2016: 8 filmów, 75 książek - 2015: 39 filmów, 78 książek - 2014: 66 filmów, 89 książek - 2013: 46 filmów, 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl

Wpisy z tagiem: ja

środa, 16 sierpnia 2017
Dziennik pisany w sierpniu (odc. 3)

 


(Antanas Sutkus, Irena, 1959, źródło: pinterest.com)

 

Światło

Zatrzymuję się w oknie nad tym ostatnim zdaniem z Knausgarda o świetle, które jest wymiarem czasu. Bo przecież ten sam związek między czasem, światłem a okiem znajdowałem wcześniej w wierszach Kawafisa, w jego łapczywym spojrzeniu na aleksandryjskich młodzieńców albo w obrazach Muellera, kąpiących się w słońcu. Światło jako dotknięcie czasu. Światło moich oczu – wzywa w inwokacji Nabokov tę, która już dorosła i z dzieckiem przy boku pali papierosa w domu na przedmieściach, tę, w której nie da się rozpoznać tamtej zamkniętej we wspomnieniu. Światło moich oczu oznacza ni mniej, ni więcej pamięć chwili, zatrzymanie wzroku na jeden moment, który przebłyśnie i nigdy więcej nie powróci tak jak ujrzane ciało nigdy więcej nie będzie takim samym ciałem. Bo kiedy dany wieczór, ranek, rozmowa, przebywanie z drugim minie i pozostanie wspomnieniem, będzie tak samo niewyraźne jak obraz pokoju, do którego już przestały wpadać słoneczne promienie (11.08.2017).

Drzewa

Drzewa służą do pomiaru czasu. Bardzo abstrakcyjne wydawało mi się to całe przecinanie pni i sprawdzanie na słojach, kiedy co się stało. O, tu wybuchła pierwsza wojna, tu – druga, tu pierwszy człowiek stanął na Księżycu, a tu – narodził się autor bloga. Z czytaniem słojów to jednak za dużo zachodu, ale teraz wjeżdżam na znajome osiedle i spoglądam na drzewa. Większość z nich znam: ich cienkie pnie ledwie trzymały się prosto, przyczepione tasiemką do deszczułek. Teraz wchodzi się w ich cień, spacerując jak po parku. W ten sposób drzewa same liczą twój czas (12.08.2017).

Słoń, czyli opowiastka z ulicy Bieruta

Doświadczeniem kształtującym moje lubelskie pokolenie był słoń. Musiało się to dziać w osiemdziesiątym szóstym albo osiemdziesiątym siódmym. Jednego z wieczorów podczas przedstawienia cyrkowego stała się rzecz niespodziewana: na środku areny słoń zrobił kupę. Następnego ranka w przedszkolu pożerały nas zazdrość i ciekawość. Słoń zrobił kupę – opowiadali jedni, zapewne z każdą opowieścią dorysowując do zdarzenia nowe szczegóły i co tam jeszcze im przyszło do głowy. Ach! – nie mogli wyjść z podziwu drudzy (wśród nich przyszły autor bloga) i prawdę powiedziawszy mogli jedynie słuchać z zazdrością, bo słoniowej kupie nic, ale to zupełnie nic, nie mogło dorównać.

Namiot cyrkowy stał w wąwozie u zbiegu Bieruta i Lenina. Jeszcze za pierwszej dekomunizacji Bieruta zamieniła się w Lwowską. I byłem tam chyba ostatni raz na weselu z dziewczyną, którą znałem dosyć pobieżnie, to musiało być co najmniej siedemnaście lat temu, w moim okresie maniakalno-klerykalnym, więc raczej nie bawiła się ze mną setnie. Od tej pory Bieruta (czy Lwowska) pozostawała ulicą nieobecną. I teraz kiedy przyjechaliśmy do Lublina, i mieliśmy nacieszyć się tym miastem, teraz właśnie zaczęło padać i padało rzęsiście i nieprzyjemnie, i z nacieszenia się wyszły nici, więc korzystając z tej niemożliwości pojechałem na wycieczkę ulicą Bieruta. Wycieraczki pracowały a ja myślałem o kupie słonia i o tym, że przez tyle lat nie stworzyłem żadnej opowieści, która mogłaby dorównać tamtej (13.08.2017).

