2017: 69 książek - 2016: 75 książek - 2015: 78 książek - 2014: 89 książek - 2013: 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl

Wpisy z tagiem: ja

poniedziałek, 13 sierpnia 2018
Dziennik pisany w sierpniu (odc. 1)

 

1. Minuta 

- Idziemy, idziemy - wózek trząsł się w zniecierpliwieniu. Dokoła wyło, dzwoniło i piekło (piekło cały dzień, nie tylko o siedemnastej). Najbardziej uroczyście wyglądali panowie z myjni, którzy wstali ze swoich plastikowych krzesełka, na których przesiadują od ósmej do dwudziestej drugiej, i teraz stali na baczność, częściowo topless. Inny gość o rumianych piersiach - pod pizzerią - naciskał z powagą klakson swojego beemwu. - Czemu nie idziemy? - dopytywał się wózek.

Na mieście ponoć szli ci, którym się pomyliło kto z kim walczył. Sam minister bezpieczeństwa publicznego pogratulował im zachowania zimnej krwi. O czystej, tym razem, nie wspomniał.

2. Końce

Nie zapisuję już, który to dzień upałów. Powietrza nie ma. Łapiemy je jak ryby na brzegu. Spotykamy się w hinduskiej knajpie na Kabatach. Klimatyzacja ledwo dycha. 

A co jeśli jesteśmy jak ogrodnik z piosenki Miłosza. Podwiązujemy pomidory, nie zważając na koniec świata i koniec Polski, jaką znamy?

(Dopisane: trzy dni później znajduję odpowiedni fragment w jednym z fenomenalnych opowiadań Buzzatiego: Pewnego dnia, około dziesiątej rano, nad miastem pojawiła się ogromna pięść. następnie otworzyła się, przybierając kształt szponiaste łapy, która zawisła na niebie nieruchomo jak bezkresny baldachim zagłady. Wyglądała jak z kamienia, ale nie była z kamienia, wyglądała jak ze skóry, ale nie była ze skóry. Wyglądała jak chmura, ale chmurą nie była. To był Bóg. I był koniec świata (s. 175)).

3. Stamtąd

W sierpniu jeszcze bardziej jestem nie stąd. Tutejsze mity nie są moje. W mojej prowincji Jasza Mazur i Józek Cz., również warszawski imigrant, co ginie absurdalną śmiercią - przed lustrem. Lipowa, nie Powązki. Lata mijają i przenosimy się do krain czasu przeszłego.

Zdjęcie z gór. Tęsknota za zmęczeniem i Drogą Mleczną, kawą z cukrem w schronisku na Polanach.

4. Piec

Po czterech miesiącach zdołaliśmy odkryć, że sklep rybny na hali - obiekt różnorakich westchnień (na przykład) - zamienił się w gruzińską piekarnię. Bucha od niej ciepło, choć niewyobrażalne dzisiaj, że może być jeszcze więcej ciepła.

Wydeptane ścieżki naszych kroków, na których nie ma miejsca na zaskoczenie.

5. Niedziela

W niedzielę plany mamy zawsze ogromne. Budzimy się o szóstej, za oknem burza. Dziecko znalazło się naszym łóżku.

Potem niedziela się niewyobrażalnie ciągnie. Dziecko pragnie rozrywki, my - spokoju. Uciec (do ludzi!) od gotowania i zmywania albo zaszyć się w jakiś Beskid albo chociaż dokończyć Buzzatiego

Przez pomyłkę pijemy późnym popołudniem mocną kawę. Dziecko już zasnęło. Dochodzi druga. Rozmawiamy o ogromnych planach, o tym, że nie warto ich snuć.

6. Obelżywość

Na środku Krakowskiego mężczyzna rozbiera się i oddaje mocz na zebrę. Uprzednio zdążył wykrzyczeć co sądzi o przechodniach, paru zaczepić i kilku pogrozić. Policja wciąż nie nadjeżdża. A gdyby - zamiast półnago - nałożyłby na siebie koszulkę z napisem KONSTYTUCJA już leżałby skuty z twarzą do ziemi i wdychał gaz pieprzowy

Albowiem nie ma w tym kraju nic bardziej obelżywego od konstytucji.

