2017: 69 książek - 2016: 75 książek - 2015: 78 książek - 2014: 89 książek - 2013: 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl

Wpisy z tagiem: ja

czwartek, 11 października 2018
Dziennik pisany w październiku (odc. 1)

 

1.

Nagle Dziecko przestało płakać. Jakby wiedziało, że miesiąc i basta. Pierwszy raz radośnie idę do tramwaju. Takie rano: wróble narkotyzują się cukrem.

2.

Pan był w Iraku. Pokazuje urzędnikom urwane stopy i dłonie (zestaw zdjęć plus filmy). Walczyliśmy ze zwierzętami - mówi. Dopiero po chwili dociera do mnie, że zwierzęta mają dwie nogi i siedzenie tudzież ręcznik na głowie. Teraz pan każe strzelać.

3.

Żywopłot płoży się po ziemi. Urwie mi głowę, jeśli wyjdę z wieżowca, boję się bardzo. Bez głowy ciężko, bez ciała ciężko: Dż. nie spotkam, R. nie spotkam, wina się nie napiję.

4.

Kiedy spytasz Dziecka ile ma kasztanów, odpowie, że dwanaście kilo. Dwanaście jest wszystkiego: dni, wróbli, drzew i pań w przedszkolu. Z tymi kasztanami to być może prawda, codziennie rano i popołudniu zbieramy nowe. Mapa, która nas obecnie najbardziej interesuje, jest mapą kasztanowców.

5.

Dlaczego słuchamy niemieckich piosenek? - dopytuje A. Historia o operatorze górniczej koparki, a po pracy bardzie, Gerhardzie Gundermannie, przytrafia mi się na którejś ze stron. Bał się, że przestając pracować w kopalni, przestanie być autentyczny. Nic, że Stasi i Partia też wpływa - nawet bardziej - na autentyczność bardów. Do Gundermanna, jak do wszystkich przekabaconych przez System, mam jednak słabość.

6.

Sobota z Dzieckiem. Sezon na maliny się skończył, na kasztany jeszcze nie, o czym świadczyło pełne drzewo w Łazienkach (czyżby dzieci nie zauważyły, rosło nieco na uboczu). Kupiliśmy dwanaście pomidorów: dziesięć czerwonych i dwa żółte. Chaczapuri dowieźliśmy A. do pracy (skąd Dziecko nie chciało już wyjść).

 


(fot. M.)

 

7.

Drzewoterapia. Po wielu dniach mniej lub bardziej nieudanych, stanęliśmy pod drzewem, z którego spływało szczęście w kolorze złotym. Na drzewo wdrapała się M. Wszystko przez moment osiągnęło chybotliwą harmonię, pozbawiając autora bloga zdolności opisu.

8.

Ptaki mądre i ptaki głupie. Wrony są mądre, mają orzechy i rzucają nimi pod stopy i koła. Stopy i koła rozgniatają orzechy. Wrony nadlatują i chwytają ich wnętrza. Gołębie są głupie, potakują główkami. Tak, tak - kiedy na nie krzyczę. Tak, tak - kiedy Dziecko biegnie. Odlatują, nie dostaną śniadania.

9.

Zwierzęta domowe. Postanowiliśmy wyhodować motyla (o Vladimirze!). Motyl na razie jest gąsienicą i żyje na spleśniałym słoneczniku. Motyl wygląda jak ziarnko i urósł przez tydzień. Dziecko chce motyla i sprawdza jak rośnie, machając skrzydłami. A co jeśli będzie ćma?

10.

Budyń, kukurydza i pan Chińczyk. W drewnianej budce na targu pan Chińczyk z żoną Chinką ma maszynę do szycia. Zaglądamy z Dzieckiem, szukając kukurydzy, której nie ma na pięciu stoiskach. U pana Chińczyka też nie, bo w końcu jest krawcem. Chcesz być krawczykiem? - dopytuje Dziecka. Dziecko nie odpowiada, lepi się w budyniu.