Nauka rozczarowań

Czemu kupujesz mi ciągle książki? – spytała A. pięcioletnia kuzynka. Byłem współodpowiedzialny za to rozczarowanie, ale pomyślałem sobie, że to dopiero początek całej serii rozczarowań, którą potocznie nazywa się życiem. I że trzeba się do tych rozczarowań przyzwyczajać od małego, na długo przedtem zanim pojmie się, że cechą najpiękniejszych (najbardziej świetlistych) momentów jest ich nieosiągalność, ba nawet niewypowiadalność (czy metafora światła nie jest znowuż doskonałym sposobem opisu niewypowiadalnego?) A wówczas, kiedy człowiek zadaje sobie pytanie, czy zmarnowało się komuś życie, czy na szczęście tylko sobie, to te drobne małe rozczarowania wydają się być co najwyżej radosnymi wprawkami. Tego uczą właśnie książki (14.08.2017).

Melancholia

Rysowaliśmy wczoraj z Dzieckiem na trawie. Kiedy nie widziało, narysowałem najpiękniejszy koniec świata, ten z Larsa von Triera: z kosmicznym baletem do „Tristana i Izoldy” Wagnera, gdy oceany rozpryskują się ogniście razem z całą ludzkością i uciekającą Kirsten Dunst. I wyobraźcie sobie, że dzisiaj, jedząc obiad, Dziecko wzięło mój rysunek i tę nieszczęsną rozpadającą się na kawałki Ziemię na dodatek zbombardowało ziemniakami z masełkiem, bach, bach. Nie hukiem, ale ziemniaczkami (15.08.2017).

 

czwartek, 10 sierpnia 2017
Dziennik pisany w sierpniu (odc. 2)

 


(Eustachy Kossakowski, Koncert morski (Panoramiczny happening morski) Tadeusza Kantora, 1967, źródło: culture.pl)

 

Upał

Tamtego lata też było upalnie. Fala znad Sahary, jedliśmy czereśnie (tutaj): ciągle do tego wracam, do tamtej intensywności wszystkich zmysłów. Upał teraz podstępny, ten na Południu, ma na imię Lucyfer.

Zdjęcia

Z tego popołudnia, kiedy kończyło dwa lata, będą setki zdjęć. Nawet nie wiem, czy wszystkie obejrzymy, różne ujęcia: sekunda po sekundzie. Zapamiętuję najbardziej to, co obyło się bez zdjęć: zapach wieczoru pod kościołem.

Wiek

- Jak się czujesz z tym, że ma dwa lata? – pyta P. Siedzę na miękkiej pufie i jedyne, co mi przychodzi do głowy, to napisać, że czuję się staro. (Następnego dnia pyta mnie o to samo Dż. i nie silę się na inną odpowiedź).

Brzoskwinia

Ciepły poranek: latte z białą brzoskwinią. Wymknęliśmy się z P. i W. na kawę. Fontanna jeszcze pusta. Z najbliższej kawiarni odeszła N., sami nowi - nie wiedzą, czego potrzebuje człowiek w biurowy poranek. Rozmawiamy o Polsce. Polska ma urlop.

Napis (I)

Na ścianie urzędowej łazienki ktoś wypisał mazakiem ciągle brak papieru. Było to stwierdzenie faktu, który dla wszystkich urzędników jasny był od tygodnia, ale wciąż umykał serwisowi sprzątającemu. Niemniej było to kłamstwo, no przecież żyliśmy pośród papieru, długich zdań, służebnych pism, patriotycznych uniesień. Nie, papieru nie brakowało, skarżyć się można było na ciągły brak rozumu.

Napis (II)

Malinki, morelki – stragan ze zdrobnieniami na Sadybie.

Życie

Tylko to, co się dzieje, dzieje się naprawdę. Żyje się tylko tym życiem, którym się żyje. Chyba nigdy nie napisałem nic bardziej oczywistego, a jednak trudno to zrozumieć, ponieważ dokonujemy tak wielu wyborów i każdy wybór wyklucza tak wiele możliwości, które nadal istnieją w cieniu naszych jaźni (...). "Pogodzić się z własnym losem", a chodzi w tym właśnie o to, by zrozumieć, że życie staje się takie, jakie się staje, że niczego nie da się zmienić, że nie można podążać innymi śladami, tylko tym jednym, który kończy się, kiedy człowiek umiera (Knausgard, "Lato", s. 333-334).

