2016: 8 filmów, 75 książek - 2015: 39 filmów, 78 książek - 2014: 66 filmów, 89 książek - 2013: 46 filmów, 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl

Wpisy z tagiem: Sycylia

czwartek, 27 kwietnia 2017
Giovanni Verga, Rodzina Malavogliów, Czytelnik 1955

 

(Jerzy Jaworowski, ilustracja z okładki "Rodziny Malavogliów", 1955)

 

O Acitrezzy pisałem już bez mała miesiąc temu, o tym jak płynęliśmy wąskimi uliczkami miasteczek, gdzie wszyscy zatrzymywali się i rozmawiali ze sobą albo wychodzili po bułkę albo stawali po prostu, żeby odpocząć (SS 114), aż znaleźliśmy się w rybackim miasteczku z łodziami, kościołem, skałami, które ciskał Polifem i pasażem turystycznych restauracji (i jedliśmy z Dzieckiem oczywiście makaron normę, a obok siedziała rodzina na jakiejś uroczystości i w milczeniu zabierała się za kolejne dania, co jakiś czas interesując się naszym Dzieckiem).

Dopiero po powrocie z Wyspy trafiłem na Giovanniego Vergę opisującego Acitrezzę z połowy dziewiętnastego wieku, małą biedną, rybacką wioskę. Ta lektura przede wszystkim oczyszcza z poczucia, że kiedyś to naprawdę było pięknie. Wyspa Vergi jest pełna nędzy, w niektórych miejscowościach szaleje malaria, a Favignana jest miejscem zesłania. Religijność - jak w dzisiejszej Polsce - stanowi rodzaj maski, pod którą skrywa się zabobon i ludzkie przywary: chciwość, zazdrość, zawiść. I wcale to nie jest Wyspa szczęśliwa. Nie dziwię się teraz, że von Gloeden tak łatwo znajdował modeli i modelki do swoich łapczywych zdjęć. Podobnie jak nie budzi zdziwienia fakt, że mieszkańcy Wyspy masowo migrowali, nie tylko za ocean, ale również - co wydaje się absurdalne - przez Morze do Afryki Północnej, pokonując je w przeciwnym kierunku niż dzisiejsze łodzie.

Ten włoski realizm nie jest przyjemny w lekturze, choć myślę, że przede wszystkim winę ponosi przedwcześnie zestarzałe się tłumaczenie. Zwłaszcza nie mogę pojąć przyczyny dla której tłumaczka zdecydowała się na przekład nazwisk i przydomków mieszkańców (dajmy na to kuma Strąkojadka). Niemniej naprawdę długo zatrzymuję się w jednym miejscu, nad jednym przypisem, na stronie 16. Przyglądam się i po raz kolejny czytam: pizze - rodzaj ciastek, wypiekanych zwłaszcza w Neapolu.

 

(Dopisane:

(Luchino Visconti, Ziemia drży, 1948, na motywach powieści G. Vergi, źródło:http://www.actingoutpolitics.com)

 

Wstyd mi, że jedyne, co potrafię zapisać z tej powieści, to wspomnienia podróżne i zdziwienie nad pizzą. Tylko tyle z opowieści o nieszczęściu i o beznadziejności losu. Tylko o sobie.

Ten kadr za to mówi więcej niż cały mój blog).

 

środa, 05 kwietnia 2017
Trzecia podróż na Wyspę (3)

 

Potrzeba mitu


Kiedyś pojechaliśmy - goniąc Persefonę - nad jezioro, które okazało się torem wyścigowym (tutaj). Dzisiaj - dalszy ciąg tego samego mitu - mijamy lidla, romskie domki, zajezdnię autobusów miejskich, dwa ronda, na jednym mylimy skręt, i linię wysokiego napięcia. Nie wierzę, że ją znajdziemy - powątpiewam głośno - strasznie trudno w tych czasach natknąć się na nimfę.

Nagle w zaroślach tysiąc ptasich głosów.

(31.03.2017, źródła Ciane)


O tańczącym Bogu

(Malarz nieznany ze szkoły italo-bizantyjskiej, przyp. Emanuele Lampardo, XVI-XVII w., Museo Regionale di Palazzo Bellomo, Syrakuzy)

Mimo zachłanności, z całego muzeum zostają mi tylko te obrazy, bo po raz pierwszy widzę tańczącego Boga, który cieszy się, że stworzył takie piękne rzeczy.

