Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl

Wpisy z tagiem: film

wtorek, 29 stycznia 2019
The Keepers

 


(Archbishop Keough High School w Baltimore, (c) Archidiecezja Baltimore, źródło: flickr.com)

 

Wbrew pozorom dokumentalny serial "Netflixa" i Proust mają ze sobą coś wspólnego: w obu kluczowa jest kwestia tego, jak i co pamiętamy. Osią fabuły "The Keepers" są bowiem odzyskane wspomnienia niejakiej Jane Doe, to na ich podstawie budowane są kolejne przypuszczenia i wątki. Zarzut ich niewiarygodności reżyserzy serialu odpierają - w mało elegancki sposób - podważając kompetencje eksperta, na podstawie opinii którego sąd na początku lat 90. nie uwierzył Jane Doe.

Tymczasem dyskusja o odzyskanych wspomnieniach wcale nie jest łatwa (por. tutaj). Lata dziewięćdziesiąte to przecież nie tylko Jane Doe, ale i Fallon Carrington z "Dynastii", która przypomina sobie porwanie przez UFO. Dowód jest wystarczający dla opery mydlanej, ale czy na pewno dla serialu dokumentalnego?

Kłopot w tym, że gdy poznajemy Jane Doe, wydaje się ona średnio wiarygodną ofiarą religijnej neurozy. W gruncie rzeczy jej odzyskane wspomnienia szkodzą samemu poszukiwaniu prawdy o zabójstwie zakonnicy Cathy Cesnik  i wykorzystywaniu uczennic przez ojca Maskella w katolickiej szkole w Baltimore, naprowadzając śledztwo w ślepe uliczki. Może dlatego autorom umykają rzeczy, wydawać się może, kluczowe (kto jako jedyny miał najjaśniejszy motyw zabójstwa?), zamiast tego skupiają się na zamazanych obrazach ze wspomnień Jane Doe.

Niespodziewany ostatni odcinek zamienia się w publicystykę. Nie przybliża nas to w żaden sposób do tajemnicy zabójstwa, natomiast bardzo ostro uderza w amerykański Kościół. Szkoda jedynie, że robi to w tak mało profesjonalny sposób.

 

czwartek, 04 października 2018
Kler

 

 

 

Chcę prezydenta a dają mi jakiegoś wicepremiera
(abp Mordowicz)

 

(Spojlery) W "Klerze" nie ma nic bluźnierczego i nic antyreligijnego. Widziałem zawód na wielu twarzach osób wychodzących z kina. Antyklerykalizm nie ma nic wspólnego ze zwalczaniem religii, ba, bardzo pomaga religię oczyścić, wydobyć z niej to, co najważniejsze.

Wbrew różnym opiniom odbieram ten film właśnie jako film religijny, przyjrzyjmy się detalom: ksiądz Trybus nawraca się dzięki Maryi, obrazkowi Matki Boskiej Karmiącej; Oko Opatrzności, które pojawia się w ostatniej scenie stoi po stronie (przegranej?) prawdy, nie biskupiej hipokryzji.

Nie ma też w tym filmie nic, czego już nie wiemy. Oczywiście film podaje nam ową wiedzę w skondensowanej fabule, ale fakty już znamy, od wielu lat: Tochman o Tylawie, siostra Bernadetta, reportaże Overbeeka. Jeśli chodzi o biskupią hipokryzję warto przeczytać tom kazań wydawnictwa "Biały Kruk" (tutaj), w którym narodowa megalomania, mesjanizm i poglądy rodem ze średniowiecza łączą się w homiliach zupełnie pozbawionych Ewangelii. Smarzowski zbiera to wszystko w jednym obrazie, żebyśmy nie zapomnieli.

Kogo to szokuje? Chyba najbardziej uderza w układ zawarty pomiędzy Kościołem a Partią. To najbardziej boli. A każda odsłona ataku na film okazuje się tylko potwierdzać tezy reżysera. Co więcej, na miejscu rozeźlonych propagandystów i polityków, nie rzucałbym bezmyślnie fraz tylko świnie siedzą w kinie ani nie powielał plakatu z Janem Pawłem II w miejscu Mordowicza. Po obejrzeniu filmu od razu czuć w tym pewną dwuznaczność, ba, nie wiem, czy niechcący plakat z papieżem nie mówi więcej niż film.