Błogość

Wieczór znowu pachniał. Tęskni się długo do takich wieczorów, pewnych, ciepłych, gdzie zza bloków wschodzi księżyc, gdzie pije się lemoniadę na leżakach i rzuca piłką po trawie, i chce się, żeby trwał. K. wróciła z wojny. Dziecko chciało rysować kredą po chodniku a ja chciałem zapamiętać każdy szczegół.

Wojna (I)

Stanęliśmy przy płocie z policjantów i zaczęliśmy rozmawiać o Polsce z pieśni patriotycznych:

- I cisawego konika dadzą – powiedziała M.

- I ostrą szabelkę… - dopowiedziałem – tylko co z moim rozmarynem?

- Kupi się w lidlu – rzuciła M. Na wojnę bez lidla ani rusz.

Wojna (II)

Ulica była absurdalnie pusta, geometrycznie pogrodzona metalowymi barierkami. Z góry musiało to wyglądać jak przygotowania do powitania dänikenowskich kosmitów. Co kilka metrów przy płocie stali przemoknięci policjanci, ci co mieli więcej szczęścia kryli się w bramach. Na ulicę właśnie spadało niebo mrugające jak ekran telewizora w oknie u sąsiada. Snajper na dachu poprawiał płaszcz przeciwdeszczowy.

(Ta cała absurdalna scena z tym małym człowieczkiem na podeście, to wszystko przywodzi mi na myśl koncert morski Kantora, skąd zdjęcie powyżej)

(06-10.08.2017)

 

niedziela, 06 sierpnia 2017
Dziennik pisany w sierpniu (odc. 1)

 


(Jeanne Moreau i Miles Davis podczas nagrywania muzyki do filmu "Windą na szafot", 1957, Getty Images, źródło: tumblr.com)

 

Życie (I)

Pani wypisuje czerwonym flamastrem kopertę. Imię, nazwisko, data urodzenia, pesel. Pesel zachodzi nieco na puste pole: data zgonu (wypełnić na końcu). Życie to jest taka mała kopertka, jedna z tysięcy w regale.

Nie ma prostszej definicji.

Przed siedemnastą (I)

Harcerki przed wybuchem biegną po lody tajskie. Inne morowe panny z opaskami stoją po lemoniadę. Dwoje z kotwicami spożywa kotlety w restauracji na dole. 

Tragedia zamieniona w niegroźny teatrzyk. Pokazujcie, proszę, wyprute flaki, śmierdzące ciała w letnim ukropie, krew i odchody, pokazujcie nim będzie za późno. Nim z radością pobiegniemy na śmierć.

Głosy

Tego roku dochodzą do głosu nowi powstańczy poeci. Oprócz chłopców, nabuzowanych hormonami, pojawia się kobieta, Anna Świrszczyńska, która nie opowiada pięknych rzeczy:

Ci co wydali pierwszy rozkaz do walki/ niech policzą teraz nasze trupy.

O ojczyźnie

Kolega z pokoju upiera się, że ojczyzna ziemska jest obrazem ojczyzny niebieskiej, że trzeba ją za każdą cenę, że życie to nic. Dyskutujemy zaciekle, co można z ojczyzną ziemską, a czego nie można.

Papież Grzegorz XVI przychodzi na pomoc, gdy pisze tak pięknie o ojczyźnie naszej ziemskiej, Królestwie Polskim: Równocześnie, gdy pierwsze informacje o niepokojach, które poważnie zniszczyły wasze kwitnące królestwo, dotarły do naszych uszu, dowiedzieliśmy się, że wywołali je kłamcy i oszuści. Pod pretekstem religijnym, buntując się przeciw prawowitej władzy książęcej i sprowadzając ojczyznę z drogi posłuszeństwa tejże władzy, napełnili ją żałobą (Grzegorz XVI, Cum Primum, O obywatelskim posłuszeństwie).

Przed siedemnastą (II)

Cała na biało. Prawie wpada pod czerwony autobus. Przezroczysta.

Przed siedemnastą (III)

Na godzinę W jadę z hulajnogą dla Dziecka pod pachą.

