2017: 69 książek - 2016: 75 książek - 2015: 78 książek - 2014: 89 książek - 2013: 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl

Wpisy z tagiem: ja

środa, 12 grudnia 2018
Dziennik pisany w grudniu (odc. 1)

 


(Poznań, Św. Marcin, 4.12.2018)

 

1.

Rakiety. Skoro nie mogli pojechać na halę (bo brak samochodu), pojechali i kupili samochód (nie na hali). Równie dobrze, może nawet łatwiej, kupowaliby rakietę kosmiczną. Czy dużo pali przy odczepianiu pierwszego członu? Czy kapsuła w pełni bezpieczna? 

2.

Oczekiwanie. Dziecko śpiewa w przedpokoju, że teraz będzie Adwent. Czy na kogoś naprawdę czekamy?

3.

Ajerkoniak. Poznań jest schludny, choć za plecami hotelu na wąskim parkingu otwiera się widok na podwórza ulicy ku czci najlepszego ze świętych. Jarmark całkiem berliński z wielkim młyńskim kołem. Szukam, błądzę, czy mają ajerkoniak na uśmierzenie nerwów? (tutaj)

4.

Sceny mitologiczne. Wszystkie wyglądają podobnie, wychodząc mówią Paka! i zabierają tajemniczy kuferek z zestawem płynów do czyszczenia wydzielin. Afrodyta na piętrze drugim, Atena - na trzecim, Artemida - na piątym.

Parys w garniturze zjada ze śniadania wzięte jabłko.

5.

Dylemat Jarosława (po raz kolejny). Kiedy przypną mu medal a on się ucieszy, to znaczy, że już będzie po tamtej stronie muru, który chciał kiedyś wyburzyć, najlepiej słowami, słowa mało znaczą. 

Poszarzał, nie nadaje się na bohatera (nawet na bohatera bloga).

6.

Medycyna tradycyjna. Kolega z pokoju - mormon (tutaj) - oskarżył mnie o ból gardła, zapalenie stawu oraz upadek cywilizacji Zachodu. Wszystko przez otwieranie okna. Przez okno do pokoju - powiem Wam po cichu - wpada czasem czort.

7. 

Zwykłe czasy. Bębni deszcz o Bemowo. Zapisuję ten grudzień, który pożera noc; i czas. Bardzo brakuje odrobiny zachwytu. Kiedy tak notuję, w swetrze ze świątecznym misiem siadam naprzeciw urzędowej pani w swetrze ze świątecznym reniferem.

8.

Słońce Peru. Peruwiańskie borówki nachalnie na hali spoglądają na mnie. Jakby lato trwało i działo się w najlepsze w tej szarej chmurze mgły, zimy, co nie jest zimą, jesieni, która nie mija, nocy, która zjada dzień. (I jeszcze weź Dziecku wytłumacz czy Peru koło Łodzi).

9.

Iluminacja. Krajobraz piękny był, choć nie zimowy. Ulice oświetlone światłem odbitym w kałużach. Dziecko w każdą musiało wstąpić. Brakowało tylko Bożego w Narodzeniu.

 

sobota, 01 grudnia 2018
Dziennik pisany w listopadzie (odc. 4)

 


(Amedeo Modigliani, Portret dziewczynki (fragm.), 1917, źródło: pinterest.com)

 

25.

Oczy (z dedykacją). O pustych oczach z portretów Modiglianiego przypomina mi w muzeum M. Odtąd przez cały tydzień czuję jak mnie śledzą.

Pisałem kiedyś - w owo niesamowite lato - o oku pożądliwym, miłosnym, letnim (tutaj). Oko Modiglianiego jest zupełnie inne, wszystko na co spojrzy przyobleka w rozpacz.

26.

Łzy. Czemu pani płacze? - pyta Dziecko. Mars zdobyty, właśnie wylądował, w centrum kontroli lotów bordowe koszule rzucają się sobie w ramiona. Pani płacze ze szczęścia - wyjaśniam Dziecku, ale widać nieprzekonująco, bo to czemu pozostaje między nami. 

27.

