Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl

Wpisy z tagiem: Rzym

czwartek, 07 lutego 2019
Dziennik rzymski (cz. 2)

 

Anatomia skrzydeł (według Johna Gibsona)



Skrzydła, zdaniem prerafaelitów, wyrastają w połowie łopatek parami: jedno większe, jedno nieco mniejsze poniżej (razem dwie pary). Brzeg lekko falowany, sześć chrząstek w każdym utrzymuje błonę, zapewne obsypaną pyłkiem. Lot raczej na niskiej wysokości, biorąc pod uwagę ciężar ciała: należałoby zapytać lepidopterologa, czy w ogóle możliwy.

Mozaika

Podróże sentymentalne nie wychodzą z Dzieckiem, żali się A., która odkryła, że piękniejsze od mozaik u Marii na Zatybrzu okazały się te z Monreale.

Usta Prawdy

Dziecko się niepokoi. Przy co którymś turyście, palący fajkę dozorca Ust Prawdy krzyczy, że odgryza (w gruncie rzeczy to nie żadna legenda, tylko Gregory Peck popisujący się przed śliczną Audrey).

Nie ma zębów, stwierdza Dziecko i tańczy przed Ustami, szczęśliwe, że nie zadziałał starożytny wariograf.

Dziurka

Dziurki od klucza na Awentynie były dwie. Przez pierwszą Dziecko zajrzało na plac zabaw przedszkola zwabione radością za murem. Do drugiej była kolejka. Turyści nachylali się i nawet nie zaglądając, przystawiali telefon. Wyjątkowa sztuka fotografowania przez dziurkę.

Słodycz

Kelnerzy w białych rękawiczkach wykładają na talerzyk malutkie dzieła sztuki. Poziomki wieńczące sernik z galaretką, maleńkie piersi świętej Agaty i ciemnozielone jak owoce figi. This is beautiful - mówi jeden w białych rękawiczkach o Dziecku.

Pielgrzymi

Wyobrażam sobie ich, szlachetnych moich poprzedników, dla których widok konfesji był oznaką łaski, omdlewających, gdy w lektyce i z wachlarzem wnoszą potrójną koronę. Dym kadziła zabija zapach wielodniowego potu. W końcu przybyli z dalekiego kraju, spoza miasta, a nawet i zza limesu. 

Stopa Marii Magdaleny 

Patrzę na stopę, która weszła do pustego grobu. Wcale mnie nie obchodzi, czy tak było naprawdę. Wierzę, że był pusty. Nie obchodzi mnie również, czy ten srebrny, otoczony lampkami odlew w rzeczywistości zawiera stopę czy - dajmy na to - fragment skrzydła. W wierze nieistotne są takie szczegóły (kościół św. Jana od Florentyńczyków).

Perspektywa

W Pałacu Spada. Pani od słynnej perspektywy Berniniego przychodzi z parasolem. Mogłaby być nauczycielką plastyki w podstawówce, tymczasem powtarza co kilka minut tę samą kwestię dla turystów z aparatami. Prezentacja, pani z parasolką wchodzi między kolumny, czas na zdjęcia: pada, nikt nie pstryka. Zostaje smutek pani od plastyki.

Drobiazgi

W Pałacu Weneckim mieści się wielki sklep po umarłych, taki targ staroci, gdzie drobiazgi z brązu obok porcelany, gipsu, kawałków kamienia. Wszystko ma swoje miejsce i numer. Zwiedzającym pozostaje lekki zachwyt, gdy znajdą pośród nich portret zająca ze wschodniej porcelany albo baranka z krzyżykiem na znak, że jest boży.

Obrazki z wystawy


 

Maria podaje rosół rodzącej Elżbiecie.
Towarzyszka Batszeby w kąpieli wykręca swoją pierś.
Amory porwały tiarę świętemu biskupowi i bezczelnie nią igrają na jego oczach.
Maria Magdalena w rumieńcach przesadziła z przyjemnością pokuty, zanadto rozkoszując się zimną czaszką.