7. Kiedy po raz ostatni widziałem Paryż

Mogłem napisać coś o tamtym lecie, o Dziecku albo o A., tudzież o pociągu z klocków. Dręczy mnie ta banalność lata, banalność zapisów - pragnienie, żeby odlecieć. Tam.

- Kawa droższa niż w Paryżu - mówi jegomość z pretensjami o ósmej rano.

- Nie byłam w Paryżu - odpowiada Z., podając kawę.

- Ja mieszkam tam - łyżeczki stają na baczność.

(Przypis: Tam autora bloga to Północne Włochy. Cóż, skoro A. nie chce tam. Marzy o ciepłych krajach. Na próżno, ocierając pot z czoła, usiłuję ją przekonać, że ciepłe kraje teraz tu. Nawet renesans nie pomaga).

 


(Monchique, 2017, źródło: a.b.)

8. Monchique

Tego lata, które astronomicznie rzecz ujmując było jeszcze późną wiosną, na niedzielną mszę pojechaliśmy do Monchique. Zdziwił nas nieco tłum w dusznym kościele, ale znaleźliśmy całkiem dobre miejsce na stopniach konfesjonału. Pojawił się biskup, biskup był średniego wzrostu, Atlantyk raczej, a nie roztyty Pacyfik. Długo trwała msza w Monchique.

Wyszedłem z Dzieckiem pod koniec. Harcerze sprzedawali ciastka i Dziecko zajęło sobie miejsce z racuchem obok nieco starszej dziewczynki. Południe nadchodziło ciepłe, mieliśmy zaraz jechać nad Ocean.

Oglądam teraz jak palą się wzgórza dookoła Monchique. Sprawdzam co rano na mapie, czy nic nie grozi Lunie. Rozpoznaję znajome widoki. Nieszczęścia nadchodzą nagle, dopadają szczęśliwe miasta, które wcale na nie nie zasłużyły.

9. Bez czułości

Trzy lata później upał staje się nie do zniesienia. Topi w nas wszelkie uczucia, wszelkie potrzeby, choćby potrzebę czytania i pisania.

Na placu zabaw jest tak dużo dzieci, że z trudem daje się wypatrzyć nasze. Od tego gorąca roją się i wołają jedno przez drugie.

W upale nie ma czułości.

10. Bez burzy

Cały dzień czekanie na burzę. Opowiadaliśmy Dziecku, że nadchodzi. Rząd przysłał na komórkę komunikat o niej, tak jakby można od rządu spodziewać się prawdy. A ona nas ominęła, zostawiła naelektryzowanych i najeżonych.

 

środa, 01 sierpnia 2018
Dziennik pisany w lipcu (odc. 3)

 

25. Sprzęty

Stanowczo za mało pisze się o lodówkach. Owszem docenia się rolę rzeczy w życiu ludzkim (pióro atrament lampa), ale rzadko mówi o dużym agd (wyjątkiem piec podobny do bramy triumfalnej). Pamiętam brazylijski film, w którym ważną rolę odgrywała pralka. W przeciwieństwie do drobnicy, z którą jesteśmy związani, tego typu sprzęty wydają się nie mieć duszy.

Ale przecież, kiedy ją zabierają, naszą kremową lodówkę, to czuć rodzaj żalu. Naprawdę.

26. Marionetka

Podpisał. Akurat siedzieliśmy nad Wisłą i chórem wypowiedzieliśmy słowo, które od chóru różni jedna głoska.

27. Cienie

Żeby nie zasnąć, choć bardzo chciałem. Czekałem na balkonie aż powróci do dawnego światła. Byłem tylko maleńkim kawałkiem cienia na jego tarczy. Wyłączyłem telefon.