Stanowisko. Prowadziłem w lutym wykopaliska w szufladzie (tutaj), teraz przyszła pora na szafkę. Szafka jest zdecydowanie królestwem rzeczy: w niej spoczywają instrukcje i rachunki, jak również przeterminowane gwarancje. Czas upływa szybko - uświadamiam sobie patrząc na to, ile lat są z nami czajnik i kuchenka, lodówka już odeszła, podobnie jak samochód i radio (które to było radio?)

W zagubionej kopercie wywołane zdjęcia przedstawiają mnie, nas, parę osób: chwilowość tego, że jesteśmy razem.

28. 

Wizyta. Dzisiaj ze szczęścia płacze ciocia P. Na moment Dziecko jest znowu tam, gdzie wszystko było poukładane i jasne (sosnowe panele na podłodze), nim się do niego nie dobrał System. 

29.

Kret. Polscy patrioci napisali donos i teraz państwo pragnie, abym jako kret (bardziej Mysia niż kret) cenzurował pewnego profesora, którego oglądam na filmie. Siedzę więc, kret, przed komputerem, pisząc - tego uczą mnie książki o poprzednim systemie - panu profesorowi pozytywną opinię, na pohybel patriotom (i ich wyimaginowanej ojczyźnie).

30.

Potwór Gender puka w nasze łóżko. Na dobranoc opowiadam Dziecku bajkę o Kopciuszku. Nie pomijam nawet Grimmaśnych szczegółów jak obcięty palec starszej siostry. Kiedy już zasypia - po żyli długo i szczęśliwie - dziwi się, że Kopciuszek był jednak dziewczynką a nie chłopczykiem.

   

niedziela, 25 listopada 2018
Dziennik pisany w listopadzie (odc. 3)

 

21.

Wielka wojna, "Teksty drugie" Doskonały (i kupiony w Krakowie) numer "Tekstów drugich" o wielkiej wojnie. Zaczytuję się nim i wypisuję cytaty:

Człowiek zaczynał już mieć po uszy tych bohaterów. Prawdziwi bohaterowie byli martwi! A ci tutaj, też mi bohaterowie, akurat! (P. Lemaitre, Do zobaczenia w zaświatach, s. 157 w: "Teksty drugie", s. 32)

Fotografia (…) również zamyka w potrzasku wydarzenie podczas jego wydarzania się, uniemożliwiając jego przemianę w pamięć (U. Baer, Spectral Evidence. The Photography of Trauma, s. 9 w: j.w., s. 38).

Co do odwagi, patriotyzmu, ofiary, śmierci, zostaliśmy oszukani i gdy tylko po raz pierwszy znaleźliśmy się pod obstrzałem, natychmiast stało się dla nas jasne kłamstwo anegdoty, historii, literatury, sztuki, opowieści weteranów i oficjalnych dyskursów (J. Norton Cru, Témoins, s. 13-14 w: j.w., s. 98).

Wojna nie jest opowieścią. Wojna to niemoc życia, mówienia, pisania (C. Barreau, Comment faut-on l'amour pendant la guerre?, s. 9 w: j.w., s. 112).

Amnezja jest procesem, który skutecznie otwiera możliwość powtarzania się wojny. (…) Polityka historyczna jest de-formacją pamięci. Mniej interesuje ją przeszłość jako ostrzeżenie będące źródłem pożądanego namysłu; znacznie bardziej zajmuje się przygotowywaniem i narzucaniem gotowych rekonstrukcji przeszłych zdarzeń jako instrumentu politycznego kreowania teraźniejszości. (…) nie pojednanie a generowanie potencjalnych konfliktów/wojen będzie zadaniem [polityki historycznej] (T. Sławek, Ciemne światło wojny, j.w., s. 171).

Wyłania się z tych cytatów przestroga przed wszelką polityką grającą na emocjach i odrzucającą namysł nad sensem, a czymże innym jest wszelka chwalebna polityka, tak lubiana przez rządzących? Już przy okazji konfliktu o Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku, autor bloga zapisywał, że celem nowej władzy jest odrzucenie stwierdzenia, że wojna jest zła (co pokazywała pierwotna ekspozycja). Kiedy zapomina się o tym, czym jest wojna, następuje jej złudna idealizacja. A my tutaj podatni jesteśmy na idealizację.