Kościół

Zdumiewające, że przez kilka wieków pół chrześcijaństwa zależało od kaprysów paru rzymskich rodzin (przyznam, co do sztuki i architektury gust miały wyborny). Co tam spory dogmatyczne, kiedy podają chianti i nasza ulubiona kochanka (kochanek) wkracza pod łóżko z baldachimem, na którym widnieje wieża albo trzy pszczoły. Święci i tak pochodzą spoza Rzymu.

(Dopisanie: artykuł w Wikipedii o czarnej szlachcie, wybranych rodach, które zdominowały papieski dwór).

(30.01-4.02.2019)

 

środa, 06 lutego 2019
Dziennik rzymski (cz. 1)

 

Sześć lat

Rzym jak dom. Minęło sześć lat. Przez sześć lat nic się nie zmieniło - mówi Danilo, nasz gospodarz. Jest młodszy od nas i przybija Dziecku piątkę. Codziennie rano na śniadanie przygotowują jajka. Tu można pobyć dwa, trzy dni - dodaje. Niechęć do własnych miast, skąd ja to znam?

Na mapie zakreśla okolice dworca i wpisuje duże NIE. To fascynujące - myślę sobie, szkoda, że ich nie zbierałem, tych map z napisami, to jak gospodarze widzą własne miasta. 

Stacja benzynowa

Papież (ksiądz dyrektor wszystkich księży na całym świecie, nawet w Rosji, jeśli jacyś są) mieszka w hotelu nad stacją Esso. Prawdziwa rewolucja Franciszka dokonuje się w geografii Watykanu (jeśli spojrzysz z tarasu na kopule, zobaczysz jak bardzo różni się strona lewa z pałacami i Sykstyną od prawej ze stacją Esso i hotelem).

Bazylika

Wieczór chrześcijaństwa jest najpiękniejszą porą. Ciemne światło skrywa pychę bazyliki. Wszystko wydaje się dużo bardziej pobożne: zmywa grzechy ulewny deszcz.

Kopuły

Najwięcej tutaj jest kopuł. Taki krajobraz, że wciąż wyrastają nowe. Opowiadam Dziecku, że Rzym składa się z kościołów i z nich. Systematycznie je odwiedzamy, zaglądamy do wnętrza. Patrzą wtedy na nas swymi mądrymi oczyma opatrzności.

Getto

Na ławeczce jemy cienkie kawałki ciasta z sosem pomidorowym, na środku Getta. Zupełnie inaczej brzmi ta nazwa tutaj niż na Muranowie albo za Bramą Grodzką. Jakby ktoś inny ją też wymyślił, ktoś z Południa, ten sam co na pomarańczowo pomalował mury.

Jest 16 października 1943 roku: biorą swoje walizki i wędrują na dworzec. Pociąg jedzie na północny wschód, gdzie getta maluje się na czarno.

 

Muzea Kapitolińskie



I. Hygea

Nie mogę się oderwać od niej z zachwytu. Żadna Wenus z marmurowym tyłkiem, tylko Alicja albo Teresa Balthusa zrobiona w cienkiej tunice na bóstwo.

II. Marsjasz

Z różnych kawałków kamienia ma ciało. Objaśnia mi A., że to nie sztukowanie rzeźby przez renesansowych rzemieślników, ale obdarta z ciała skóra i kamienne mięso, co się stanie żerem dla kamiennych much. Patrz na porzuconą fletnię, mówi A., jaki w niej straszny kamienny ból.