  

piątek, 05 października 2018
Dziennik pisany we wrześniu (odc. 4)

 

21. 

Tak się spieszą by tańczyć w ostatni - jak mówią - letni wieczór. Ciepła jest trawa, na której siadają przelotnie. Motyle w alei małych pocieszeń. Odjeżdżają im tramwaje.

22.

Nazajutrz zaczęło padać. W holu musieli chaczapuri, bo bez chaczapuri teraz nie ma soboty. Nawet jeśli wszystko przestało smakować i kawa americana, taka jaką pije M., to oni jeszcze chaczapuri.

23.

Pod kocem z szarych chmur pojechaliśmy na Muranów znudzeni takimi samymi kawiarniami, takimi samymi kawami, takimi samymi ciastami i takim samym życiem (wszystko przestało smakować). Usadowiliśmy na fotelu śpiące Dziecko i spoglądaliśmy z nie takiej samej perspektywy.

24.

Od zachodu pasami nadciągają chmury - uważnie obserwuję krajobraz. Czytam Bursę (nowe wydanie, ale niewiele szersze od starych wydań) i po dwudziestu latach na nowo odkrywam, że był genialny, i że dwadzieścia lat od momentu, kiedy zapisywałem go w swoich dziennikach, i opowiadałem z przejęciem drogiej W., nic a nic nie stracił z aktualności.

Uważnie obserwuję balkonowe niebo: jutro pełnia.

25.

Nie rozdziobią nas kruki, ni wrony. Rozdziobią wróble, całe czyhające stado, które nie boi się z papierka, ani nawet z ręki, nawet z nogi. Wpatrują się bestie w mufinka, który przestał smakować. Lądują. Rozdziobują. Na finał tragikomicznego września.

Z Andy Rottenberg: Znam miarę, ale też wiem, że większość napisanych kiedykolwiek powieści, wierzy, uczonych, rozpraw i artykułów to nikomu niepotrzebna makulatura zalegająca na śmietniku historii, jako dowód ludzkiej słabości związanej z potrzebą przedłużenia swego jednostkowego istnienia ponad jego biologiczny kres (s. 160).

Jest jakiś ponury sarkazm w tym, że czego dotknę swoją stopą, zamienia się w popiół. W sierpniu o mały włos nie spłonął dom Luny, teraz ogień pełza po Górach Pizańskich, zagrażając młynowi, i świetlikom, i kartuzji, w której trzymają dinozaura (patrz: tutaj).

 

 

26.

Kiedy się obudziłem w fiolecie i różu, obok spało Dziecko, budzik jeszcze nie dzwonił. Z poprzedniego wieczora pozostał ponad blokiem księżyc w pełni, ale bladł w oczach i zniknął.

Ostatnią deską ratunku - jeśli traci się smak - bywa McDonald. W brązowym płaszczu siedzi w nim autor bloga: wydaje się, że jako jedyny nie uczestniczy w wycieczce szkolnej. Owszem dziewiętnaście lat temu wybrał się na takową, i od tej pory nie może powrócić. (Wreszcie coś mu smakuje).

27.

Czytam. Czytanie jako ersatz rzeczywistości, której nie warto nawet zapisywać (nie pamiętał jeszcze tak fatalnego września). 

28.

Wyobrażał sobie, że jadą w gości tramwajem do pewnego mieszkania przy pętli. Wieczór sprzyjałby wycieczkom, ale piątek, piątek jest dniem awantury urządzanej przez Dziecko (dopisuję tydzień później).

29.

Mieliśmy nie jechać, ale przyśnił mi się dzwon, co go mają na Wieży Trynitarskiej, a który kiedyś był dzwonem farnym. Dzwoniliśmy nim ja, i A., i J. (J. też zaplątana do tej historii). Dziecko też chciało dzwonić. A kiedy się obudziłem i zobaczyłem, że dzisiaj św. Michała, patrona dawnej fary i tegoż dzwonu, to już wiedziałem, że to Lublin wzywa. Lublin calling.