Myślałem o W., która też jest kawałkiem Cienia: o tym jak uczyliśmy się o egipskich bogach, który z nich opiekował się Księżycem? To było w czasach, kiedy chodziliśmy przez nawłocie.

Jeśli długo wpatrujesz się w księżycową tarczę, zaczyna wirować.

 


 

28. Liny

Nad naszymi głowami na linach chodzili sztukmistrze. Nie da się znaleźć nic bardziej nielubelskiego od ludzi, którzy tańczą w chmurach.

Zadzieraliśmy głowy, podziwialiśmy.

29. Nostalgia

Bardzo zazdroszczę A. tego, że nie przywiązuje się do miejsc. Nie musi za sobą ciągnąć - prawie dwadzieścia lat - trzystusześdziesięciotysięcznego miasta. Nic ją nie obchodzą wieże, które widać z dala i zapach wąwozów wieczorem. Ot, pakuje się i wyjeżdża. Mnie z trudem da się oderwać od własnego biurka.

30. Wyż

Upał taki, że w galeriach handlowych ludzie prawie pełzają po ruchomych schodach. Proszą o wodę w zgrzewkach po sześć butelek.

Piszę i paruję.

31. Młociny

Panna Lipiec w zielonych spodniach z falbanką odwraca się na schodach ostatniej stacji metra, uśmiechem ogarnia odjeżdżający pociąg i Dziecko w jagodowym pączku. Odprowadzamy pannę Lipiec na tramwaj, a potem jeszcze mnóstwo ludzi odprowadzamy po pętli.

O tramwajach też stanowczo za mało.

 

środa, 25 lipca 2018
Dziennik pisany w lipcu (odc. 2)

 

18. Cały świat płonie

Dusząca wilgotność jak w monsunie. Podbiegunowych lasów pożary. W Murmańsku 30 stopni. Zbliża się koniec świata - ze spokojem stwierdza A. (podobnie jak artykuł w "Krytyce Politycznej"). Lodówka grzeje zamiast chłodzić.

A jednak, po Londynie, wcale mnie nie bawi rychły koniec.

19. Róż

Od pewnego czasu przestałem przyglądać się ludziom. Stali mi się zupełnie obojętni. Pozbawiony jakiejkolwiek łapczywości albo ciekawości nie wyglądam zza Herberta. Nie mogę się ocknąć. Ale dziś do metra wsiadła czwórka dzieci o różowych włosach.

Wyjrzałem więc zza strony pięćset czterdziestej drugiej, nie mogąc się nadziwić.

 


(Konkurs jedzenia spaghetti w Soho, 10 lipca 1958, źródło: pinterest.com) 

 

20. Makaron

Trzeci dzień jemy makaron. Prawie jak na Sycylii, tylko że pozbawieni bogów. Kończy się Polska, jaką znamy, zaciąga się burzowa chmura. Wszyscy, prawie, jesteśmy Jarosławami (por. stary cyniczny lennik, który nauczył się cenić słodycze dworskiej kariery, J.J. Szczepański, Dziennik, t. III, s. 709, za: Herbert, t. II, s. 436). Pod sejmem, który grzebie kraj, biją ludzi.

Marzymy o Południu, lądując na Wschodzie.

21. Cynie i cynicy

Hałas tramwaju. Kolor cynii (cynie szybko umierają od ciepła). Dziecko w fontannie pod arkadią. Pieczone jabłka. Gofry w forcie.

Wolność, której bez fanfar, się pozbyliśmy. Albowiem życie biegło zwyczajnie.

22. Pamiątka

Zawsze pokazuję gościom. Za plecami najwyższego sądu trzy cnoty kardynalne. Były tam dzisiaj z sukniami zmoczonymi w wodzie.

Architektura okazuje się być znowu trwalsza niźli ustrój.

23.

Starzy ludzie w autobusie

W południe wszyscy pasażerowie w sto dwadzieścia dwa pamiętają jeszcze niewolę. Wszyscy głosują za niewolą, bo niewola to młodość.