(01.08.2017)

Krytyka łapczywości

Ta Jarosławowa łapczywość, podobnie jak sięgająca śniadych ud łapczywość Humberta H. z powieści Nabokova, czyż one - gdy przyglądamy się z boku - nie są wstydliwymi przypadłościami niedojrzałego wieku dojrzałego? (Na marginesie upałów i starszego mężczyzny (tego tutaj), posła partii rządzącej).

(02.08.2017; zapis pod wpływem "Lata" Knausgarda)

Po siedemnastej

Na stacji Ratusz Arsenał turyści: czarnoskóra para z dwoma dziewczynkami, oboje niscy, pani potężne afro, pan wyglądający na urzędnika gabońskiego ministerstwa kultury. Pierwszy raz pomyślałem, że to dla nich niebezpieczne: samemu znaleźć się w tłumie Polaków.

(03.08.2017)

Życie (II)

To, co artykułujemy, co wyrażamy, czy to my sami? Określona obecność w określonym miejscu w określonym czasie? Coraz częściej skłaniam się ku przekonaniu, że myśli są jedynie czymś, co przeze mnie przepływa, i że równie dobrze mógłbym być kimś innym; że nie jest istotne to, kim jestem, lecz to, że jestem (Knausgard, "Lato", s. 13).

Próbując odnaleźć sposób pisania, to znaczy sposób życia. 

(04.08.2017)

Muzyka wieczorem 

Od czasu Wariacji Goldbergowskich w wykonaniu Glenna Goulda aż do dzisiaj, żaden inny dźwięk nie dotarł, wibrując w moim ciele, z uszu do końcówkek nerwów. Milesa Davisa "Kind of Blue" słucham trzustką, kośćmi śródstopia oraz naczyniami włosowatymi. - Pomyślałem o Bachu - mówię A. po trzecim słuchaniu. - Ja też - odpowiada - ale myślałam, że to głupie skojarzenie.

(05.08.2017)

 

środa, 02 sierpnia 2017
Dziennik pisany w lipcu (odc. 4)

 


(Giorgio de Chirico, Tajemnica i melancholia ulicy, 1914, kol. pryw., źródło: tumblr.com)

 

Zapiski z Polski (I)

Wróciliśmy z placyku i okazało się, że ominęły nas dwa konkurencyjne orędzia. Lipiec, który wstrząsnął – zdawało się – uporządkowanym państwem raźno kroczącym ku swemu przeznaczeniu (Idź na wschód ku stepom!) powoli dogasał. Będę się upierał przy swojej historiozofii: nazwijmy to boskim przeznaczeniem, karmą albo losem - w Polaków jako ogół wpisany jest popęd ku niewoli, ku byciu pod batem folwarcznego pana, cara albo innego autokraty. W tym kontekście rok osiemdziesiąty dziewiąty to jakiś dziwny traf, przypadek wbrew regule. Niemniej tego lipca coś się zmieniło.

Po raz pierwszy przełamany został monopol na patriotyczne uniesienia bezczelnie zawłaszczany przez przedstawicieli władzy. Tłum ze świecami śpiewający „Warszawiankę”: to doświadczenie, którego nie da się ot tak zatrzeć. Pojawiła się nagle wspólnota broniąca państwa przed destrukcją jego instytucji. Ze wszystkich badań wynikało, że Polacy nie są przywiązani do państwa a w kilka wieczorów okazało się dla wielu, że państwo jest wartością, którą obywatele muszą chronić przed zaborczą władzą.

Po drugie, w nerwowej przemowie nocą w sejmie, umiłowany Przywódca odsłonił swoją małość. Że za wielkimi sloganami, za mowami o patriotyzmie i naprawie kraju, za homiletycznym tonem i fanatycznymi orgazmami jego popleczników, stoi mały śmieszny dyktator in spe, marna podróbka Antonio Salazara, dla którego chorych fantazji Polska jest dzisiaj - pod wielkimi hasłami - ośmieszona i niszczona (lub - jak chce autor bloga - wraca do swego przeznaczenia).