30.

Miałem ochotę coś zmienić. W sobotę pojechaliśmy przez wyciszony Garwolin a w niedzielę skręciliśmy na Radom. Złota polska jesień waliła prosto w oczy, oślepiając na szosie numer dwanaście. Ach, jakie brzydkie Mazowsze, gdy już się przekroczy naprędce Wisłę i znajdzie się po naszej - obecnie - stronie. 

 

czwartek, 20 września 2018
Dziennik pisany we wrześniu (odc. 3)

 

12.

Wieczyste zaokrąglenia. Prześwity schodów ruchomych. Snów nabrzeża. Przywidoki czyhające. Pęcznieje dzika winorośl.

13.

Wracam do osobistej geografii (patrz: 30 sierpnia), której powinno uczyć się w szkole. Jak zapisywać mapą etapy życia, jak umieszczać na niej miejsca i ludzi (na kolejnym arkuszu w atlasie już ich nie będzie)? Od czasów spacerów w dwie strony Combray nic nowego nie wymyślono.

Mapa tego września: te poranki, kiedy idziemy i nazywamy ptaki i drzewa, i wymija nas Pola i chłopcy (patrz: 4 czerwca). Pachnie bułeczkami.

Znikanie miejsc z mapy przenosi je ostatecznie w sferę pamięci: kasztanowiec przy Wieniawskiej, teraz Skwerek przy moim liceum.

14.

Nie żyć w kłamstwie - niezwykle ambitne zadanie postawiłem sobie po lekturze ojca Ludwika. Marne jest pocieszenie, że w zakłamaniu można żyć, co udowadnia polski narodowy kościół katolicki.

(Migawka: pan Głódź wręcza nad ołtarzem jakiś pierścień naczelnemu propagandyście, prezesowi miejscowego radia Tysiąca Wzgórz).

Nie żyć w kłamstwie - usiłuję opowiadać ze środka (w kłamstwie da się żyć).

15.

Żadne spojrzenie na ciało nie jest bezinteresowne - przekręcony cytat z książki Nowickiego. Cała łapczywość. Zastanawiam się nad tym w lidlu: przecież są jeszcze ciała niebieskie.

16.


(René Magritte, "Szesnasty września", 1956, źródło: pinterest.com)

Sześćdziesiąt dwa lata później okazuje się, że pewien Belg (nie ma Belgów) odmalował nastrój wieczora w Warszawie, tylko Księżyc starszy o kilka dni.

17.

Dwóch skłóconych gestapowców szło Krakowskim Przedmieściem w dniu kolejnej agresji. Trudno już rozpoznać, co jest rekonstrukcją, a co nie.

Koniunkcja Księżyca i Saturna. Grzane wino w forcie. Wieczór wrześniowy śródziemnomorski. Gdyby wychodziłyby zdjęcia, nowy telefon oznaczyłby je jako "szczęście". 

18.

Od czasu narodzin do czasu spotkania z Systemem nie było chyba tak koszmarnej epoki jak ta. Na przykładzie Dziecka można dokładnie obejrzeć jak System działa: jak jego celem jest stworzenie potulnego i bezwolnego obywatela, który w razie potrzeby macha flagą, a od czasu do czasu chwyci karabin.

Nazwij ten System przedszkolem, szkołą, urzędem.

19.

(w forcie) Wieczory długie i ciemne, ale letnio ciepłe. Nie ma u nas nazwy na taką porę roku.

20.

Tramwajem: mapa jest zupełnie inna. Na kogo innego padają promienie. 

