w rękach ten żółty papier, kim byli czytelnicy książki Kowalik z zakładów "Fael" w Ząbkowicach Śląskich (biblioteka związkowa jak mówi pieczątka). O czym myśleli, czy marzyli o wyjeździe do Warszawy, śmiali się z bohaterów, czy im współczuli?

2.

Bardzo się cieszę, że w komentarzach o Wilanowie jeden z Czytelników napisał: Słoiki przyjechały i nie wiedzą, o czym mówią, a tubylcze zasady zmieniają beztrosko? Odniósł się bowiem do mitycznej konstrukcji czystości genetycznej mieszkańców miasta. Istnieje takie przekonanie, często wyrażane w komentarzach w sieci, że prawdziwą wartością miasta są jego tubylcy: to na nich opiera się miasto, oni są odwieczni, prawdziwi i posiadają odpowiednie cechy predestynujące ich do bycia mieszkańcem, na przykład odpowiedni język (piszą w Wilanowie, a nie na Wilanowie). W gruncie rzeczy konstrukcja ta jest pokraczną kuzynką idei czystości rasowej lub narodowej. Tylko Polacy (nazwę kraju i narodu można dowolnie zmieniać) mają prawo mieszkać w Polsce, bo posiadają odpowiednie cechy charakteru, język, ba budowę ciała.

Może się wydawać, że problem słoików i tubylców to ostatnie lata. Niektórzy używający określenia słoiki zapewne zaperzyliby się, gdyby przyjrzeć się ich genealogii. Pomaga w tym właśnie Kowalik, opisując jak w latach siedemdziesiątych do Warszawy przyjechali wsioki i zaludnili to miasto. Ich dzieci stały się już rodowitymi mieszkańcami: mówią w Wilanowie i Wilsona przez w.

Istotą dużego miasta jest proces wchłaniania ludzi. Miasto to jest twór wyobrażony, zbiór opowieści. Ciągle ktoś przyjeżdża na chwilę, a zostaje na zawsze, ktoś wyjeżdża i nigdy nie wraca. Zresztą wcale nie wiem, czy życie w Warszawie czyni ludzi szczęśliwszymi, Kowalik jest bardziej tego pewna.

(Tak, też wierzę w czystość genetyczną miasta: denerwuje mnie, że Lublin zasiedlają obcy, zamiast nas rodowitych.)

3.

Oglądałem ten obrazek, co powyżej, i wbijałem sobie do głowy, że tak wygląda Warszawa. Pewnie dlatego do dziś przepadam za spacerami wieczorem pod Domami Centrum, gdzie pędzi cały ten tłum nie wiadomo dokąd.

Jadąc od Lublina, należało wyglądać Pałacu Kultury: jak była dobra pogoda to pojawiał się już koło Wiązowny, jak nie to za Zakrętem. Powiedział to pewien taksówkarz i do dziś wyglądam. 

A jeszcze gazety: "Życie Warszawy", "Ekspres Wieczorny" miały gęsty, obcy druk, ciemny od czcionek papier (znowu o papierze!) i dużo drobnych ogłoszeń, i te obce nazwy kin, telefony zaufania: tak to musiało być bardzo egzotyczne miasto, hen daleko. Dalej niż do babci.

Widok ze Wschodniej to był pierwszy widok Warszawy, jak się jechało pociągiem z Lublina. Ten długi blok, te ikarusy (pojedyncze!), tramwaje, szeroka, zielona Kijowska - to była synekdocha nieznanego, ogromnego miasta. Pewnego słonecznego ranka, w dziewięćdziesiątym albo dziewięćdziesiątym pierwszym, tam, na Kijowskiej pierwszy raz jadłem pieczywo francuskie, przypominam sobie nad croissantem.

To chyba najlepsza recenzja książki: miałem napisać o niej, a zaczynam przypominać sobie własną opowieść.

 

czwartek, 03 grudnia 2015
100/XX. Antologia, Czarne 2015. Notatki z tomu trzeciego (3)

 

(Zofia Rydet, Zapis socjologiczny 1978-1990, zr_03_041_15 © 2068/12/31 Zofia Augustyńska-Martyniak; zdjęcie dostępne na licencji CC BY-NC-ND 3.0 PL, źródło: http://zofiarydet.com)

 

Cezurą, którą postawiłem sobie w sporządzaniu notatek z "Antologii" jest rok mojego urodzenia. Tak sobie pomyślałem, że tu zaczyna się współczesność, w miejscu, które pamiętam. Ale co dziwne ta cezura odbija się też w wyborze: reportaże dla mnie stają się mniej ciekawe, czytanie robi się mozolne. Jakby ta fantastyczna opowieść o rzeczywistości (lepsza niż w poprzednich tomach), nagle pod koniec zwalniała.