Czy nie wydaje się w tym kontekście przykre, że państwo, które parę lat temu było wzorcowym przykładem dla innych, dziś jest pokazywane jako dziwoląg. Pod hasłami umocnienia swojej pozycji na świecie, skłóca się z sąsiadami, traci sojuszników i staje się chorym człowiekiem środkowej Europy? Czołówki gazet mówiące o Polsce, mówią dziś o niej takim językiem jakim się mówi o Turcji albo Wenezueli. Co nie przeszkadza szczekaczkom wołać o wielkim sukcesie i mocarstwowej roli (karma: to samo wołała junta pułkowników u progu drugiej światowej).

W te lipcowe dni przełamany został również monopol na język. Język pogardy i kłamstwa, fałszywy język, którym operuje władza (a jest to język wszystkich reżimów świata, por. inwektywy wobec opozycji w stanie wojennym w tym artykule) udało się w małej części zastąpić językiem odpowiedzialności, językiem włączającym. Wystarczy porównać przekaz telewizji publicznej, która śmiało już może konkurować z Radiem Tysiąca Wzgórz, z przemową Jacka Dehnela (tutaj): świeckim kazaniem właśnie o języku, którego trudno nie przyrównać do wawelskiego kazania Tischnera o solidarności.

Dlaczego piszę o świeckim kazaniu? Czy nie dlatego, że w te dni Kościół milczał i swoim milczeniem legitymizował i niszczenie państwa, i pogardę w języku? A na koniec wystąpił z listem pochwalnym, okazując się kunktatorski i do cna zakłamany. Zabrakło Kościoła: to też prognoza na przyszłość polskiej polityki, w której hierarchia splotła się z jedną opcją polityczną, co doprowadzi ją koniec końców do porażki (24.07.2017).

Pocztówka z Polski

Okładka wspierającego rząd szmatławca przedstawiająca biednych, wymęczonych ludzi, którym zawalił się świat z podpisem "Uchodźcy przynieśli choroby" i ponad tytułem dopiskiem "śpiewnik z Powstania Warszawskiego". O dawnych ofiarach, które popadły w taką pychę, że bliżej im teraz do katów niż do ofiar (25.07.2017).

Niepisaniowość

Po paru dniach przejaśnień - do Anki - zimne wieczory i poranki. Lato pozbawione twórczości, wyblakłe, wymęczone, nie do zapamiętania. Wybaczcie. Wiecie, że piszę to później, parę dni potem. Dziennik mozolny, dziennik pozbawiony kształtów (26.07.2017).

Gowin

W cyklu o najpiękniejszych fotografiach „The New Yorker” pochyla się nad portretem sikającej żony Emmeta Gowina (tutaj), fotografii tak czułej, tak cudownie miłosnej, choć trudno określić ją nawet jako akt.

Banały chronią przed złożonością i intensywnością bezpośredniego doświadczenia, pozwalają oddzielić się nam od rzeczywistości, ale ta fotografia przyprowadza miłość tak blisko nas, że prawie czujemy jej ciepły oddech.

Otoczeni fotografiami nie umieramy naprawdę, to triumf oka nad przemijaniem (27.07.2017).

Porcelana

Miniaturowa para: wychodzę z pracy, kiedy ich widzę. Nie wiem ile mają lat: dziesięć? dwanaście? trzymają się mocno za ręce i maszerują rozletnionym Krakowskim. Jakie to wszystko było śmieszne wtedy, te miłości, te łzy, rozmowy o życiu, które się wydaje (28.07.2017).

Inne przyjemności

Albo żeby opisać letni dzień. Kiedyś przychodziło to łatwo. Miało własne światło i smak czereśni albo zdjęcia porcelany, albo tęsknota Kawafisa. Ciało było tajemnicą lub pępek. Gdzie ta cielesność, łapczywość, gdzie ona?

Jemy pizzę pod białym parasolem (29.07.2017).

Zapiski z Polski (II)

Symbolem tej wszetecznej siły, tego fatum, które nieuchronnie pcha Polaków ku ich przeznaczeniu, ku dumnej samotności, kiedy zostanie nam tylko rozczulanie się nad swoim losem i rozpamiętywanie, który wróg co złego nam uczynił, bo my byliśmy dziewiczy, na zawsze pozostanie dla mnie Minister Żołądź.