 

piątek, 31 sierpnia 2018
Dziennik pisany w sierpniu (odc. 3)

 

21. Dziennik podróży na Rondo Wiatraczna

Nie Londyn (!), nie Kadyks, nawet nie Sochaczew, najważniejszą wyprawą wakacji okazała się ta na Rondo Wiatraczna. Tramwaj trząsł się godzinę, pasażerowie się zmieniali, oglądaliśmy przez okno: sklep z ciasteczkami, starą fabrykę, kawiarnię z torami w środku, muzeum kolejnictwa, pałac, rossmana oraz Wisłę. Prowiant był: suszone banany i woda. Wysiedliśmy po drugiej stronie rzeki. Gofry tam mieli tańsze, kupiliśmy rurki z bitą śmietaną.

Wróciliśmy do siebie. Tu, nie tam.

22. Księżyce Marsa

Fobos i Deimos nabożnie powtarza Dziecko w kąpieli. Wpływ książeczki o astronomii, którą czytamy rano i wieczorem (wieczór ciepły, Mars z niewidocznymi dziećmi wisi pod Księżycem) jest przemożny.

 

(Vladimir Nabokov, Szczegółowy rysunek skrzydła/ Genitalia samca nieznanego gatunku z Labradoru, Archiwum Vladimira Nabokova w Berg Collection/ New York Public Library/ The Wylie Agency LLC; żródło: newyorker.com)

 

23. Precyzja

Podchodzenia z precyzją do świata uczyć może Vladimir N. Opisywania z dokładnością własnych uczuć.

24. Fazy Księżyca

Poznawszy Fobosa i Deimosa czekaliśmy na pełnię naszego Księżyca. Każdego dnia w oknie o kawałek więcej. Odliczaliśmy. Tego wieczora gęste chmury. Odliczamy na nowo. Do nowiu.

25. Ochłodzenie

Hiszpanie ciepłe swetry naciągają na letnie sukienki. Nowy Świat w szare puste rano. W kawiarniach szukają śniadań, chcą się ogrzać kawą. 

26. Burze Jowisza

Mały był armageddon w ikei, ale Dziecko chciało na frytki i kotleciki, nic, że deszcz, nic, że korek. Całe szczęście w domu czekał Jowisz: Atmosfera Jowisza jest przecinana błyskawicami wywołanymi przez panujące tu intensywne burze. Największa z jowiszowych burz to Wielka Czerwona Plama - wyrozumiały głos A. ("Profesor Astrokot odkrywa kosmos")

27. Ocieplenie

Tłumy w metrze. Niedługo spadną liście. Przepowiada południca w czerwieni.

28. Dziennik podróży na pętlę Okęcie

Pętli Okęcie nie ma. Zapomniałem wyjaśnić Dziecku, że nazywa się inaczej. Zwykle w grudniu przyjeżdżam tu po choinkę, więc nie spodziewałem się zieleni. Chciałem pokazywać tramwaje, autobusy i brzuchy samolotów, ale Dziecko wolało krwawnik i różową koniczynę. 

29. Dużo cukru

Słońce późnego sierpnia jest zupełnie inne. Melancholia zapada nad łąkami, gdybyż były tu łąki. Ciepłe nie ostre (zimny z dużo cukru - mówi Dziecko o pączkach). Znowu jest łapczywie, znowu chce się tęsknić. 

30. Geografia

Każda (auto)biografia powinna być atlasem. Nic tak dokładnie nie opisuje zmian w życiu jak osobista geografia, mapy szlaków pokonywanych co dzień, linii autobusowych i tramwajowych (było już o tym), ulic: siatka punktów łączących wspomnienia.

Ten ranek jest po dwóch latach przedostatni, kiedy z Dzieckiem idę do klubiku. Wszystko jak od dwóch lat jest znajome i ustalone. Geografia bywa silniejsza niż rytuał. Fontany, Lisowska, Hajoty - wymieniamy zaklęcia, na których uczył się mówić. Krajobrazy słoneczne, krajobrazy deszczowe, ciemno, jasno.