22.

Z Dzieckiem w kosmosie. Tymczasem rakieta bez ludzi ląduje na Jowiszu: Dziecko pokazuje mi swój kolorowy rysunek (obaj czekamy na poniedziałkowe lądowanie na Marsie). Wracamy razem do domu, gdzie czeka korona z wystawy o Maciusiu. Nie chcesz być królem? - pytam. Nie, chcę być po prostu mną - odpowiada Dziecko. Może wyrzucem koronę do śmietnika?

23.

Jak dzieci. Lektury i wystawy splatają się ze sobą. Opowieść o Korczaku w "Polin" to przecież historia dziecięcej Rzeczypospolitej, w której dzieci ustanawiają i egzekwują prawa. System kartek pamiątkowych (kilka z nich można obejrzeć w gablotkach), dziecięce sądownictwo - to wszystko bierze się z głębokiej wiary Starego Doktora w szlachetność dziecka. Tak samo dzieciom ufa Jacek Kuroń, wtedy, gdy tworzy walterowców i dzięki nowemu wychowaniu chce zmienić świat. Wspólnota własności, wiecowość (przy czym to wiec, grupa ustala kary i nagrody), wreszcie prawo najmniejszego, poprzez wszystko to Kuroń-wychowawca stara się zorganizować lepsze państwo (wzór jego drużyny w sposób siłowy narzucany jest całemu harcerstwu). Ale tak naprawdę utopia dziecięcej władzy - na serio - realizuje się w rewolucji chińskiej, o której pisze Dikötter, realizuje się z całym okrucieństwem i nienawiścią (bo okazuje się, że nie są owe dzieci tak niewinne jak zakładano; ba, bardziej bezwzględne są od dorosłych).

Napisy. Tania odzież w Łodzi nazywa się Mogadiszu.

 


(Henry Darger, The Story of the Vivian Girls, in What Is Known as the Realms of the Unreal, of the Glandeco-Angelinian War Storm, Caused by the Child Slave Rebellion (fragm. jednej z grafik))

 

Wielka Wojna, Muzeum Sztuki w Łodzi. O tym, że Wielka Wojna przeorała w sposób dosłowny i przenośny kontynent europejski, na tej wystawie dowiadujemy się naocznie. Lektura "Tekstów drugich" przydaje się dla zrozumienia kontekstu. To, co dla nas oczywistością stało się po II wojnie - brak języka i sztuki dla wyrażenia wojennych okropieństw - w Europie Zachodniej zaczęło się wraz z Verdun i Sommą. 

Można w niej dostrzec, że kultura europejska XX wieku wciąż zmagała się z traumą tamtej wojny. Przykładem choćby skecze Monty Pythona, które nie są niczym innym jak absurdalną wariacją na temat bezsensu Wielkiej Wojny. Dokument z musztrą dla ofiar shell shocku, która ma wrócić im utraconą psychiczną męskość, zostaje przetworzony w filmowanej niemal pięćdziesiąt lat później monty pythonowskiej musztrze wykonywanej damskimi ruchami.

Muzeum Sztuki wykonało kapitalną pracę, chcąc przypomnieć nam opowieść o wojnie, w której po obu stronach frontu wzięło udział blisko trzy miliony Polaków. Brakuje mi tylko, pośród imponującej kolekcji obrazów, grafik, rzeźb i filmów, prac dwóch ofiar tamtej światowej: Augusta Macke i Franza Marca.

24.

Warzywa. Czy czujesz w mojej torbie pora? Dopytuję w kawiarni, dopytuję na chaczapuri, czuję pora nawet w tramwaju (choć wiele innych rzeczy można w tramwaju poczuć). Jadą moje warzywa przez całe miasto ze mną, odkąd nie mogą w bagażniku.