Bo w sumie całkiem dobrze pamiętam jak wyglądał peerelowski sklep z reportażu Torańskiej, z pojemnikami na butelki przed drzwiami, od których zawsze było czuć nieświeżym mlekiem. I wielka hala sklepu mięsnego przy Braci Wieniawskich albo tego w "Jontku" na osiedlu Moniuszki. Nic nie odkrywam, tylko wspominam.

Wyjątkowo zajadły Stanuch, jak rozumiem, ma przestrzec przed używaniem reportażu do bieżącej walki politycznej i okładania jednych albo drugich. Lepiej byłoby pominąć go milczeniem. (Czy w "Nowym Kurierze Warszawskim" były reportaże?)

Nie wiem też dlaczego Szperkowicz i gdzie jest granica między autoreportażem a autobiografią?

Sikorski - którego ciężko mi czytać z powodów nieliterackich - w jednym śnie objaśnia swoją polityczną przyszłość: Raz mi się śniło, że spędziłem upojną noc z panią Thatcher (s. 824).

Fragment z P. Pytlakowskiego robi się ciekawy, w momencie, w którym się urywa.

Górecki. W dziewięćdziesiątym czwartym reprywatyzacja to były krotochwilne opowiastki o przyjeżdżających potomkach właścicieli, w dwa tysiące czternastym, co pokaże Springer, to już realne dramaty (a państwo przez ten czas nie zrobiło nic).

Wiarę w reportaż współczesny przywraca Stanisławska, poruszającym tekstem o Timbuktu i okolicach. Równocześnie, podobnie jak Salgado, podważa wiarę w ludzkość.

Grochowska. Oto Kościół odwraca się od człowieka (s. 914). Postscriptum dopisane do reportażu po osiemnastu latach przypomina, że odwraca się coraz bardziej (a nawet wbrew papieżowi).

Kotarska.

Kalicki wielokroć lepszy jest od Hesslera a jego Chiny przypominają nasze.

Łazarewicz. Słupsk, a nie Sahel, a wnioski o ludzkości takie same jak z reportażu Stanisławskiej.

Surmiak-Domańska. O roli ironii w historii Polski: Panie Marszałku, Wodzu Polski, Mamy dwie córki i jednego syna, podporę naszej rodziny. Pieniędzy nie posiadamy, za to ofiarujemy naszego jedynego syna jako ochotnika do Żywej Torpedy (s. 987). Jakiś czas później Pan Marszałek, Wódz Polski, pod osłoną nocy nawiał z kraju, zostawiając tych naiwniaków ufających patriotycznym frazesom. Od historii powinniśmy uczyć się ostrożności.

Może ta ostrożność to główny wniosek po lekturze? Podejrzliwość wobec wielkich słów, patriotycznych i religijnych uniesień? Bo życie składa się z fragmentów życia i tylko o to chodzi?

(Prywatną miarą poziomu "Antologii" jest dla mnie odsetek tekstów, co do których nie mam nic do powiedzenia. W przypadku pierwszego tomu wynosił on 0,14, w drugim: 0,1 a w trzecim: 0,02. Linia trendu wskazuje, że chętnie przeczytałbym tom czwarty).

 

poniedziałek, 30 listopada 2015
100/XX. Antologia, Czarne 2015. Notatki z tomu trzeciego (2)

 

Autor bloga wsiada do autobusu. Ma w ręku ważącą prawie dwa kilo papierową torbę. Kiedy się usadowi już na kole (czy tak nazywa się w Wa. to miejsce w przegubowcu? nie wiem), łapie równowagę i wyciąga tom. Łatwo nie jest. Ciężki jest los staromodnego konserwatysty, który nie uznaje e-booków.