I niczym się bardziej nie martwię niż nową mapą.

31. Królestwo

Koniec sierpnia przynosi rozstrzygnięcie niektórych letnich dylematów:

astronomia nie jest dyscypliną naukową, teologia - owszem.

 

wtorek, 21 sierpnia 2018
Dziennik pisany w sierpniu (odc. 2)

 

11. Przyjęcie

Dwanaście małych ptasząt układa się do snu w brytfance. Żółciutkie kurki tańczą w zlewie. Mógłbym napisać wiele o melancholii i zawleczonym smutku, ale raczę się dzisiaj kulinarną pornografią.

12. Brzeg

Może z powodu tego wieczoru napawają mnie smutkiem bulwary nad Wisłą. Stoimy razem z M. na lewym brzegu. Spoglądamy na prawy z tęsknotą (całe szczęście A. nie tęskni). Tam zostały utracone miasta.

Dziecko tymczasem będzie warszawiakiem.

13. Klęska na Żeromskiego

Klęska rodzicielska nastąpiła około siedemnastej czasu lokalnego w autobusie sto dziewięćdziesiąt siedem. Stanęliśmy po prawej a nie po lewej stronie autobusu. Krzykom i zawodzeniom z tego powodu nie było końca. Z jego gardła wydobywał się nieprzerwany i monotonny, niewyobrażalnie przenikliwy krzyk (…) który rozwiercał czaszkę ("Mały tyran", s. 288).  Ani prośbą, ani groźbą. A te spojrzenia tych, co nas zabijali wzrokiem. Już koło ratusza trafili mnie w kolano, przy policji - przebili otrzewną, i pewnie byłoby prosto w serce koło carrefoura, gdyby nie to, że uchyliliśmy się wysiadając. Po trzech latach batalia kompletnie przegrana.

14. Ucieczki

Chociaż stawianie granic Dziecku przychodzi mi z trudem, sam od małego szkicuję jakieś granice. Dzielę na kawałki wyimaginowane światy, czasem też prawdziwe, kraje, królestwa, miasta, diecezje. Jak teraz: w wolnych chwilach zajmuję się Karaibami (na samym początku bloga też były Karaiby). Wiem, wiem powinienem już wracać do domu, ale siedzę na kanapie i wciąż wykreślam odcinek między Santa Lucią a Grenadynami.

15. Odejść od zmysłów

- Nijaki - powiedziała A. i nie wiem, czy odnosiła to do poranka, śniadania a może całego życia.

A kiedy pisałem o łapczywym oku, o smakowaniu życia, to nie spodziewałem się, że lato może być tak pozbawione zmysłów jak ten sierpień. (Tym piękniejszy staje się lipiec).

16. Walk on by

Pierwszej jesieni razem mieszkaliśmy na Saskiej Kępie. Kupiliśmy sobie płytę na Ostrobramskiej. W kółko śpiewała Aretha. Walk on by - słońce wpadało do pokoju. Dzyń, dzyń - wtórowały dzwonki na sąsiednim balkonie. 

To było już tak dawno, że zdziwiłem się, że dopiero teraz nie żyje.

17. Anomalia

Nikt wśród znaków końca nie opisał jeszcze zbierania brązowych, spadających na trawnik, kasztanów w połowie sierpnia, więc jestem być może pierwszym, który zapisuje. 

Deszcz meteorytów uderzających w Ziemię.

 


(Leonard Cohen, dedykacja w książce For Marianne / all my love / Leonard / Montreal / April 1966, spadek M. Ihlen, źródło: christies.com)



18. Czułość. Marianne

W gruncie rzeczy nie chodziło o rzeczy wielkie albo o rzeczy wieczne. Tylko momenty, dla których warto żyć. Widok na drzewo. Wiosenne słońce. Zakochanie. 

Smak gruzińskiego ciasta. Sztuczny trawnik. Pachnąca roślina o greckiej nazwie - zapomnianej czułości uczyć się należy od przedmiotów.