 


(Pigwa, Hala Mirowska, 24.11.2018)

 

Owoce. Przy stole siedziały starsza pani z Konstantynopola i wspomniana już mieszkanka Algarve. Ustalały, który jest najbardziej śródziemnomorskim z owoców. Okazało się, że pigwa, nie dowierzałem, szukałem w słowniku, szukałem na targu. Mienią się pod halą żółte i dojrzałe, małe Morza Śródziemne.

25.

Krzycząc: Polska!, Muzeum Narodowe w Warszawie. Spośród wystaw przygotowanych z okazji stulecia odzyskania niepodległości, ta jest najgłębiej ironiczna. Zaczyna się od wielkich na dwa piętra plakatów z marszu niepodległości przedstawiających młodzieńców z racami (pewien polityk opozycji odczytał to zdjęcie jako propagowanie faszyzmu. Zapewne nie zdołał zajrzeć dalej, bo może wtedy pojąłby jak bardzo ta wystawa sprzeciwia się oficjalnemu rocznicowemu dyskursowi).

Jest na niej to wszystko, co wypychane jest z dzisiejszej pamięci. Nie ma za to odpowiedzi na pytanie zadawane przez Boga z wiersza Słowackiego, tego, który użyczył tytułu wystawie: Polska? Jaka? Autorzy wystawy zdają się sugerować, że nikt na to pytanie nie odpowiedział, że - być może - oprócz lirycznego Boga, nikt go dotąd też na serio nie zadał. Przyzwyczajeni jesteśmy do banalnych odpowiedzi, podręcznikowych definicji, nawet Dziecko wkracza do muzeum śpiewając hymn. 

Witają nas kadry z "Wesela" Wyspiańskiego/Wajdy, jeszcze jednej ironicznej opowieści o polskiej niemocy. Kolejne sale są jak kozetka psychoanalityka, na której leży Polska. Rok 1905 - wymazana cała historia rewolucji, uprzednio przygarnięta przez ludową ojczyznę ze słynnym "Strajkiem" Lentza (znaczek z okazji któregoś zjazdu PZPR). Groza Wielkiej Wojny - o ile łódzkie muzeum opowiadało o nowych formach wyrazu w zetknięciu z grozą, na tej wystawie opowieść jest klasyczna. Przejmujące obrazy okopów, grafiki z wronami nad wystającą ze śniegu martwą ręką, nic heroicznego (w obu muzeach powtarzają się dwie grafiki, w tym ta z suplikacją Skoczylasa). Zabójstwo Narutowicza - na całej ścianie wielkie zdjęcie elity rządowej z 1935 roku, stojącej (ze wstydem?) przed portretem pierwszego prezydenta. Wreszcie kult jednostki - przerażająca sala maszkar o rysach Piłsudskiego ze szkicami projektu mauzoleum, którego mógłby pozazdrościć sam Franco.

Z każdą salą Polska cię coraz bardziej przytłacza. A. się nie podobało (zachwycił ją dopiero Romuald Gutt przecznicę dalej): rzeczywiście sale wystaw czasowych Narodowego narzucają pewną schematyczność ekspozycji. Ja zachwycałem się linorytami: grafiki na wystawie są naprawdę warte spojrzenia (jak choćby seria Stefana Szmaja).

Kiedy zauważa się, że dobra zmiana usunęła dyrektora muzeum, będącego równocześnie kuratorem "Krzycząc: Polska!", ironia nabiera jeszcze większej siły. Kolejne sale każą się zatrzymać, każą porzucić hałaśliwy - jakże ceniony przez władze - "patriotyzm" i odpowiedzieć w sumieniu na pytanie: jaka?

 


(Odsłonięcie portretu Narutowicza w gmachu "Zachęty", 1935)

 

(Na tej wystawie rozmawiamy z M. o szrapnelach: może to nie wypada toczyć tak poważnych dyskusji, ale oboje  - inne pokolenia - boimy się wojny. Dziecko za to docenia krajobraz z okopami, zasiekami i szubienicę na wzgórzu, mimo że powtarzam: nie wolno bawić się w wojnę, pamiętaj).