Ten koncept mógł się narodzić jedynie na Wyspie.


O zbawieniu

Przyszliśmy za wcześnie. Ich trzech na razie zasiadło razem do rodzinnej kolacji. Stary Salvatore, właściciel, tego wieczoru będzie śpiewał Dziecku o tym, żeby jadło makaron. Kelner po pięćdziesiątce miarkujący uśmiech. Ciemnoskóry kucharz, który za chwilę będzie podawał rodowite sycylijskie dania.

(Spotykamy ich często: malują krzesła przed sezonem, gotują, zmywają. Kelner uśmiecha się do Dziecka).

Taka jest mądrość Wyspy, która każdemu rodzi pomarańcze: że się jest na tym miejscu wyłącznie na chwilę, nadchodzą Grecy, nadciągają Fenicjanie, Rzymianie, Arabowie, Normanowie, hałaśliwa mieszanka ludów i języków, żeby nie wspomnieć desantu amerykańskich żołnierzy. Na pontonach przybijają nowi. Któregoś dnia też staną się Wyspiarzami. Tego nigdy nie pojmą barbarzyńcy ze stepu, u których po horyzont wszystko tylko ich.

Dlatego też, to Wyspiarze, a nie Polacy, będą zbawieni.

(31.03.2017, Syrakuzy)


Magazyn


Rzeczy martwych lubią być klasyfikowane i segregowane, opisywane ze szczegółami, co do czasu i miejsca, wieku, płci. Boginie na prawo, bogowie na lewo. Każdy grób ma własną gablotkę, co szczęśliwszym bieleją kości w malowanych urnach.

Przeczytałem wczoraj wiersz nieznanego Greka z pytaniem, o to co po nas pozostanie w podręcznikach historii. W magazynie.

(01.04.2017, Syrakuzy)


O lataniu

Kiedy robiłem rezerwację, wybrałem hotel w pobliżu lotniska, ale kiedy pani wręczyła mi kluczyk poczułem się nieswojo. Nasz mały domek przy pasie startowym, z boeingami kołującymi w ubikacji.

Cio to? - pyta Dziecko i zaraz zasypia, nie czekając odpowiedzi, że to samolot. Może się domyśla. Nadchodzi pora odlotu z ciepłych krajów.

(01.04.2017, lotnisko w Katanii)

 

Trzecia podróż na Wyspę (2)

 

Odyseja 


Fiat pięćset el to nie jest łódź, ale płynęliśmy wąskimi uliczkami miasteczek, gdzie wszyscy zatrzymywali się i rozmawiali ze sobą albo wychodzili po bułkę albo stawali po prostu, żeby odpocząć (SS 114). To ciągłe hamowanie: nigdy nie można dotrzeć do celu, chociaż teraz uliczka Ulissesa prowadziła do mitu, tak jak powinna (tutaj).

Na to rozżarł się jeszcze srożej Kyklop srogi:
Sam czub wyniosłej góry urwał; cisnął skałą,
Lecz dalej poza okręt padła — szło o mało (...)

Tak byliśmy na miejscu. Nawet jeśli Ulisses okazuje się Janem Chrzcicielem.

Światło

"Czerwony księżyc" jest o rzut kamieniem od skał ciskanych przez Cyklopa. Rybacy mówią tu w języku jeszcze bardziej obcym, mają ogorzałą skórę i akurat rozmawiają o Dziecku. Pijemy południową kawę w białym słońcu, co prześwietla zdjęcia.

(29.03.2017, Acitrezza)

O podróżowaniu

Podróżowanie z dzieckiem to całkiem inne podróżowanie. Wbrew pozorom jeździ się bardziej samotnie. To dwie podróże, a może nawet i trzy. Wspólny dziennik zarzuciliśmy dwa wyjazdy temu - jeśli coś zapisujemy to postępy Dziecka. Wspólnych zdjęć jak na lekarstwo. Prawdopodobnie nawet oglądamy co innego, ale nie ma czasu sobie o tym opowiadać.

O porankach

Siódma trzydzieści. Włoskie miasta o tej porze są prawie bezludne: nigdy ich takimi nie zdołałem obejrzeć, a teraz proszę. Urzędnicy przychodzą po espresso do tej pierwszej czynnej. Łudzące podobieństwo widzę w ich poranku. Śniła mi się dzisiaj zresztą N. z mojej kawiarni.