(Więcej o przedmiotach po Leonardzie i Marianne: tutaj) 

19. Życie na Nizinie

- To pociąg niespodzianka - mówię Dziecku. - Nie umawiałem się na taką niespodziankę - odpowiada.

Popatrz na tych dwoje w wąskotorówce pełnej dzieci - próbują dobrą minę dobrać do złej gry. A tamta, z kolei, w kolei czyta Orhana Pamuka jakby świat nie istniał.

Ludzie z Wyżyn nigdy nie pojmą zachwytu płaskim krajobrazem i puszczą, która rośnie na wydmie. Jednakże, dość długo już żyjemy tym naszym nizinnym życiem. Coraz bardziej depresyjnie jak przystało na Nizinie (osadnicy olęderscy w puszczańskich wioskach).

20. Kosmos

Łatwiej niż nauka religii, przychodzi mi nauka astronomii. Największy jest Jowisz, czerwony - Mars. Dziewczynka na przystanku nic nie rozumie, gdzie Dziecko mówi do niej Apollo jedenaście.

 

poniedziałek, 13 sierpnia 2018
Dziennik pisany w sierpniu (odc. 1)

 

1. Minuta 

- Idziemy, idziemy - wózek trząsł się w zniecierpliwieniu. Dokoła wyło, dzwoniło i piekło (piekło cały dzień, nie tylko o siedemnastej). Najbardziej uroczyście wyglądali panowie z myjni, którzy wstali ze swoich plastikowych krzesełka, na których przesiadują od ósmej do dwudziestej drugiej, i teraz stali na baczność, częściowo topless. Inny gość o rumianych piersiach - pod pizzerią - naciskał z powagą klakson swojego beemwu. - Czemu nie idziemy? - dopytywał się wózek.

Na mieście ponoć szli ci, którym się pomyliło kto z kim walczył. Sam minister bezpieczeństwa publicznego pogratulował im zachowania zimnej krwi. O czystej, tym razem, nie wspomniał.

2. Końce

Nie zapisuję już, który to dzień upałów. Powietrza nie ma. Łapiemy je jak ryby na brzegu. Spotykamy się w hinduskiej knajpie na Kabatach. Klimatyzacja ledwo dycha. 

A co jeśli jesteśmy jak ogrodnik z piosenki Miłosza. Podwiązujemy pomidory, nie zważając na koniec świata i koniec Polski, jaką znamy?

(Dopisane: trzy dni później znajduję odpowiedni fragment w jednym z fenomenalnych opowiadań Buzzatiego: Pewnego dnia, około dziesiątej rano, nad miastem pojawiła się ogromna pięść. następnie otworzyła się, przybierając kształt szponiaste łapy, która zawisła na niebie nieruchomo jak bezkresny baldachim zagłady. Wyglądała jak z kamienia, ale nie była z kamienia, wyglądała jak ze skóry, ale nie była ze skóry. Wyglądała jak chmura, ale chmurą nie była. To był Bóg. I był koniec świata (s. 175)).

3. Stamtąd

W sierpniu jeszcze bardziej jestem nie stąd. Tutejsze mity nie są moje. W mojej prowincji Jasza Mazur i Józek Cz., również warszawski imigrant, co ginie absurdalną śmiercią - przed lustrem. Lipowa, nie Powązki. Lata mijają i przenosimy się do krain czasu przeszłego.

Zdjęcie z gór. Tęsknota za zmęczeniem i Drogą Mleczną, kawą z cukrem w schronisku na Polanach.

4. Piec

Po czterech miesiącach zdołaliśmy odkryć, że sklep rybny na hali - obiekt różnorakich westchnień (na przykład) - zamienił się w gruzińską piekarnię. Bucha od niej ciepło, choć niewyobrażalne dzisiaj, że może być jeszcze więcej ciepła.

