2016: 8 filmów, 75 książek - 2015: 39 filmów, 78 książek - 2014: 66 filmów, 89 książek - 2013: 46 filmów, 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl

Wpisy z tagiem: Rzym

poniedziałek, 29 czerwca 2015
Alexis Curvers, Tempo di Roma, Austeria 2011

 

Padłem ofiarą mistyfikacji. Tyle się ostatnio mówi o ostrożności przy czytaniu reportaży i o tym, że fakty są święte, a tu taki ambaras. Czym się odróżnia Norman Lewis opisujący powojenny Neapol od Jimmy'ego, Belga, który z Mediolanu przyjechał do Rzymu? Pierwsze strony, toż to pierwszorzędny reportaż uczestniczący, fenomenalny opis powojennej rzeczywistości! Bardzo długo z tekstu nie domyślisz się prozy, dopiero podpowie krótka notka na okładce pod zdjęciem autora, który nie jest Jimmym.

Choć padłem ofiarą mistyfikacji, jestem bardzo zadowolony. "Austeria" zadbała o perfekcyjne wydanie: przyjemny papier pod palcami i doskonałe zdjęcia Wojciecha Plewińskiego. Momentami zdaje się, że "Tempo di Roma" to po prostu album z literackim tekstem.

Rzym! Roma! Na krótko przed tym jak Gregory Peck woził księżniczkę Audrey po mieście, krążymy z narratorem po jego wieczornych ulicach, nocnych barach i poddaszach z praniem. Topografia jest gęsta, Rzym w tej książce widać i czuć. Już podają na talerz gorące makarony, kończą się smażyć carciofi alla giudia. Narracja oczarowuje, nie mogę zamknąć książki, choć zamykają mi się oczy, wciągnięty bez reszty w miasto, które jest głównym, obok narratora, bohaterem powieści.

Oprowadza nas Belg, przybysz - jak sam mówi - z krainy niepięknej, z drugiej strony Alp, świadomy tego, że jest barbarzyńcą w tym mieście, podobnie jak świadomy tego jest autor bloga. Autor bloga nawet więcej: Belgów uznaje za bliższych niż my Morzu Śródziemnemu, choćby z uwagi na łacinę, która tkwi w języku francuskim. Nigdy bym też zresztą nie powiedział, że ten kupiecki gotyk i pociągłe twarze z flamandzkich płócien nie są piękne, chociaż surowym pięknem zimnego Morza.

Po "Tempo di Roma" znowu chcę tam pojechać. Maki w Portyku Oktawii, zapach glicynii.

 

wtorek, 22 maja 2012
Dziennik Rzymski, maj 2012

Naczytałem się Muratowa, Mikołajewskiego (świetna, prześwietna "Rzymska Komedia"), dzienników Iwaszkiewicza i mimo to wciąż przed Rzymem stoję bezbronny.

Ile go już było? Kwiecień 2005, lipiec 2008, marzec 2009, maj 2010. Każda podróż ma być dokończeniem poprzedniej.

Im bardziej staramy się utrwalać, nadawać nieśmiertelność poprzez zapiski, zdjęcia, kolekcje, tym bardziej teraz nam umyka, tym bardziej znika. Jakby boleśniej pokazując nieskuteczność naszych działań.

Dzień 1. Autobus jedzie via Transpontina. Tutaj dom, gdzie zmarł arcybiskup Józef. Niczym się nie wyróżnia w turystycznym hałasie: naprzeciw pizza całą dobę. Przystanek: jacyś z plecakami wysiadają, jakiś ksiądz wsiada. Codziennie prawie mijamy ten budynek w dzielnicy, której niebytem zachwycają się przewodniki ("Nie ma już prawdziwego Borgo").

Dzień 2. Święta Kandyda leży w różu przy Piazza del Popolo. Może w Matce Boskiej od cudów nie ma żadnego Caravaggia (którego uwielbiają przewodniki), ale jest różowa woskowa święta i Matka Boska jak na majowe.