Wielka Grecja

Jesteśmy w pępku. Tu na żółtej Ortygii, na najpiękniejszym placu katedralnym (tutaj), który Dziecko wybrało - nie bez naszej premedytacji - na swój plac zabaw, tu zaczyna się całe nieszczęście wielkości. Grecja jest pierwsza, potem będą kolejne państwa, tyrani, wojny, alarmy bombowe, czystki etniczne i mapy z pretensją.

Chwila spokoju teraz. Dziecko depcze po stuleciach.

Jarosław. Panny z Wilka

Jarosław nie wychodzi z hotelu. Statek z Józiem się spóźnia (tutaj). Zamyka się w pokoju i pisze. Literatura rodzi się z niespełnienia.

Hotel Jarosława jest, jak pół miasta, w remoncie. Chodzimy po rozjaśnionych zaułkach, gorących marmurach, oddychamy solą. Nie przychodzą statki z Trypolisu. Szukamy natchnienia. Nie ma, nie ma - powtarza Dziecko.

(30.03.2017, Syrakuzy)

Lewkonie


Pewnego lata Jo. wybrała się w objazd po hipsterskich knajpach, poszukując Berlina w egzotycznej Polsce i wszędzie było tak samo, nawet w Suwałkach: podawano sojowe latte, które po pewnym czasie nabierało kompleksowości (tutaj). I wyobraźcie sobie, że przyjechaliśmy do rybackiej wioski na sam kraniec kontynentu, ten róg, który się wcina w morze i tam, na pięknym placyku, zasiedliśmy przy pachnących lewkoniach (tutaj), razem z chińską rodziną i francuską parą, a brodaty kelner przyniósł nam menu. A w nim były: wegański burger, bezglutenowa szarlotka i sojowa latte.

Wszędzie jest tak samo.

(30.03.2017, Marzamemi)

  

wtorek, 04 kwietnia 2017
Trzecia podróż na Wyspę (1)

 

Fotografie 

Taormina to jest miasto z epoki, kiedy na walizkach jeszcze widniały nalepki z hoteli. Pan pisarz z milady popija absynt z widokiem na lazur. Pan fotograf poluje na młode Sycylijki i Sycylijczyków, aby pozowali nago.

Tak - sam się dziwię - Dionizos von Gloeden (tutaj) wciąż jest obecny w tym mieście, chociaż A. twierdzi, że pani w sklepiku była zawstydzona, sprzedając mi kartki z jego aktami.

Jarosław. Ogród


W jednym z listów, nie pamiętam których i do kogo, jest takie zabawne wspomnienie, że nagle w Villa Comunale, zza krzaków wyskakuje Jarosławowi któryś warszawski znajomy. Idziemy do ogrodu po śladach Jarosława (skoro jest tu von Gloeden i Sofia Loren, to czemu nie miałoby być również jego?)

Najtrudniejsze w chodzeniu po śladach okazuje się przekonanie Dziecka, że ławka przy wejściu nie jest tą jedyną.

Etiuda rewolucyjna


Spełnienie marzeń najzagorzalszych rewolucjonistów: na każdym balkonie co najmniej dwie odcięte głowy uśmiechają się smutno i puszczają pędy.

(26.03.2017, Taormina)

Widok na Etnę (1)

Nadchodzą ludzie. Straszny niepokój udziela się szpakom z greckiego teatru z widokiem na Etnę.


Król

Król karmelków w Trapani (tutaj) był co najwyżej zwykłym samozwańcem. Co innego, Roberto, król cannoli, któremu plenipotencji udzielił sam Bill Clinton.

- Patrzcie - czaruje Roberto kolejną wycieczkę - to Dziecko przyjechało aż z Polski, żeby jeść moje cannoli. Ale to nieprawda, sami je zjadamy, po kryjomu częstując Dziecko bułeczką.

(27.03.2017, Taormina)

Widok na Etnę (2)

Smutna restauratorka tęsknie spogląda na amerykańskich turystów pałaszujących owoce morza z widokiem na Etnę. Marzy by być taka jak oni i móc raz na zawsze zjechać autobusem z góry. Wyciąga różowy telefon i opisuje swoje życie na progu. To jak uwijają się kelnerzy, to jak mąż zbiera zamówienia.