Przygody z kurierami (c.d.)

System napisał: poniedziałek 10-12. Pojechałem czekać na lodówkę. Wyglądałem przez okno: system napisał: środa 16-20.

Tak się właśnie kończy wiara w system - skomentował W.

Kolacja

- Co będziesz jadł na kolację?
- Fifle w kombli.
- Nie ma już fifli.
- A co to są fifle?

24.

Okładka

Niezwykle celna - nie czytam gazet - okładka "Newsweeka" z niedźwiedziem, naszą zamorską miłością i naszym małym autokratą. Myśleliśmy, że żyjemy w epoce i miejscu danym raz na zawsze, aż nie zauważyliśmy, że wszystko znajome przemienia się: pory roku lub wolność (historia nie znosi stabilizacji).

Na nowo trzeba uczyć się małego życia.

Lotnisko

Za drutem kolczastym opadały szybowce. Upał zelżał nieco. Trawa pozbawiona sukienek. Patrzyliśmy na ślady na niebie.

Strażnik, ziewając, czuwał byśmy nie uciekli.

 

środa, 18 lipca 2018
Dziennik pisany w lipcu (odc. 1)

 


(Dedykacja z filmu "Pelišky", reż. Jan Hrebejk; oglądaliśmy go któregoś wieczora z M. i J. Chyba najlepiej ze wszystkich znanych mi filmów definiuje czułość we wszystkich jej wymiarach, w tym także do ojczyzny.)

 

1. Na naszym ślubie świadkiem był kot, kot podglądacz. Teraz jest stary, ów kot, przychodzi w ponurym nastroju i kładzie się przy stole. Nikt nie chce go słuchać - takim stał się nihilistą. 

2. Dość powoli, z oporami dociera do mnie Polska. Najpierw przychodzi biskup, autor książeczek dla dzieci od pierwszej komunii (pseudonim: ksiądz Tymoteusz), i opowiada rzeczy wymiotne. Wszyscy klaszczą. Potem pod nieobecność najwyższego wodza, zastępowanego przez aparatczyków w makijażu, zespół "Mazowsze" wykonuje rytualny taniec wokół samolotu (stara kronika z lat pięćdziesiątych, ten sam zespół tańczy).

3. Jechałem z Wierzbna, tramwaj przejechał pieszą. Dziesiąty tydzień, mówiła przez telefon w metrze, wyznając po raz pierwszy i biorąc nas wszystkich za świadków. 

4. Opowiadam A., że założymy komunę na greckiej wyspie, będziemy pili wino i przechadzali się po sadach pomarańczowych. Spotykamy się wprawdzie coraz rzadziej, ale marzenia mamy ciągle śmielsze.

5. Fioletowa różyczko! - zapisuję w metrze inwokację, która dołącza do szeregu innych zapisków, które trudno rozszyfrować. Wieczorem, kiedy siedzimy z M., odczytuję wybrane daty z dziennika. Moje życie - jak się okazuje - składa się z kawy, westchnień i prognoz pogody. Najciekawsze jest to, czego nie zapisałem i zaraz potem zapomniałem.

6. Najważniejsze jest ciepłe światło domu (zapisałem jesienią, kiedy mieszkała z nami M.) Wszystko inne jest niedopowiedziane - dodaję teraz z czułością do życia. (Ideałem domu był ów dom w Dolinie Muminków, gdzie gdy tylko pojawiali się goście Mama Muminka szykowała dodatkowe nakrycie a Tata zbijał kolejne łóżko).

7-10. zob. Dziennik z Londynu. Lipiec

11. Tak nagle jak się pojawili. Klucze przekazane w biegu. Tęsknię przy zmywaniu.

12. Zapis na blogu, anegdota z podróży, pusty czerwony zeszyt. Najważniejsze - jak zawsze - pozostaje niewypowiedziane: czułość (nowe słowo klucz w dzienniku autora bloga) do czasu, czułość do osób.