Postscriptum [Ciechocinek,] ta śródlądowa "miniatura morza południowego" była chlubą II Rzeczypospolitej. Ucieleśniała bowiem (…) tożsamość narodową (W. Affelt, A. Nocna, "Modernizm w Europie. Modernizm w Gdyni", Gutt Architecture).

    

czwartek, 22 listopada 2018
Dziennik pisany w listopadzie (odc. 2)

 


(Karmelicka, Warszawa, 11 listopada)

11.

Święto. Fińska architektura zupełnie zmienia spojrzenie na Polskę. Może to dzięki wielkiemu oknu i ciepłemu beżowi ten kraj wygląda lepiej. Tutaj nie ma urzędowych patriotów - myślę sobie.  Dzieci w koronach (wystawa "W Polsce króla Maciusia") w hallu muzeum żydowskiego śpiewają polski hymn, który brzmi radośnie. Nikt zresztą nie pilnuje odpowiedniej postawy. A potem jest jeszcze izraelskie wino i naleśniki o barwie twarożkowo-truskawkowej.

Święto. Najbardziej przeżyłem siedemdziesięciolecie. Telewizja na okrągło nadawała pieśni legionowe, poczta wydała serię łebków, w której jedynym ukłonem w kierunku systemu był Marchlewski (system kończył się i nikt go nie brał na poważnie).

Przyszły autor bloga wzruszał się ogromnie i zapisywał siedmioletnim charakterem pisma w cienkim niebieskim zeszycie patriotyczną poezję. Dlatego w pochmurne dni chodzimy do przedszkola, podśpiewując: w dzień deszczowy i ponury.

(Dopiero teraz, myśląc o tym tekście, zauważam, że nie mówi on w ogóle o Polsce, ale o zapomnianej Wielkiej Wojnie).

12.

Dreszczowiec. Takie rzeczy dzieją się w prawym mieście Ś. Zakrada się berliński kot morderca, Niemiec z Dolnego Śląska i czystej krwi polską kotkę, wychowaną w wyżynnej wiosce rach-ciach pazurami chce na dwie albo więcej części poćwiartować. I czyni to dla wątróbek albo kurczaka albo opakowania suchej karmy. 

13.

Pisanie. Wyjątkowość przestała mnie dotyczyć dosyć dawno. Jeszcze mnie tylko uwiera lęk przed anonimowością (uświadamiam sobie na marginesie "Służących").

14.

On. Tępy partyjny funkcjonariusz pojawia się w każdym systemie. Za każdym razem, gdy słyszę o nim, przypominam sobie obserwacje Gilberta z norymberskiego więzienia. Na jego biurku stoi zdjęcie wodza. Kłania mu się co rano. Wodzowi zawdzięcza, że nie jest nikim. 

(Dopisane: najniższe IQ - zgodnie z badaniami Gilberta - posiadał Julius Streicher, odpowiedzialny za propagandę).

 


(Autor nieustalony, Poszukuje się żydowskich trupów, Der Moment, 1924, źródło: ŻIH)

 

15.

Wolny ptak. Der Frajer Fogl, Żydowski Instytut Historyczny. Pośród płaszczy ukrywa się pani ambasador, wiem o tym, bo szatni broni goryl. Oho, myślę znowu będzie afera: pani kurator ten marsz ostatni za bardzo przypomina tamte marsze z okolic Wielkiej Polski i numerus clausus. Mi też przypomina (ale ja za dużo czytam). 

16.

Krajobraz. Ciemno zapada szybko. Jutro niespodziewanie nadejdzie szron.

17.

Kto ty jesteś? Jestem indykiem - powtarza Dziecko. Ciiiii - mówię mu - nie mów tego głośno tutaj, gdzie kupujemy w obfitości drób.

18.

Koniec świata. Ksiądz apokaliptyk dopytuje dzieci, co sądzą o końcu świata. Kto chce iść do nieba? Podnoszą się ręce. Do piekła? tylko jakaś mała dziewczynka nieśmiało.

19.

Inny zabór. W Krakowie śnieg prószy lekko: samochód gra marsza Radetzky'ego. Podobnie orkiestra w pióropuszach na dole. Jak przyjechał do nas cesarz - opowiada pani dyrektor - to było w tysiąc osiemset pięćdziesiątym pierwszym.