Wydeptane ścieżki naszych kroków, na których nie ma miejsca na zaskoczenie.

5. Niedziela

W niedzielę plany mamy zawsze ogromne. Budzimy się o szóstej, za oknem burza. Dziecko znalazło się naszym łóżku.

Potem niedziela się niewyobrażalnie ciągnie. Dziecko pragnie rozrywki, my - spokoju. Uciec (do ludzi!) od gotowania i zmywania albo zaszyć się w jakiś Beskid albo chociaż dokończyć Buzzatiego

Przez pomyłkę pijemy późnym popołudniem mocną kawę. Dziecko już zasnęło. Dochodzi druga. Rozmawiamy o ogromnych planach, o tym, że nie warto ich snuć.

6. Obelżywość

Na środku Krakowskiego mężczyzna rozbiera się i oddaje mocz na zebrę. Uprzednio zdążył wykrzyczeć co sądzi o przechodniach, paru zaczepić i kilku pogrozić. Policja wciąż nie nadjeżdża. A gdyby - zamiast półnago - nałożyłby na siebie koszulkę z napisem KONSTYTUCJA już leżałby skuty z twarzą do ziemi i wdychał gaz pieprzowy

Albowiem nie ma w tym kraju nic bardziej obelżywego od konstytucji.

7. Kiedy po raz ostatni widziałem Paryż

Mogłem napisać coś o tamtym lecie, o Dziecku albo o A., tudzież o pociągu z klocków. Dręczy mnie ta banalność lata, banalność zapisów - pragnienie, żeby odlecieć. Tam.

- Kawa droższa niż w Paryżu - mówi jegomość z pretensjami o ósmej rano.

- Nie byłam w Paryżu - odpowiada Z., podając kawę.

- Ja mieszkam tam - łyżeczki stają na baczność.

(Przypis: Tam autora bloga to Północne Włochy. Cóż, skoro A. nie chce tam. Marzy o ciepłych krajach. Na próżno, ocierając pot z czoła, usiłuję ją przekonać, że ciepłe kraje teraz tu. Nawet renesans nie pomaga).

 


(Monchique, 2017, źródło: a.b.)

8. Monchique

Tego lata, które astronomicznie rzecz ujmując było jeszcze późną wiosną, na niedzielną mszę pojechaliśmy do Monchique. Zdziwił nas nieco tłum w dusznym kościele, ale znaleźliśmy całkiem dobre miejsce na stopniach konfesjonału. Pojawił się biskup, biskup był średniego wzrostu, Atlantyk raczej, a nie roztyty Pacyfik. Długo trwała msza w Monchique.

Wyszedłem z Dzieckiem pod koniec. Harcerze sprzedawali ciastka i Dziecko zajęło sobie miejsce z racuchem obok nieco starszej dziewczynki. Południe nadchodziło ciepłe, mieliśmy zaraz jechać nad Ocean.

Oglądam teraz jak palą się wzgórza dookoła Monchique. Sprawdzam co rano na mapie, czy nic nie grozi Lunie. Rozpoznaję znajome widoki. Nieszczęścia nadchodzą nagle, dopadają szczęśliwe miasta, które wcale na nie nie zasłużyły.

9. Bez czułości

Trzy lata później upał staje się nie do zniesienia. Topi w nas wszelkie uczucia, wszelkie potrzeby, choćby potrzebę czytania i pisania.

Na placu zabaw jest tak dużo dzieci, że z trudem daje się wypatrzyć nasze. Od tego gorąca roją się i wołają jedno przez drugie.

W upale nie ma czułości.

10. Bez burzy

Cały dzień czekanie na burzę. Opowiadaliśmy Dziecku, że nadchodzi. Rząd przysłał na komórkę komunikat o niej, tak jakby można od rządu spodziewać się prawdy. A ona nas ominęła, zostawiła naelektryzowanych i najeżonych.

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 234