Oba reportaże wojenne: Petersowej i J. Pytlakowskiego są strukturalnie podobne. Oba nie nadają się do prowadzenia polityki historycznej, bo poprzez zapis bezpośredni dekonstruują mity. Petersowa pokazuje jak żałośnie kończy się wielka przedwojenna Polska, na której Niemcy mieli połamać sobie zęby. Kiedy owe heroiczne władze mocarstwa uciekają jak szczury, autorka w piwnicy zapisuje: Niechże ci, co przyjdą po nas, zobaczą na przykładzie nas wszystkich (...), do czego doprowadzono Polskę nieładem, przekupstwem, protekcją, ignorancją, zarozumialstwem, pychą i elitarnością (s. 331). A potem ten opis szabru i linczu na żydowskim chłopcu. Nie to się nie nadaje do nowych podręczników. O ile Petersowa jest przy upadku mitu, Pytlakowski jest świadkiem narodzin mitu powstania warszawskiego: poczęto wysnuwać legendę z nieprzebrzmiałych jeszcze wydarzeń. Odwracano oczy od rzeczywistości. Budowano legendę (s. 359). A autor, mokotowski powstaniec, stara się - ostatecznie, wiemy to, zupełnie mu się nie uda - prawdę uchronić przed legendą: pokazać chaos, szaber (znowu!) i anarchię. Nie ma w tym wszystkim tylko pastos. Dziwne, po wielu latach pozostanie jedynie on.

Auerbach. Odtąd będę już inaczej patrzył na pola łubinu.

Koźniewski. Gęstość długich słów i zdań złożonych, jakby samym językiem miał oddawać współzawodnictwo, zawyżając normę liter na stronie.

Dziewanowski. O bierności wobec życia, która może życie zmarnować. Historia L. to gotowy scenariusz na dramat w stylu skandynawskim: o człowieku, który bał się zejść ze strychu.

Gnot. Mgła na Lubelszczyźnie zawsze mnie urzeka, nawet jeśli rozważania o repertuarze domów kultury brzmią zupełnie archaicznie.

Przykład Krzyżagórskiego pokazuje, że polityka historyczna (nawet dotycząca renesansowego Księstwa Legnickiego) prowadzi autorów na manowce jak nie hurapatriotyzmu, to nudy.

Ambroziewicz. Wszystkie katastrofy, kataklizmy i zarazy są niezwykle reportażogeniczne. Może to widok cudzego nieszczęścia, a może wartki bieg zdarzeń i zmienność akcji? Potem znowu żal, że w antologii tylko wycinki a nie na przykład całość "Zarazy".

Budrewicz. Polowanie na wrażenia podróżne.

Warneńska. Nie wiem czemu, ale jestem przekonany, że ten fragment z listem jest wyssany z palca.

Brycht. Typowy Janusz, tutaj o imieniu Andrzej, jedzie do Niemiec. Jest chamem i prostakiem, chleje, chce kupić auto, wszystkim dookoła wypomina drugą wojnę i obozy. Zachowuje się jak świnia i perfekcyjnie to opisuje. (Pomyśleć, pięćdziesiąt lat później mógłby dostać wysokie stanowisko w dyplomacji).

Osiadacz. Wszystko się na świecie zmienia, a Michnik jak był szwarccharakterem, tak nim pozostaje. (Tekst koszmarny pod każdym względem).

Szczygieł. Gdy studiowałem, krążyły legendy o rywalizacji polskich etnografów, gdzieś na zapadłych wsiach w latach sześćdziesiątych, o artefakty sztuki ludowej: prawdziwe Matki Boskie i Frasobliwych. Wersja afrykańska (u Bogdana Szczygła) jest bardziej krwawa, ale opisywany problem ten sam: jakim prawem ktoś (etnograf, kolekcjoner) przedmiot kultu zamienia w eksponat? I w którym momencie (czy w ogóle) taki eksponat traci w sobie sacrum? (Na przykład złocone relikwiarze wypełnione kością w muzeach: czemu nie klękam przed gablotą, choć zrobiłbym to przy ołtarzu?)

Grochola. Wszystko, co można napisać o tym człowieku, naznaczone jest nie tylko ckliwym odorkiem sentymentalizmu, ale także znamieniem jakiejś półprawdy, ćwierćprawdy, słowem: nieprawdy (s. 603). Chyba o każdym.

Kowalik. O bierności wobec życia, bo Bóg dał, Bóg wziął. Odruchowo kupiłem na allegro "Wiesz pan, skąd ja jestem" (bo było we wstępie).