III. Epitafium

Dla Germinii Agaty Mater. Nazywałam się Mater, ale nie dane mi było stać się matką. Właściwie żyłam jedynie 5 lat, 7 miesięcy i 22 dni. Kiedy żyłam, bawiłam się i byłam kochana przez wszystkich. Wyobraźcie sobie, z buzi przypominałam małego chłopca, nie małą dziewczynkę. Bliscy znali mnie jako Agatę, o spokojnym temperamencie, miłym i szlachetnym wyglądzie, włosach rudych, upiętych krótko i rozpuszczonych na plecach. Teraz wszyscy obdarowujecie mnie napojami i swoją modlitwą, aby ziemia nie była ciężka dla mych szczątków. Nie rozpaczaj nad mym ciałkiem Fawencjuszu, któryś mnie wychowywał i kochał wyłączną miłością. Rodzice zresztą nie mogli opłakiwać mojego losu, bo poprzedzili mnie jakiś czas temu. Zasmucona jest także ma przyrodnia siostra Amoena. Proszę pocieszajcie moją rodzinę, przypominając jej o mym miłym życiu i modląc się, aby ból nie wzrastał a smutek miał swoje granice. Ty, który czytasz, wiedz, że nazywałam się Germinia Agata i śmierć mnie wyrwała przedwcześnie, prowadząc do Tartaru. To wszystko, nic więcej się nie zdarzy: wszystkim nam to pisane.

Delfiny

W przeciwieństwie do tych z widoczków, które znamy dzisiaj ("rejs z oglądaniem delfinów w Morzu Alborańskim"), tamte starożytne i papieskie nie budzą sympatii. Zbieram je dla M., a one pokazują zęby. Trochę w nich ironii, trochę - szyderstwa.

Spis aniołów (amorów) z natury


Ten wczorajszy opłakujący Adonisa, złamane serce, spuszczona głowa.
Amorek-dziewczynka opiekujący się sufitem w pałacu Corsinich (dotychczas napotykane amorki zawsze były płci męskiej, pominąwszy te bez ciała z samą główką i skrzydłami).
Pod portretem młodej dziewczyny ze skrzydłami ktoś zamieścił podpis: archanioł Gabriel.

 

poniedziałek, 29 czerwca 2015
Alexis Curvers, Tempo di Roma, Austeria 2011

 

Padłem ofiarą mistyfikacji. Tyle się ostatnio mówi o ostrożności przy czytaniu reportaży i o tym, że fakty są święte, a tu taki ambaras. Czym się odróżnia Norman Lewis opisujący powojenny Neapol od Jimmy'ego, Belga, który z Mediolanu przyjechał do Rzymu? Pierwsze strony, toż to pierwszorzędny reportaż uczestniczący, fenomenalny opis powojennej rzeczywistości! Bardzo długo z tekstu nie domyślisz się prozy, dopiero podpowie krótka notka na okładce pod zdjęciem autora, który nie jest Jimmym.

Choć padłem ofiarą mistyfikacji, jestem bardzo zadowolony. "Austeria" zadbała o perfekcyjne wydanie: przyjemny papier pod palcami i doskonałe zdjęcia Wojciecha Plewińskiego. Momentami zdaje się, że "Tempo di Roma" to po prostu album z literackim tekstem.

Rzym! Roma! Na krótko przed tym jak Gregory Peck woził księżniczkę Audrey po mieście, krążymy z narratorem po jego wieczornych ulicach, nocnych barach i poddaszach z praniem. Topografia jest gęsta, Rzym w tej książce widać i czuć. Już podają na talerz gorące makarony, kończą się smażyć carciofi alla giudia. Narracja oczarowuje, nie mogę zamknąć książki, choć zamykają mi się oczy, wciągnięty bez reszty w miasto, które jest głównym, obok narratora, bohaterem powieści.

Oprowadza nas Belg, przybysz - jak sam mówi - z krainy niepięknej, z drugiej strony Alp, świadomy tego, że jest barbarzyńcą w tym mieście, podobnie jak świadomy tego jest autor bloga. Autor bloga nawet więcej: Belgów uznaje za bliższych niż my Morzu Śródziemnemu, choćby z uwagi na łacinę, która tkwi w języku francuskim. Nigdy bym też zresztą nie powiedział, że ten kupiecki gotyk i pociągłe twarze z flamandzkich płócien nie są piękne, chociaż surowym pięknem zimnego Morza.

Po "Tempo di Roma" znowu chcę tam pojechać. Maki w Portyku Oktawii, zapach glicynii.