W głąb. Dziewiętnastowiecznych turystów do wnętrza kopalni wprowadzali mali chłopcy z lampkami. 

Przyjęcie. Wujek Portugalczyka naprzeciw był patriarchą Indii wschodnich. Portugalka obok rozpacza nad niewolnikami z targu w Lagos (dlatego nie jedzie do Auschwitz: ma wyrzuty sumienia). Łączy nas bardzo sentyment do Aljezur i wspomnienie o Intermarché tamże.

Podłoga. Ostatnie słowa Goethego są pod prysznicem (czyżby częste awarie prądu?) Martin Luther King sięga sedesu. Śmietnik informuje, że w życiu piękne są tylko chwile. Projektant tego hotelu też podnosił rękę do piekła.

 


(Kraków, 20 listopada)

 

20.

...

Budzi we mnie Kraków czułość, nawet Galeria Krakowska. Aż się nie mogę powstrzymać i staję w kącie, żeby napisać do M.

Na tej samej kanapie siedziałem rok temu, kiedy zapisywałem: ta intensywność powoduje, że pamięć działa zupełnie inaczej.

Co innego Warszawa. Wynurzam się ze stacji centralnej. Popatrz jakie szarawe szerokie szosy, jak tu niegościnnie, jak brzydko.

   

środa, 14 listopada 2018
Dziennik pisany w listopadzie (odc. 1)

 

 

1.

Tubylcy z Powązek. Na obcych cmentarzach nie jest się tubylcem. Trochę jak w muzeum, może nawet w muzeum tubylcem bardziej. Można jedynie - jak pani, którą poznajemy na przystanku tramwajowym i która zaprzyjaźnia się z Dzieckiem - odwiedzać znanych z ubiegłego roku. Wszystko obeszłam, nogi bolą. Można - jak my - gubić się w porzuconych alejkach pełnych żółtych liści, a potem szukać skrawka lubelskiej ojczyzny: grobu Julii Hartwig (kwatera 3, rząd 2, miejsce 18).

2.

Jesień w B. W dzień zaduszny (wtedy jeszcze był) byliśmy w Knokke. A potem na Sablonie spotkałem królową wdowę. Cmentarze były puste. Groby na pięć lat. O śmierci się nie rozmawiało. Po wizycie w Laeken wstąpiliśmy na kawę i piwo do baru ze słońcem na końcu tramwaju. Morze Północne - nie pamiętam - musiało być chłodne.

3.

Jesień w B. Byliśmy piękni i młodzi, i wydawało nam się, że ten stan: młodość, piękno, dany jest na zawsze. Siadaliśmy na wysokich zielonych krzesłach i jedliśmy truskawki otoczone czekoladą mleczną. Pierwszy zachwyt, gdy się jeszcze pozwalasz sobie samemu unosić.

4.

Baśń. Ponoć jest - powiedziała A. - miejsce, gdzie podają gorącą, płynną czekoladę a do tego galaretki w kolorowych papierkach. Wiem, gdzie to - odpowiedziałem i spakowaliśmy Dziecko i w ciemny wieczór ruszyliśmy autobusem w stronę płynnej czekolady. 

5.

Gutt Architecture, Narodowy Instytut Architektury i Urbanistyki. Niewielu architektów pojawiało się na blogu. Pewnego stycznia autor bloga zapisał: trzeba wyrosnąć z secesji, żeby docenić cegłę szarą polską Romualda Gutta. (To tak jak z dorastaniem do jazzu). Bo Gutta traktuję wcale nie jako architekta, traktuję go jako narodowego filozofa. Ta szara cegła polska jest bowiem tym, czym Polska jest. Tutaj nie ma żadnego piękna, tutaj jest mgła i wieczór, i wieczne swary, i wróbli z szarymi czapeczkami więcej niż mazurków (choć to mazurki, nie wróble w karmniku).