Jak mógłbym pisać pięknie jak kiedyś, skoro myślę o nim? (30.07.2017)

Przed wojną

Broniliśmy tej kładki, co ją Uniwersytet Marii Curie Skłodowskiej chce wyburzyć, a która prowadzi do biblioteki uniwersyteckiej. Była wojna. Chroniliśmy się gdzieś w podziemiach budynku: sterownia z lampkami i wskaźnikami. Pojawił się wówczas Jacek Dehnel i zaczął mówić o co naprawdę walczymy, o coś więcej  - nie pamiętam. Nadeszła wojna, a ja nie pamiętam (31.07.2017).

 

wtorek, 25 lipca 2017
Dziennik pisany w lipcu (odc. 3)

 

Z podróży służbowej. Trawniki

Pewnego lata siedziałem z L. w jednym pokoju w łatwo nagrzewającym się biurowcu typu Lipsk. (L. czytała wówczas mojego bloga i ciekawy jestem czy czyta go nadal?) I owa L. opowiadała mi o Opolszczyźnie, mniej więcej tak jak ja opowiadałem o Lu.

No więc jestem i pierwsze, co się rzuca w oczy to rabatki przed domami: całe mnóstwo nagietków, onętków i aksamitek, do tego białe krawężniki. Nie nawykłem do tego ordynku - przyznam.

 
(Opole, lipiec 2017, źródło: a.b.)

 

Z podróży służbowej. Edward

Wtedy też L. wyjaśniła mi o co chodzi z Potiszilem w piosence Stachury. Że to nie jest ani rodzaj koszenili, ani wyborny południowoamerykański trunek, ale mieszkaniec Opola. I o to w tymże Opolu stoję przed ścianą z wypisanym Stachurą. Pod ścianą stoi za to dziewczyna w kawiarnianym fartuszku i pisze smsa - a może notuje swojego bloga? - paląc papierosa. 

Z podróży służbowej. Zło

W porównaniu to nic – słyszę z siedzenia obok. Zło jest zawsze złem – odpowiadam. Drzewa dobrze rosną na masowych grobach, pachnie lasem. W muzeum winę ponosi wyłącznie jeden człowiek (- Ma błędne oczy – mówi któraś ze zwiedzających), ale dziwnym trafem nikt z miejscowych nie chce o tym rozmawiać. Jedynie nieopodal na placu zabaw słychać donośny śmiech.

Z podróży służbowej. Słowo

KLEKLIMANKA. Znacz. 1. ‘owad z rodziny chrząszczy; świetlik (Lampyridae)’ (…) 2. ‘demon, który porywa dzieci, pojawiający się w okresie, gdy zboże staje się wysokie’ (ze "Słownika gwar śląskich").

Z podróży służbowej. Muzeum

Dla wygasłych linii nie ma taryfy ulgowej. Usiłuję się dowiedzieć, gdzie są truchła z tamtych cynowych trumien na wystawie (każda może się pochwalić księciem bądź księżniczką). Nie wiedzą.
Działo się to w najsmutniejszym mieście, jakie znam, gdzie jedyną radością była wędrowna trupa błaznów.

Z podróży służbowej. Mgła

Nad środkiem Polski rozlewała się mgła, wystawały z niej jedynie koniuszki drzew i słupy z literką M. Parking, który mijaliśmy nazywał się Nowe Skoszewy, a ja już dobrze znałem topografię i wiedziałem, że tu zaraz Wilko.

Rozmowy w piątek

Posiwiałeś – mówi W., i włosy, i broda (ogolę się jutro). Dziecko, żona i ojczyzna – nietrudno poszarzeć.

Z podróży prywatnej. Miasto

Wyobrażałem sobie miasto, które było nie moje. Należeć miało od teraz do wspomnień Dziecka. Nie było nad placem drzewa ani przystanków, gdzie czekaliśmy na trzynastkę na dworzec, za to pośrodku znajdowała się fontanna. Wszedłem do niej razem z Dzieckiem. Kubeł zimnej wody na nostalgię, która zjawiała się wciąż na nowo, letnia, pod różnymi postaciami, wchodziła mi na zdjęcia, czytała Czechowicza i Hartwig, a potem zamawiała lody.