Szumańska. Jej brak to był dla mnie największy brak w tomie drugim, bo jej "Bizary" to był pierwszy tom reportaży, który przeczytałem w życiu. I teraz, po tym fragmencie, wiem dlaczego Szumańska. Dlatego, że jej fraza, jej melodia i jej melancholia do złudzenia przypominają mi frazę, melodię i melancholię Tove Jansson, taką z "Listopada" i opowiadań.

Osiatyński. Marcos (...) zapisał siebie, wszystkich członków gabinetu oraz dyrektorów departamentów, agencji i biur rządowych na kursy twórczego rozwoju, godnego życia, psychocybernetyki, pozytywnego myślenia, jogi i samorealizacji. Potem zaś przymusowo wysłał na podobne szkolenie wszystkich urzędników państwowych włącznie do najniższego szczebla (s. 653). #SprawnePaństwo

Kopeć. W czystej fikcji wałbrzyski taksówkarz, cichy bohater reportażu, okazałby się co najmniej aniołem.

Adamiecki. Całkiem na serio: ten reportaż z Jaskini Zimnej powinien być lekturą szkolną.

Karaś. O Lubelszczyźnie: to jest moja ziemia, zawsze za nią będę tęsknił (s. 736).

Nie jestem pewien, czy to o czym pisze Siedlecka, czyli umieszczanie za wynagrodzeniem pacjentów szpitala psychiatrycznego na wsiach, wyglądało tak dobrze jak w reportażu. Moje wątpliwości wynikają ze szwajcarskiego filmu, który opowiadał o podobnym eksperymencie z sierotami i nosił oryginalny tytuł "Rzeź".

U Snopkiewicza wyczuwam perwersyjną przyjemność z tego, że wciela się w świniowatego urzędnika. Wallraff robił to bardziej etycznie.

Zawsze ogarnia mnie przerażenie, że tyle bym jeszcze przeczytał, poszukał, poszedł śladami wydeptanymi w antologii. Ale jak mogę, skoro jeszcze nieprzeczytane nowe książki, świeże reportaże. Tyle słów, a tak niewiele czasu.

 

piątek, 27 listopada 2015
Dziennik. Popołudnie na Krakowskim Przedmieściu

 

(Edvard Munch, Wieczór na Karl Johans gate, 1892, Muzem Sztuki w Bregen, źródło: wikipedia.org)

 

Delikatna biała mgła oblepia latarnie, na których już zwisa Boże Narodzenie. Szkolne wycieczki planują czas wolny, zwiedziły zamek a wieczorem pójdą do teatru. Nawet białogłowa w kawiarni wie, że ze mną coś nie tak w listopadzie: a pan dzisiaj espresso, macchiato czy latte? Gdzie te czasy, gdy wszystko było jasne?

Nawet w zapisywaniu wahanie: wybierać należy do zdjęć i opisów rzeczy ważne, nieustannie sobie powtarzam, ale, po chwili powątpiewam, cóż po nich, kiedy później nie potrafisz przypomnieć sobie tła: wyglądu miejskich autobusów w Ljubljanie, neonu nad Domem Sportu, drzew na siedemnastce jesienią przeprowadzki. Opisywać i fotografować należy więc niezauważalne, to znaczy tło. Bo w tym tle ty. (Mogłem podpisać ten fragment jako uwagi nad antologią Szczygła).

Wykreśliłem dziś ze szkiców cały jeden wpis: nie, nie będzie o Polsce (27.11.2015).

 

wtorek, 24 listopada 2015
100/XX. Antologia, Czarne 2015. Notatki z tomu trzeciego

 

(August Sander, Niewidome dzieci na lekcji, ok. 1930, (c) 2015 Die Photographische Sammlung / SK Stiftung Kultur - August Sander Archiv, Cologne / ARS, NY, źródło: www.moma.org)

 

Nowy tom, podobnie nieporęczny. Promocja jakby mniejsza. Sytuacja polityczna inna. Może coś nowego da się dowiedzieć z niego o Polsce i patriotyzmie? Bo teraz Polska przez wszystkie przypadki, najchętniej wołacz.

Prus. Chłop lubelski nosi sukmanę ciemnokasztanowatą koloru końskiego; biłgorajak odziewa się w białą parciankę, więc ma barwę owcy; inteligencja i wielu Żydów noszą się czarno niby krety; inni Żydzi, w chałatach wypłowiałych, przypominają szczury wędrowne, a Małorusin w swojej burej świtce wygląda na wilka (s. 20). Z nich wszystkich, pięknych dziewiętnastowiecznych, Prus jeden genialny.