Hymn państwowy. Po twarożkowo-pomidorkowej fladze, przyszła pora na hymn. Dziecko ćwiczy nad nierozlanym mlekiem: Jeszcze chrupki nie zginęły, kiedy my żyjemy.

6.

Ćwiczenia z telepatii. Są dosyć skomplikowane, wymagają odpowiedniego skupienia przed snem, koncentracji na osobie i na - czystej - myśli. Co więcej, nigdy się nie dowiadujesz jak się udało, więc może rezultat zupełnie chybiony. Przyśnię ci się - szepczesz, a potem już tylko mamroczesz: przyśnięcisię. I w ostatniej chwili zdołasz się uśmiechnąć.

7.

Nić. Sploty wolności, Europejskie Centrum Solidarności. Wystawy o Polsce grzeszą przegadaniem. Weźmy zeszłoroczne "#Dziedzictwo", nagromadzenie przedmiotów - jak na babcinym strychu - mających świadczyć o wielkości. "Nić" jest inna: chłodna, ale budząca emocje. Milcząca, ale przez to opowiadająca dużo więcej. Ubrania, kawałki ubrań, najprostsze znaki, żeby opowiedzieć o ojczyźnie. 

Starość. Ciągle chcą walczyć - opowiada ten, który ich zna - próżni i z depresją, wciąż na nowo przeżywają ten moment, kiedy było warto. (W bramie stoczni, gdzie się wszystko zaczęło, wbity w ścianę bankomat).

8.

Kartuska. Z samego rana nie jadę nad morze, choć planowałem tramwajem prosto w fale. Musiała mi wystarczyć wieczorna wanna. Jestem za leniwy, nie ten wiek. Wolę gotyckie wieże, których się kiedyś bałem. Na Kartuskiej słońce wpada do kawiarni z K. i tureckim chlebkiem. Dobrze wiem, że dalej jest ulica Szara i na tej Szarej też toczy się życie. 

9.

Pusto. Ta mgła nie ma nic wspólnego z Casparem Davidem Friedrichem. Nie ma nic pomiędzy. Nie ma nas. Nie ma Polski. Na latarni wrzeszczy wrona.

10.

Hymn państwowy (drugi raz). A jeśli - sam siebie pytam - uczenie hymnów i patriotycznych pieśni, nie służy niczemu innemu tylko, żeby przerabiać słodkie dzieciaczki w mięso armatnie?

 

czwartek, 01 listopada 2018
Dziennik pisany w październiku (odc. 3)

 

24.

Pasowanie. Białe rajstopki i czarne spodenki. Tak uroczyście, że dzieci milczą. Oddajemy je dziś smokowi (którego zowią też Lewiatanem), smok rozdaje małe pieski i czekoladowy tort.

25.

Wierny towarzysz. Pan od zbierania tłuczonych skorup - nazwałbym go archeologiem, ale jest nieprzyjemnym typem z lawetą i kabiną wypełnioną wieloletnim dymem - zabiera coś, co było naszym samochodem, ale teraz nie jest ani naszym, ani samochodem. A przecież inaczej traktujemy samochód, a inaczej widelec albo poduszkę: auto mniej ma z narzędzia, a więcej z podmiotu, stając się machiną wspomnień.

Kiedy odwoziłem M. na lotnisko (tutaj).
Kiedy utkwili w śnieżycy na Wielkanoc (tutaj).
Kiedy się niepokoili, a potem byli szczęśliwi (tutaj).
Kiedy się jechało i wracało w sierpniu do szpitala.

26.

Znaki. Przez stoliki kawiarni przebiegł biało-rudy kot z niebieską obróżką. Wybiegłem za nim z kawą, ale zniknął. Przywidział się?