Końcowe frazy

Zauważyliście pewnie, że to ostatnie podrygi, że autor bloga przegrał z literaturą, tak jak – w ten lipcowy bunt – idealista przegrał z urzędnikiem rządu, który pcha kraj do nieszczęścia. Zaczyna się od nieumiejętności zestawiania słów tak, żeby pasowały i miały jakiś sens. Potem jest już tylko niechęć. Wszystko przestaje być niezwykłe, staje się przeciętne i powszednie. Takie małe życie, niewarte opisywania.

(19-23.07.2017)

 

środa, 19 lipca 2017
Dziennik pisany w lipcu (odc. 2)

 

 

Pomarańczowa furgonetka

Staruszek-sprzedawca losów na loterie odwrócił się i spytał po portugalsku: samochód? Właściwie to domyśliliśmy się, że spytał właśnie o to, bo staliśmy we trójkę przed witryną pełną kolorowych aut a on wyciągnął klucz i ruszył w naszym kierunku. Otworzył szybkę. Dziecko wskazało na volkswagena (model T2 z 1962 roku), a on sięgnął po niego, ujął delikatnie w palce i gładząc pokazał otwierane drzwi i klapę bagażnika. Byliśmy zachwyceni, najbardziej Dziecko. Zapłaciliśmy a staruszek zamknął witrynę i poczłapał za kotarę.

Tak bardzo niewiele zostaje z podróży, ot, uchwycony fragment: sprzedawca losów w swoim sklepiku (bez daty).

Banał

Wieczór ciepły, co tego roku było wyjątkiem, siedzieliśmy na Chłodnej, jedząc węgierskie naleśniki. Dziecko biegało, zaglądając do środka beczki. Zatrzymał się koło nas mężczyzna z yorkiem i spytał, czy chcesz pogłaskać, ale Dziecko nie miało odwagi, jedynie uśmiechnęło się, on odwzajemnił i poszedł. Potem spotkaliśmy P. na randce, stygły mi naleśniki, i biegaliśmy koło piekarni, i zobaczyliśmy, że album Franceski Woodman jest na przecenie. Piękny wieczór, a jednak tego wieczoru - nie martw się problemami świata, powiada A., nic na to nie poradzisz - krążył wokół mnie wiersz. Wiecie jak bardzo unikałem patosu, starałem się być stonowany i flegmatyczny, ale tego wieczoru poczułem, że to już teraz, że ze swoją obojętnością, mieszczę się już w rubryce pierwszej, tak tej szerszej. Bo nie było wielkiego bum ani wielkiego ach, niepostrzeżenie i banalnie coś się z nami stało (14.07.2017).

Wiktor Woroszylski, Państwa faszystowskie (1970)

Niedługo po wojnie 1914–1918 w Europie powstały pierwsze
państwa faszystowskie W tych państwach
słońce wschodziło i zachodziło o normalnej porze opromieniając
dachy domostw i wzgórz zieloną spadzistość W oborach
łagodnie ryczało bydło Matki o świcie
budziły dzieci całując je w czoło Ojcowie wracając z pracy
ze znużeniem radosnym w kościach wdychali
dym domowego ogniska zaś po obiedzie
zasypiali w fotelu bądź też majsterkowali wytrwale bądź też
muzykowali z zapałem Dzieci
bawiły się w klipę w klasy i w chowanego Małym
dziewczynkom rosły piersi i dziewczynki z dnia na dzień
zamieniały się w duże dziewczyny wypełnione szeptem
szmerem jak drzewa w lesie chichotem nagłym na którego
dźwięk chłopcom zasychało w gardle W letnie wieczory
na firankach podświetlonych od wewnątrz schodziły się cienie
rozchodziły i znów schodziły miłośnie Zaś zimą
kochankowie łowili ustami parę z ust w ośnieżonych ogrodach I jeszcze
można wspomnieć o kotach wyginających się w kabłąk o wróblach
wzlatujących nad jezdnią o staruszkach na przyzbie o kwiatach
ciętych i doniczkowych o pielęgniarkach
podających chorym termometr o ludziach z miotłą
zamiatających ulice O drewnie
rozsychającym się bruździe w polu wilgotnej wietrze w zaroślach I jeszcze można
wiele wymienić zjawisk świadczących że