Trafiamy wreszcie na placyk, o którym pisał Iwaszkiewicz, że ładny widok. Kelner namawia na pizzę, która tylko w miarę dobra. Skutery zasłaniają widok a sąsiednia restauracja zamknięta. Może widok z hotelu, którego tu już nie ma, tak mu się podobał? Autobus elektryczny przejeżdża dwadzieścia centymetrów od ogrodzenia pizzerii.

Tego dnia postanowiliśmy, że będziemy kolekcjonować świętych. Historia Kościoła, ta dobra i ta zła, skupia się w Rzymie. Jest święta Katarzyna ze Sieny i jest odrażający przepych Barberinich i im podobnych. Za dużo architektury, za mało wiary. Kościoła św. Augustyna nie było w planie. Po drodze przypadkiem: piękna Matka Boska od szczęśliwych porodów, do kolekcji: święta Monika.

Dzień 3. Barberini. Przychodzimy do galerii zanim zbiegną się szkolne wycieczki. Jest spokój i od razu Trecento.

W "Zdjęciu z krzyża" Marteena van Heemskercka najbardziej erotyczna z Marii Magdalen. Bardziej erotyczna niż Scarlett Johansson (i ja to piszę!) Z "Kąpieli Betszeby" Zucchiego spoglądają na nas nagie kobiety o posturze mistrzyń kulturystyki. Arcydzieło do podziwiania i komentowania szczegółów: "Parki" Sodomy. Zwróćcie uwagę na królika.

Borghese po Barberinich już tak nie zachwyca (mówię coś wbrew przewodnikom). Stoimy przed "Ostatnią wieczerzą" Bassano. Apostołowie dyskutują, kłócą się, jedzą. Tylko Chrystus jakoś nikomu niepotrzebny, w tle. Metafora polskiego Kościoła?

"Apollo i Dafne" Berniniego.

Dzień 4. W bazylice św. Agnieszki (do kolekcji Agnieszka i jej siostra) pani przewodnik od katakumb bardzo się nudzi. Tutaj turyści już nie dojeżdżają trolejbusem. Dzielnica jest rzeczywiście inna od naszych Prati: mniej tłoczna, mniej hałaśliwa. W restauracji z makaronami "A Casa di Alice" sami mężczyźni. Pora obiadu, wino.

Za każdym razem coś nowego, coś, co trzeba będzie dokończyć, jeszcze raz się przyjrzeć.

Dzień 5. Moim ulubionym wzgórzem jest Celiusz. To się nie zmienia. Ale na Trastevere jest już inaczej. Nie ma już spokoju, nie ma swojskości. Trastevere jest już zadeptane, turystyczne. W lokalnej pizzerii wieża Babel. Ulubiona kawiarnia stała się "American Bar". Tylko św. Antoni nadal taki sam.

Koty wygrzewają się na Cmentarzu Protestanckim.

Dzień 6. Wysiedliśmy w miasteczku, prawie wiosce, na wzgórzu, Subiaco. Sennie jeszcze, chociaż słońce wysoko. W barze pod nazwą "U Borghiów" wypiliśmy siekierę espresso. Mężczyźni grali na automatach, kobiety szły na zakupy. Turyści tutaj jeszcze nie dotarli.

Jest więc bar u Borghiów, w którym sprzedają ojciec z synem, a potem droga schodzi ze wzgórza. Chrystus ma przy ulicy średniowieczne usta. Na samym dole szosa z drogowskazem "Roma".

W klasztorze nad miastem freski oniemiające. (Przewodniki nawet się nie zająknęły i dobrze: gromadka Amerykanów i gromadka Niemców nie przeszkadzają. Jesteśmy prawie sami.)

Dzień 7: Do EUR przewodniki zniechęcają. Cóż za monumentalizm i znów nie ma Caravaggia! A jednak jest coś w tych ogromnych przestrzeniach: Benito Mussolini na chwałę Apostołów wznosi. Niebezpieczny patos w architekturze przypomina niebezpieczny patos w mowie i myśli. I tak samo jest pociągający.

Wielkie słowa, szerokie perspektywy, rzędy białych kolumn, defilady, muskularne posągi, masowe egzekucje. Król Leopold dobrze czułby się na piazza Marconi.