Odpowiedzią Partii, o czym pisałem w "Jesieni", jest przypominanie kościelnych zasług. Traf chciał, że premiera filmu zbiegła się w czasie z wyrzuceniem ze stanu kapłańskiego chilijskiego księdza Cristiana Prechta, wybitnego obrońcy praw człowieka, jednego z twórców Wikariatu Solidarności (w miejscu Popiełuszki na wiadomym plakacie), a jednocześnie sprawcy przestępstw seksualnych. Nic do rzeczy nie miały cnoty w życiorysie.

Oglądam "Kler" zastanawiając się nad pytaniem What Jesus would do? W porównaniu z ciągłymi - jakby to powiedziała partyjna propaganda - wściekłymi i odrażającymi atakami Jezusa na ówczesnych przedstawicieli kleru i to kleru powiązanego z okupacyjną władzą, parabola o czterech kapłanach (tak określmy "Kler") nie wydaje się zbyt bezwzględna. Każdy z nich zbłądził, ale nikt nie został ostatecznie potępiony.

 

poniedziałek, 27 lutego 2017
Szwedzka teoria miłości

 

 

1.

Grupy młodych Szwedów ukrywają się po lasach, aby móc swobodnie okazywać sobie uczucia i dotykać się nawzajem, próbując uciec od przymusu niezależności - kiedy oglądam tę scenę mam poczucie absurdu, jakby ten fragment reżyser żywcem wyjął, z któregoś ze skeczy "Latającego cyrku", ale nie, to jest dokument. To chyba ta scena czyni mnie nieprzekonanym.

2.

Szwedzka rodzina kojarzy mi się momentalnie z pastelowymi obrazkami Carla Larssona albo z sielankową opowieścią o Bullerbyn. Zresztą przebitka na czarno-białe filmiki o tym, jak było dawniej, opowiada właśnie o tym: o poważnych rodzicach i gromadce blond dziatek nad poranną owsianką. Podejrzenia, że coś jest nie tak rozbudzały już wcześniejsze lektury: "Polski hydraulik" Zaremby (tutaj) czy "W Lesie Wiedeńskim..." Asbrink (tutaj).

3.

Nie wiem, czemu nie podchwyciły tego prawicowe media. Zresztą może podchwyciły, ale nie doczytałem: to prawdziwa udręka usiłować przeczytać coś w tej mieszaninie jadu i manipulacji (a o Szwecji akurat piszą dużo i źle). "Szwedzka teoria miłości" opowiada o socjaldemokratycznej utopii, wśród której twórców jest sam Olof Palme. Jak każda utopia, ta też chciała zmienić społeczeństwo. Daleko jej do krwawych utopii komunistów, założenie było proste: dajmy ludziom niezależność, zupełną wolność od innych, autonomię. Jakiś głos w filmie co pewien czas powtarza złowieszczo te słowa klucze.

4.

Okazuje się, że człowiek pozbawiony więzi, jednostka samodzielna i autonomiczna, staje się jednostką nieszczęśliwą. Szczęście tkwi w relacjach. Zygmunt Bauman, który komentuje fabułę w ostatnich minutach filmu, podkreśla, że szczęście nie oznacza życia bez problemów. Temu, komu owe spostrzeżenia wydają się banalne, należy podpowiedzieć, że są one wnioskiem z czterdziestu lat inżynierii społecznej, która Szwedów zamieniła w smutnych odludków.

5.

O tym akurat piszą prawicowe media (chciałem napisać szczujnie): o napływie imigrantów do Szwecji. Nie, że jest im zimno, bo klimat. Jest im zimno, bo żyli w świecie, w którym relacje ludzkie wyglądały zupełnie inaczej, tak jak w Szwecji, zanim ktoś wpadł na pomysł uniezależnienia ludzi od siebie. Zresztą pada w tym filmie pytanie o to, kto od kogo ma się uczyć wartości. A odpowiedź na nie wcale nie jest łatwa.