 

wtorek, 22 maja 2012
Dziennik Rzymski, maj 2012

Naczytałem się Muratowa, Mikołajewskiego (świetna, prześwietna "Rzymska Komedia"), dzienników Iwaszkiewicza i mimo to wciąż przed Rzymem stoję bezbronny.

Ile go już było? Kwiecień 2005, lipiec 2008, marzec 2009, maj 2010. Każda podróż ma być dokończeniem poprzedniej.

Im bardziej staramy się utrwalać, nadawać nieśmiertelność poprzez zapiski, zdjęcia, kolekcje, tym bardziej teraz nam umyka, tym bardziej znika. Jakby boleśniej pokazując nieskuteczność naszych działań.

Dzień 1. Autobus jedzie via Transpontina. Tutaj dom, gdzie zmarł arcybiskup Józef. Niczym się nie wyróżnia w turystycznym hałasie: naprzeciw pizza całą dobę. Przystanek: jacyś z plecakami wysiadają, jakiś ksiądz wsiada. Codziennie prawie mijamy ten budynek w dzielnicy, której niebytem zachwycają się przewodniki ("Nie ma już prawdziwego Borgo").

Dzień 2. Święta Kandyda leży w różu przy Piazza del Popolo. Może w Matce Boskiej od cudów nie ma żadnego Caravaggia (którego uwielbiają przewodniki), ale jest różowa woskowa święta i Matka Boska jak na majowe.

Trafiamy wreszcie na placyk, o którym pisał Iwaszkiewicz, że ładny widok. Kelner namawia na pizzę, która tylko w miarę dobra. Skutery zasłaniają widok a sąsiednia restauracja zamknięta. Może widok z hotelu, którego tu już nie ma, tak mu się podobał? Autobus elektryczny przejeżdża dwadzieścia centymetrów od ogrodzenia pizzerii.

Tego dnia postanowiliśmy, że będziemy kolekcjonować świętych. Historia Kościoła, ta dobra i ta zła, skupia się w Rzymie. Jest święta Katarzyna ze Sieny i jest odrażający przepych Barberinich i im podobnych. Za dużo architektury, za mało wiary. Kościoła św. Augustyna nie było w planie. Po drodze przypadkiem: piękna Matka Boska od szczęśliwych porodów, do kolekcji: święta Monika.

Dzień 3. Barberini. Przychodzimy do galerii zanim zbiegną się szkolne wycieczki. Jest spokój i od razu Trecento.

W "Zdjęciu z krzyża" Marteena van Heemskercka najbardziej erotyczna z Marii Magdalen. Bardziej erotyczna niż Scarlett Johansson (i ja to piszę!) Z "Kąpieli Betszeby" Zucchiego spoglądają na nas nagie kobiety o posturze mistrzyń kulturystyki. Arcydzieło do podziwiania i komentowania szczegółów: "Parki" Sodomy. Zwróćcie uwagę na królika.

Borghese po Barberinich już tak nie zachwyca (mówię coś wbrew przewodnikom). Stoimy przed "Ostatnią wieczerzą" Bassano. Apostołowie dyskutują, kłócą się, jedzą. Tylko Chrystus jakoś nikomu niepotrzebny, w tle. Metafora polskiego Kościoła?

"Apollo i Dafne" Berniniego.

Dzień 4. W bazylice św. Agnieszki (do kolekcji Agnieszka i jej siostra) pani przewodnik od katakumb bardzo się nudzi. Tutaj turyści już nie dojeżdżają trolejbusem. Dzielnica jest rzeczywiście inna od naszych Prati: mniej tłoczna, mniej hałaśliwa. W restauracji z makaronami "A Casa di Alice" sami mężczyźni. Pora obiadu, wino.

Za każdym razem coś nowego, coś, co trzeba będzie dokończyć, jeszcze raz się przyjrzeć.

Dzień 5. Moim ulubionym wzgórzem jest Celiusz. To się nie zmienia. Ale na Trastevere jest już inaczej. Nie ma już spokoju, nie ma swojskości. Trastevere jest już zadeptane, turystyczne. W lokalnej pizzerii wieża Babel. Ulubiona kawiarnia stała się "American Bar". Tylko św. Antoni nadal taki sam.