13. Pędzą do ogrodzonego zamku autobusy na sygnale. Wiozą posłów - wszyscy cierpią na paraliż nóg, to druga faza choroby po paraliżu woli. Tylko ręce posłusznie cały czas głosują. Wyglądam przez okno i widzę stolicę małej satrapii na zbyt bliskim Wschodzie.

14. Koszulki, które zamówiłem przyszły o miesiąc za późno. Nie nadają się na plaże Portugalii ani do londyńskich muzeów. Ale warto było - przekonuję się dzisiaj w kawiarni, gdy zza lady nachyla się baristka, szepcząc: ale ładna.

15. Chmury zawieszone nisko. Wczesna jesień przyszła - pisze M. Nie chcesz wychodzić z domu. Na Woli łudzą cię przejaśnienia.

16. Helsinki. Ci, którzy od trzech lat usiłują wyciągnąć nas z Unii Europejskiej, zostawiają nas z ręką w nocniku. Oto jesteśmy już poza limesem, do którego wpychało nas pokolenie wielkich umarłych (takich jak Geremek czy Mazowiecki). A poza limesem nie ma lodów waniliowych. Jest próżnia i brzydko pachnie. Dobry wujek Trump, ten co doprowadził nas do orgazmu na Placu Krasińskich latem ubiegłego roku, dogaduje się ze złym wujkiem Wołodią, usiłując dobić NATO i naszymi rękami zadusić Unię.

17. Cztery lata byłem ciężko chory, przez cztery lata badałem cnotę u mieczyków - czy wszyscy sprzedawcy kwiatów muszą być szaleni? Pan z Trasy W-Z po latach opracował recepturę na pełne kłosy.

  

sobota, 14 lipca 2018
Dziennik z Londynu. Lipiec

 

 
(Pablo Picasso, Akt przed lustrem, 1932, kol. pryw.)

 

Picasso 1932 - Love, Fame, Tragedy

Zamysł kuratorów jest fenomenalny. Z całego życiorysu wybrać i opisać dokładnie jeden rok. Wbrew miłośnikom sztuki pozbawionej tła, nadać obrazom kontekst biograficzny. Tak jak w przypadku życiopisania, tutaj mamy do czynienia z życiomalowaniem.

- To jest jak pisanie bloga - stwierdza A. mijając w kolejnych salach obrazy podpisane datami dziennymi. W sobotę czuł się tak, w poniedziałek - zupełnie inaczej, oddawał to poprzez kolejne pociągnięcia pędzlem. Galerię uzupełnia opis: listy, zdjęcia, foldery reklamowe. (W piątek albo w czwartek przed wyjazdem czytałem swojego bloga, dziwiąc się banalności życia). Po raz kolejny uczę się tego w Londynie: należy porzucić przekonanie o wyjątkowości własnych uczuć. 

Jedno jest pewne - tak jak teraz - lipiec różni się od lutego.

W 1932 roku Picasso zapisuje na obrazach rozpad miłości.

Picasso 1932 - Love, Fame, Tragedy. Cytaty z kolejnych sal

Wszystko, co kochamy umrze, i dlatego wszystko, co kochamy, musi być zebrane - ze wszystkimi wielkimi emocjami pożegnania - w coś tak wielkiego, że nigdy tego nie zapomnimy (Michel Leiris).

Właściwie jest tylko miłość. Czymkolwiek może być (Pablo Picasso).

Parada 

Na początku pisania tego bloga byłem konserwatystą. Paradę równości opisywałbym więc jako wręcz przerażający obraz upadku kultury europejskiej, karnawał hedonistów zapominających o wartościach. Jak ów nowy Jezus w otoczeniu czarnoskórych uczniów wyznających apokalipsę na Oxford Street.

Przychodzę z kraju, nad który nadciąga szarość. Podoba mi się wszystko w siedmiu barwach. Dobrze się czuję w kolorowym tłumie, odnajduję nawet antykwariat, w którym mógłbym zamieszkać. Za jego oknem spacerują satyrowie. Apokalipsą są za to zmienione trasy czerwonych autobusów.