Dzień 8: W kościele karmelitów pierwsza komunia. Obrzęd prosty, bo i dzieci tylko siedmioro. Nie ma kwiatów dla proboszcza i jakoś więcej w tym liturgii i wiary. W ławkach libańscy księża, Afrykanin, taki jak ci, co sprzedają torebki, Hindusi, my. A więc w tej prostocie okazuje się być powszechny.

Chrześcijańska nadzieja nie mieści się w tych opasłych barokowych murach, tylko w skromności.

poniedziałek, 07 listopada 2011
Bardzo dobre książki. Rzym dla zaawansowanych

Odkąd jestem stałym klientem księgarni internetowej, rzadko mi się zdarza wejść do zwykłego sklepu z książkami, wziąć książkę i kupić. Celebruję tę chwilę z uniesieniem.

Na "Rzymską Komedię" Jarosława Mikołajewskiego czekałem od dawna, nie mogąc się doczekać. Wystarczyło ogłoszenie w porannej gazecie, bym popołudniem pobiegł do empiku.

O ile Muratow pisał o Rzymie, którego nie znam, a przez to, którego nie potrafię już zrozumieć, o tyle Mikołajewski oprowadza po moim Rzymie, tym z sadem pomarańczowym na Awentynie, z kotami na Area Sacra Argentina, z kuchennymi zapachami Zatybrza.

Pokazuje zakątki i zwraca uwagę na szczegóły, które umykają historykom sztuki. Już mam ochotę zacząć szukać biletów lotniczych na wiosnę.

Rzym ma to do siebie, że każdy, kto w nim pobędzie chwilę dłużej niż przewidują programy wycieczek i pielgrzymek, tworzy sobie osobisty przewodnik. Może dlatego tak doceniam "Rzymską Komedię", że tyle miejsc z autorem dzielę wspólnych.


wtorek, 08 marca 2011
Podróż do Włoch. Muratow

(Kupiłem Muratowa w trzech tomach. Bardzo sympatycznie wydany w kolorach pastelowych. Zacząłem od Rzymu, bo najbardziej znam.)

Ciężko sobie wyobrazić Rzym z "Rzymskich wakacji", a co mówić z początków poprzedniego wieku. Mój Rzym jest spalinowo-platanowy, ale tęsknisz za jego powietrzem.

Via Appia jako podróż w czasie. Krajobraz Muratowa tam taki sam, jak ten widziany przed dwoma wiosnami. Czytam i ta sama soczysta zieleń, pasterze i kozy skaczące po antycznych grobach.



środa, 02 lutego 2011
Korepetycje z Herberta (3)

O ile "Barbarzyńca w ogrodzie" był niezwykle udaną próbą transformacji zachwytu w tekst, o tyle w zapisach "Labiryntu nad morzem" wyczuwa się, że Grecja jest nie tylko wspomnieniem podróży, ale i przedmiotem studiów autora.

Herbert stawia fundamentalne pytanie o istotę podróży, o to, co czujesz stojąc przed Akropolem.

(W kwietniowy, ciepły wieczór wyłoniła się nagle zza platanów nad Tybrem: oświetlona kopuła u świętego Piotra. Widok wdrukowany. Ten moment, gdy rzeczywistość i nierzeczywistość splatają się. Ona z podręczników i telewizji, więc, czy ja rzeczywiście tutaj?)

niedziela, 16 maja 2010
8. Kwestionariusz autora bloga

Postanowiłem wszem i wobec dodać do ulubionych - ceteerel de - te kawałki tamtego miasta, do których się wraca. Że w Wa. cisza taka, cóż? Tamta karczma Rzym się nazywa i tam mi dobrze.

Plac: Piazza di Risorgimiento.
Kościół: Santa Maria in Trastevere.
Ogród: Il Giardino degli Aranci przy św. Sabinie na Awentynie.
Widok: znad Circo Massimo na Palatyn.
Obiad: piekarnia przy Via del Moro 15.
Fontanna: Aqua Paola na Janikulum.
Tagi: Rzym
21:52, kozmo1 , TEKSTY
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3