 


(Sofia Nalepińska-Bojczuk, Pacyfikacja Zachodniej Ukrainy (fragm.), 1930, Narodowe Muzeum Sztuk Pięknych Ukrainy w Kijowie)

 

Awangarda i państwo. Muzeum Sztuki w Łodzi. Należy się cieszyć, że można znaleźć jeszcze ekspozycje opowiadające o Drugiej Rzeczypospolitej, których nie dotknęli propagandyści Instytutu lub miłośnicy historii patetycznej. Dla uczczenia stulecia do muzeum najlepiej wybrać się do Łodzi, bo dość odważnie opowiada się w niej o rządach pułkowników, prześladowaniu mniejszości narodowych czy więźniach politycznych. Wszystko to zilustrowane jest dobrą sztuką, czasem wygrzebywaną przez kuratorkę z litewskich i ukraińskich zakamarków. Część eksponatów to prawdziwe - dla mnie - odkrycia. Świetne są chociażby grafiki czy polski ekspresjonizm grupy "Bunt". Trochę inaczej na drugim piętrze opowiada się o sztuce powojennej, ale i tu znaleźć można miejsca przykuwające uwagę (choćby slajdy z akcji artystycznej z Lu. z 1977 r., bardzo dużo ujęć mieszkańców trzy lata przed moją erą).

Sztuka powinna być krytyczna wobec rzeczywistości - twierdzi autor bloga. Sztuka pochlebców bardzo szybko staje się własną karykaturą (spójrzcie na Jana Pietrzaka). I jeśli o Polsce coś nowego można powiedzieć po tej wystawie, to to, że opisuje ją najlepiej historia pomnika Mickiewicza w Wilnie:

Pronaszko podjął nieudaną próbę stworzenia monumentalnego pomnika poety w Wilnie. Zrealizowany z pomocą wojska w 1922 roku w postaci wielometrowej drewnianej makiety [na zdjęciu widzimy po prawicy wojskowych, po lewicy - cywili a u podnóża makiety - marszałka], nie doczekał się realizacji i spłynął do Wilii podczas powodzi w 1938 roku.

Wernisaż. Przeżyłam śmierć we śnie - mówi emerytowana artystka emerytowanemu artyście nad czerwonym winem, do którego trudno się dopchać.

27.

Przypadek. Spodziewał się wydrążonych dyń, rydzów się spodziewał, nawet ostatnich - zawsze są jakieś ostatnie - malin i pierwszych pomarańczy, ale nie S. z dziećmi. Przecież prawdopodobieństwo spotkania w Warszawie kogoś, kto był ważny w Lublinie, jakieś dwadzieścia lat temu (sprawdzić dla pewności dziennik) jest bliskie zeru.

28.

Czego uczą nas ptaki? Jestem bardzo głodny - powiedziało Dziecko, po tym jak zobaczyło, że sikorka i wróbel urządziły sobie śniadanie w świeżo wystawionym karmniku na Dziecka parapecie.

Barwy narodowe. Bez samochodu, w plusze, podróż do arkadii (szczęście, że dziś czynna) jest prawdziwym wyzwaniem, a jeszcze wieczór zapada rychło (siedemnasta już noc). Stoimy teraz w kałuży pod wielką biało-czerwoną flagą. Pada. Czerwona jest od pomidorka, a biała od twarożku.

29.

Liść. Jesień spadła gwałtownie na miasto, które we mgle (smogu?), ciemności i deszczu skurczyło się do postaci wymiętego liścia.

30.

Pożegnanie cioci Angeli. Otóż całe świadome życie autora bloga - okazuje się - można opisać za pomocą trojga niemieckich kanclerzy. Tych z CDU lubiłem bardziej. Najpierw Kohl - dzieciństwo, pani G. z NRF przywozi mi pomarańczowego resoraka i kalendarz adwentowy, który zjadam w całości, bo nie wiem o co chodzi z tymi czekoladkami - trzyma Mazowieckiego za drobną dłoń (każda dłoń jest drobna w porównaniu z dłonią Kohla), później Schröder, a potem dorosłość, czyli Merkel.

31.

O diable i warzywach. Owszem wydrążyliśmy. Trudno się bać, w epoce po Holokauście, Gułagu i Rwandzie, diabła co tkwi w dyni.

O śmierci i cukierkach. Dwie śmierci, czarnoksiężnik i chłopiec z plastikowym workiem zapukali po cukierki koło dwudziestej. Znam go - powiedziała młodsza śmierć - chodzi do maluszków w naszym przedszkolu.

  

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 236