Albowiem nie było znaków na niebie komet żałobnych
wody w krew zamienionej krzaków płonących albowiem
życie biegło zwyczajnie więc naprawdę w państwach tych wielu było
ludzi zwyczajnych i ludzi dobrych i takich którzy
nie wiedzieli o niczym i którym
nie przychodziło na myśl i którzy
nie czuli się współwinowajcami i którzy
nie mieli z tym nic wspólnego i którzy nawet
nie czytali gazet lub też czytali niedbale zajęci
myślami o tym że trzeba naprawić
przeciekający dach oddać
buty do szewca oświadczyć się wypić
kufel piwa wymieszać farby zapalić świeczkę i którzy
naprawdę nie dostrzegali strachu w oczach sąsiada nie
słyszeli drżenia w głosie pytającego o drogę nie
dostrzegali różnicy nie słyszeli
głosu w sobie albo skoro
domyślali się czegoś nie mogli nic zrobić i pocieszali się
mówiąc My przynajmniej
nie robimy nic złego żyjemy jak żyliśmy zawsze Co było prawdą

A jednak były to
państwa faszystowskie

Moje życie z Julią Hartwig

Rano we wpisie dalekiej znajomej znajduję dwie daty. W wiadomościach napiszą o niej za godzinę. Sięgam do regału i odszukuję autograf. Julia Hartwig z Lublina pojawia się rok w rok w tle.

Luty 2007: W kawiarni na rogu ciastka po 9,5 złotego i Julia Hartwig. Maj 2011: Julia Hartwig przechodzi przez jezdnię/ warkocz ma zupełnie jak mojej prababci./ większy jej cień niż markizy na przystanku foksal. Październik 2014: Na śniadaniu pachnie sterylnie i parówkowo. Niezauważenie przy stoliku po przekątnej siada Julia Hartwig.

Zauważyłem, że tamtego cudownego lata, nagle zamilkła. Potem pojawił się ów gęsty wiersz ("Kwartalnik Artystyczny", 1/2016).

CISZA SPOKÓJ i zastygłe istnienie
zapomniałam kształtów i barw
wszystko było i niczego nie szkoda
bo tyle wiem że czas to zawsze czas
I tak właśnie kończy się świat
Nie hukiem ale skomleniem
a miejsce miejscem jest i niczym więcej
a co się dzieje dzieje się tylko raz

I jeszcze kartka z Pensylwanii - w której jak na całym Wschodnim Wybrzeżu - szalały śnieżyce ("Kwartalnik Artystyczny", 1/2017): Piękny widok z okna, cisza jeszcze głębsza, śnieg przykrył okolice domu. Julia Hartwig z Lublina znika teraz w bieli, mały punkcik na nieboskłonie.

Listopad 2014: Na tych targach to było tak. Ja nie mam śmiałości do poetów, ale patrzę, że jeszcze przy stoisku a5 siedzi Julia Hartwig i podpisuje. Więc kupiłem tomik raz, dwa (...) i podbiegłem do stolika. Ale tak nieśmiało, że nawet nie zdążyłem czegoś więcej powiedzieć. Potem patrzę a w "Dzienniku", często ocenia spotkania autorskie i wyławia ludzi ciekawych z ogonków do podpisu. Więc mogłem i ja, ale nie potrafiłem, a może trafiłaby nawet tu na bloga, bliżej. 

(15.07.2017)

Wosk

Nie poszliśmy, bo Dziecko usnęło a jak się obudziło pilnie chciało jajecznicę, ale już mieliśmy gotowe świece z Fatimy, bo jak bronić sądu najwyższego przed złymi mocami, to największym kalibrem. W ogóle - myślę teraz, co mogłoby pomóc - należałoby Polskę ulepić z wosku i wrzucić do pieca na Placu Modlitewnym (16.07.2017).

Księżniczka

Pewnej jesieni (bezskutecznie) wypatrywałem w oknach hotelu "Bristol" nieszczęśliwej monegaskiej księżniczki (tutaj). Ci tutaj wyglądają na szczęśliwych. Czy ich ręce leczą jeszcze skrofuły? (17.07.2017)

Żółta ciężarówka

Zapamiętaj to z tego dnia, na długo zapamiętaj: szczęk rozkładanych barierek. Robotnicy zdejmują je z żółtej ciężarówki i składają w płot. W tle na Krakowskim rzewny Elvis Can't help falling in love with you (18.07.2017; siedzę przed komputerem, zamiast walczyć o wolność).

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 225