Koty wygrzewają się na Cmentarzu Protestanckim.

Dzień 6. Wysiedliśmy w miasteczku, prawie wiosce, na wzgórzu, Subiaco. Sennie jeszcze, chociaż słońce wysoko. W barze pod nazwą "U Borghiów" wypiliśmy siekierę espresso. Mężczyźni grali na automatach, kobiety szły na zakupy. Turyści tutaj jeszcze nie dotarli.

Jest więc bar u Borghiów, w którym sprzedają ojciec z synem, a potem droga schodzi ze wzgórza. Chrystus ma przy ulicy średniowieczne usta. Na samym dole szosa z drogowskazem "Roma".

W klasztorze nad miastem freski oniemiające. (Przewodniki nawet się nie zająknęły i dobrze: gromadka Amerykanów i gromadka Niemców nie przeszkadzają. Jesteśmy prawie sami.)

Dzień 7: Do EUR przewodniki zniechęcają. Cóż za monumentalizm i znów nie ma Caravaggia! A jednak jest coś w tych ogromnych przestrzeniach: Benito Mussolini na chwałę Apostołów wznosi. Niebezpieczny patos w architekturze przypomina niebezpieczny patos w mowie i myśli. I tak samo jest pociągający.

Wielkie słowa, szerokie perspektywy, rzędy białych kolumn, defilady, muskularne posągi, masowe egzekucje. Król Leopold dobrze czułby się na piazza Marconi.

Dzień 8: W kościele karmelitów pierwsza komunia. Obrzęd prosty, bo i dzieci tylko siedmioro. Nie ma kwiatów dla proboszcza i jakoś więcej w tym liturgii i wiary. W ławkach libańscy księża, Afrykanin, taki jak ci, co sprzedają torebki, Hindusi, my. A więc w tej prostocie okazuje się być powszechny.

Chrześcijańska nadzieja nie mieści się w tych opasłych barokowych murach, tylko w skromności.

poniedziałek, 07 listopada 2011
Bardzo dobre książki. Rzym dla zaawansowanych

Odkąd jestem stałym klientem księgarni internetowej, rzadko mi się zdarza wejść do zwykłego sklepu z książkami, wziąć książkę i kupić. Celebruję tę chwilę z uniesieniem.

Na "Rzymską Komedię" Jarosława Mikołajewskiego czekałem od dawna, nie mogąc się doczekać. Wystarczyło ogłoszenie w porannej gazecie, bym popołudniem pobiegł do empiku.

O ile Muratow pisał o Rzymie, którego nie znam, a przez to, którego nie potrafię już zrozumieć, o tyle Mikołajewski oprowadza po moim Rzymie, tym z sadem pomarańczowym na Awentynie, z kotami na Area Sacra Argentina, z kuchennymi zapachami Zatybrza.

Pokazuje zakątki i zwraca uwagę na szczegóły, które umykają historykom sztuki. Już mam ochotę zacząć szukać biletów lotniczych na wiosnę.

Rzym ma to do siebie, że każdy, kto w nim pobędzie chwilę dłużej niż przewidują programy wycieczek i pielgrzymek, tworzy sobie osobisty przewodnik. Może dlatego tak doceniam "Rzymską Komedię", że tyle miejsc z autorem dzielę wspólnych.


wtorek, 08 marca 2011
Podróż do Włoch. Muratow

(Kupiłem Muratowa w trzech tomach. Bardzo sympatycznie wydany w kolorach pastelowych. Zacząłem od Rzymu, bo najbardziej znam.)

Ciężko sobie wyobrazić Rzym z "Rzymskich wakacji", a co mówić z początków poprzedniego wieku. Mój Rzym jest spalinowo-platanowy, ale tęsknisz za jego powietrzem.

Via Appia jako podróż w czasie. Krajobraz Muratowa tam taki sam, jak ten widziany przed dwoma wiosnami. Czytam i ta sama soczysta zieleń, pasterze i kozy skaczące po antycznych grobach.



 
1 , 2 , 3