Słoński. Nadaje się do nowych podręczników, stanowczo.

Szpyrkówna. Autorka wyjeżdża za granicę i bardzo to przeżywa. W niesamowitej masie słów potrafi zawrzeć minimum treści. Mają nadto niektórzy i jaką taką alkoholię/ (...) dobywamy mięsa, sardynki i robimy orgię (s. 58).

Ossendowski. Typowy polski bohater: nie lubi Ruskich, celnie strzela i jest sprytny.

Mazanowska. Natychmiast do nowych podręczników. Lekcja narodowego patosu (poinformować ministra kultury!).

Kleszczyński. Któregoś razu na stacji obsługi - gdzie zwykle wciskają mi kit - mówili mi o cybantach. Dopiero z tego reportażu dowiedziałem się, o co chodziło.

O.P. Tyle wyrazów w artykule z brukowca! Czy znaczyłoby to, że nawet poziom ich czytelników spada?

Niektóre teksty budzą bezwarunkowy zachwyt, którego nie potrafisz uzasadnić. To mi się przytrafia z relacją Boguszewskiej z domu dla niewidomych dzieci, fragmentu niezwykle plastycznego i prawie że baśniowego. (Wyszukuję nawet pasujące do niego zdjęcie).

Zahorska. Bliska jest mi idea zapisywania ludzi w tramwajach (lub autobusach). Reportaż z Moskwy pozostawia nas z pytaniem: czy autorka bardziej boi się komunizmu, czy hord z tobołami, zalatujących baranim łojem

Przedziwne: Singer jedzie przez archipelag Gułag i nie potrafi go dostrzec. Rozkułaczeni chłopi lub przestępcy polityczni to dla niego po prostu jeszcze jeden typ pasażera syberyjskiego pociągu.

Fiedler. Otwierając oczy, zdziwiony poznałem Dolores. - Czego tu chcesz? - Wstań i chodź. Dziś pełno ptaków przy kwiatach. - A czy wiesz, ty nicponiu - spytałem z udanym oburzeniem - że tu moja chata? Oczy Dolores umiały ślicznie uśmiechać się z przekorą. Odpowiedziała: - A czy wiesz, że ja jestem twoją pilną pracownicą? (s. 193) Wyobrażam sobie, że ten fragment czyta Nabokov i mówi do siebie: Dolores, będzie się nazywała Dolores!

Reportaż Rogowicza z Dachau wstrząsa, bo jest neutralny i pozbawiony tych wszystkich znaczeń, które obozom koncentracyjnym nada Holokaust i Maksymilian Kolbe. Obóz koncentracyjny przedstawiony bez żadnych emocji i skojarzeń, zwykłe, banalne miejsce. A może ten chłód to wyrozumiałość reportera z kraju, w którym przeciwników politycznych także zamyka się w więzieniach (jest rok 1936) a za decydentami stoją ich wielkie wartości?

Kisielewski. Żal, że fragment taki krótki. (Na s. 239 o roli sztuki dla utwierdzania wyznawanych wartości, konieczne czytać w gabinetach!)

Fajans. Jak w wielu przypadkach, tu też zaczytuję się we wstępie. Czy Roman Fajans, którego powojennych losów nie udało się ustalić, był polskim odpowiednikiem Oriany Fallaci? "Sylwetki i rozmowy" to książka, na którą mam teraz ochotę.

Nogaj jest chłodny inaczej niż Rogowicz. To już nie jest pozbawiona emocji relacja dziennikarza zwiedzającego obóz koncentracyjny, ale opis z wnętrza, choć nadal nie posiada ona całego bagażu znaczeń (bo jednak to wciąż problem Niemiec, a nie nas pod rządami dzielnych i patriotycznych pułkowników).

Słońca używano zwykle jako tła dla sielankowych opisów. Dąbrowski wykorzystuje je na sposób naturalistyczny (ba, zahaczający o turpizm: parszywiały, bulgotały, ropiały) i społeczny, co sprawia czytelnikowi (przynajmniej mi) nie lada niespodziankę.

(Rzadko to się chyba zdarza, ale w przypadku reportaży przedwojennych, sequel, to znaczy trzeci tom, lepszy jest od wyboru w tomie pierwszym).

 

 
1 , 2 , 3