Zwierzęta


Jak wiecie ustalenie czy miasto jest kocie czy psie to jest dla A. i autora bloga rzecz najzupełniej fundamentalna nad Morzem Śródziemnym (tutaj). Taorminy nie możemy rozgryźć. Dopiero kiedy schodzimy ścieżką z Castelmoli odkrywamy, gdzie ukrywają się koty.

Na tej kociej ścieżce jesteśmy my z wózkiem, one i Niemcy. Niemcy (tudzież inni Germanie) zawsze wybierają stromą drogę pod górę.

(27.03.2017, Castelmola)

Kamienie

Kiedy dotarliśmy nad morze, Dziecko postanowiło zagarnąć wszystkie kamienie świata, poczynając od tych tutaj na plaży. Liczenie do nieskończoności to jest bardzo trudna sztuka.

Pokazywaliśmy muszelki, przekonywaliśmy, że te tutaj nie są odpowiednio szlachetne - Dziecko mówiło nie i zbierało dalej. Gdybym wszedł wtedy w kurtce do morza, to bym się utopił, tak mi wypchało nimi kieszenie.

(28.03.2017, Mazzaro)

  

sobota, 04 lutego 2017
Kostas Hatziantoniou, Agrigento, Książkowe Klimaty 2014

 

Gdyby to była książka o Abruzji, Lombardii albo Sardynii, rzuciłbym ją po dwóch rozdziałach. Ale jest o Wyspie i to jedyny powód, jaki znalazłem, żeby ją dokończyć.

Liczy sobie około czterystu dwudziestu stron, z czego sama fabuła zajmuje jakieś trzydzieści. Wiele można byłoby wybaczyć, gdyby okazało się, że fabuła jest czymś zachwycającym. Tymczasem te trzydzieści stron to w skrócie dziejący się przez kilka dni odcinek telenoweli. Reszta to dodatki, na które składają się: opisy atrakcji turystycznych pisane jak na zamówienie (oto na przykład jedna z bohaterek przyjeżdża do Palermo i wybiera się na wieczorny spacerek. Narrator opisuje, co bohaterka widzi, ile kaplic liczy dany kościół i co przedstawiają mozaiki, a że sam tamtędy spacerowałem, dobrze wiem, że bohaterka robi kolejne kilometry, po to by sprostać wymogom autora a w hotelu nie poczuje nóg); fragmenty powieści historycznej pisanej przez innego bohatera, która przywodzi autorowi bloga na myśl jego nieletnią powieść o upadku Atlantydy (fragmenty zaznaczono kursywą, można spokojnie pominąć); zlepki słów z wyraźną radością wytwarzane przez Kostasa Hatziantoniou - po pewnym czasie postanowiłem co smakowitsze wynotowywać:

on był ogniem a ona świecą albo miasto błyszczy jak kobieta, która obudziła się radosna, nasycona miłością albo wiszące na ścianie lustro niczym szklana kula opowiadało o wakacjach albo napięte struny jej duszy były bliskie pęknięcia albo niebo wypuściło krople ze swej ołowianej głębi, itd.

Przyznajcie mi rację: dawno nie miałem do czynienia z czymś tak złym.

 

środa, 21 grudnia 2016
Dziennik. Odyseja

 

(Samuel Butler, The Authorres of the Odyssey, 1897, źródło: libreriainternazionaleilmare.blogspot.com)

 

Często wracam do tego rozróżnienia, które proponuje Tischner. Abraham, którego uwodzi nadzieja i Odys, który kieruje się tęsknotą. Bardzo długo, lata, sądziłem, że jestem Abrahamem, ale teraz coraz częściej czuję się Odysem.

Odys jest tylko figurą, którą bawią się bogowie a fatum obraca w palcach.

Dzięki M. i J. pilnie studiuję mapy Śródziemnomorza, na których ktoś wykreślał żeglugę do Itaki. Różnią się rodzajem tęsknoty. Samuel Butler uważał, że osią tej historii jest Wyspa i fale dookoła niej unoszą naszego bohatera, ale to tylko jedna z możliwości. Przyznam: piękna.

A może koniec końców trafia do McDonalda? (21.12.2016)



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11