(07.07.2018)

 


(Fresk z Nebamun (fragm.), Teby, 18. Dynastia, ok. 1350 p.n.e., The British Museum) 

 

Wystawa egipska w Muzeum Brytyjskim

Tyle zachodu. Najpierw umyć i osuszyć. Naciąć pod żebrem i wyciągnąć. Przez nos wygrzebać mózg (świder służący do tego celu jest najbardziej wstrząsającym eksponatem w sali). Napełnić solą. Owijać. Układać amulety (to samo oko Ozyrysa, co zdobi łodzie maltańskich rybaków). Na koniec pełni ufności leżą w szklanych gablotach. Tomografia i rentgen świadczą o zmartwychwstaniu, które się nie udało. Żal mi bardzo nadziei Egipcjan.

Oni także nie sądzili, że są starożytni i że są śmiertelni.

Gwiazda 

Przed państwem, proszę państwa, gwiazda. Siedzimy na huśtawkach pod galerią Tate. Wieczorem zapala się oko Saurona na Shard. Gwiazda - nie wiem skąd się wzięła, z komunalnych domów, gdzie sąsiedzi wspólnie oglądają mecz, czy z hoteli (więcej gwiazdek) - obraca się po nieboskłonie i uśmiecha do widzów.

Wieczór jako kurtyna. 

(08.07.2018)

Frida Kahlo: Making Her Self Up

O ile wystawa Picassa jest rodzajem dziennika, o tyle Frida w Muzeum Wiktorii i Alberta przypomina pamiętnik otwierany lata po śmierci właścicielki. Jest dokładnie tak jak w wierszu Szymborskiej: suknie wygrały wyścig.

Powrót

Mycie zębów na nocnych lotniskach. Amerykanin podrywa Hiszpankę przy ładowaniu komórki. Pomarańczowy samolot czeka o poranku. Żółte autobusy jeżdżą zamiast czerwonych. Tak bardzo chciałem zatrzymywać ten czas, że aż się spóźniłem.

(09-10.07.2018)

 

piątek, 06 lipca 2018
Dziennik pisany w czerwcu (odc. 3)

 

 

Kielce. Poziomki

Pociąg śmierdzi. Wczesnym popołudniem przez sen dostrzegam stację Kielce. Sienkiewicza wygląda na wymarłą. Spodziewałem się baletnic, spodziewałem się akrobatów, a tylko smutna kobieta sprzedaje poziomki.

Kielce. Niewidoczne

Teraz wszyscy zadzierają głowy i wpatrują się lornetkami w niewidoczny sufit. Pani specjalistka od stropu opowiada czego nie widać, a co widać być powinno. Cztery kontynenty, dwanaście miesięcy, mała Apokalipsa.

Kielce. Planty

Kamienica nad strugą jest jasna. Wygląda jak na tym strasznym zdjęciu, tyle że nie wynoszą trumien. Wczoraj zmienili ustawę, więc spokojnie mogę napisać teraz: Polacy zabijali Żydów na Plantach w Kielcach (nie tylko w Kielcach, nie tylko na Plantach.)

Anatomia

Pięćset kilogramów czereśni (opowiada E.). Każdego lata odkrywam, że łapczywość nie dotyczy wyłącznie ud albo gęsiej skórki na plecach. Ciało posiadają również owoce.

Szarlotka

Byłem dzieckiem. Tyle razy jeździliśmy do R. Bardzo długa droga: sklep w Niemcach, fabryka domów, lody w Lubartowie, most na rzece w Woli Skromowskiej, Kock. Za każdym razem nowe ciasto: francuskie z grubym cukrem, metrowiec. Odległości są teraz znacznie krótsze, dorosłe i trasa wiedzie od północy. Szarlotka, nadchodzi wieczór.

 (27-30.06.2018)



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 233