Słowa klucze: milion koron, dzida, plemniki

4,0/3,5

 

(źródło: filmweb.pl)

niedziela, 19 lutego 2017
Manchester by the Sea

 

 

Rzadko zdarza mi się powiedzieć o jakimś filmie (zwłaszcza teraz, gdy rzadziej je oglądam), że jest wybitny. W "Manchester by the Sea" (myślałem początkowo, wybaczcie ignorancję, że toczy się on w tym zwyczajnym Manchesterze, a nie w Massachusetts, ale sprawdziłem - kierownice mieli po właściwej stronie) wszystko pasuje: poetyckie zdjęcia, dobrana muzyka (wyjątkowo dużo Haendla), przekonująca gra, scenariusz. A. wróciła przygnębiona, oczekiwałem więc, że u mnie będzie podobnie, ale nie - według mnie film pozostawia przestrzeń między widzem a fabułą, choć wywołuje ogromne emocje.

O wybitności świadczy również to, że można odczytywać go na wiele sposobów: jako opowieść o relacjach rodzinnych, o winie i karze albo o syndromie stresu pourazowego. Dla mnie - z racji ostatnich przemyśleń nad Opatrznością - wydaje się być filmem religijnym, stawiającym przed widzem fundamentalne pytania i niedającym żadnych odpowiedzi. Nie bez znaczenia jest to, że społeczność, w której dzieje się akcja "Manchesteru", to katolicy: zaznaczają to jedna czy dwie sceny, ale dzięki temu do opisu zdarzeń możemy zastosować ten sam język religijny.

Pokrótce - przypowieść o Lee Chandlerze jest historią o Opatrzności, która, z niewiadomych dla bohaterów przyczyn, nie czuwała nad nimi. A ten Haendel to jak na ironię.

Słowa klucze: mrożony kurczak, silnik do łodzi, mewy, Jowisz

4,5/5,0

 

(źródło: cineavatar.it)

środa, 15 lutego 2017
Toni Erdmann

 

 

To przeraźliwie smutny film o samotności, właściwie o dwóch samotnościach, różnych od siebie i nie mogących znaleźć żadnej wspólnej części. Nawet, kiedy pojawia się śmiech, a pojawia się często zwłaszcza w trzeciej godzinie filmu, to jest to gorzki śmiech. Ten smutek trwa długo a zdaniem i A., i moim, chyba za długo, bo żeby dojść do dość banalnego wniosku, że życie przepływa przez palce a dzieci rosną i odchodzą, wystarczyłoby półtorej godziny, nie prawie trzy.

Samotność ojca-emeryta, którą on usiłuje pokonać mniej lub bardziej nieudanymi żartami; samotność córki-międzynarodowej konsultantki, której życie toczy się między spotkaniami, prezentacjami oraz kokainą i seksem dla rozluźnienia: w kategorii najgorsze sceny erotyczne „Toni Erdmann” z zielonym ciasteczkiem staje na podium. Samotność, jak się okazuje w ostatnim dialogu, nie do przezwyciężenia. A gdzie tu sens życia, czymkolwiek on jest?

Ale ten film można potraktować też inaczej: jako krytykę systemu negującego wartość osoby (to, co mówi Franciszek!); kapitalizmu, który alienuje coraz bardziej na poziomie społeczeństw i jednostek. Na oddzielną rozprawkę zasługiwałby temat: „Rumunia w oczach Zachodu”. Biedne podwórka z umorusanymi dziećmi, ulegli i podlegli pracownicy z ambicjami, nocne kluby ze striptizem. Gdyby akcja „Toni Erdmann” toczyła się w Warszawie, występowałaby już reduta obrony narodu czy jak to się tam nazywa a dziennik telewizyjny poświęciłby tej niemiecko-austriackiej prowokacji cały materiał. Rumuni za to znoszą to cierpliwie: dyrektor Iliescu z „Toni Erdmann” to przecież komendant policji z „Egzaminu”.

Słowa klucze: pisanki, sztuczne zęby, mały palec u nogi

3,0/3,0

 

(źródło: filmweb.pl)

niedziela, 05 lutego 2017
Egzamin

 

 

Idź na ten film, namawiała mnie A., więc poszedłem. Błąd, to znaczy film bardzo dobry, trochę Kafka, trochę Ibsen, ale nie dzisiaj, gdy na głowę spadają tobie dodatkowo - prócz własnych telefonów - nieodebrane połączenia doktora Romeo Aldei.

W czasach, w których władza marzy o filmach o Polsce, dla Polski i za Polskę, powtarzam: najlepsze filmy rumuńskie są w gruncie rzeczy "antyrumuńskie", podobnie jak irańskie - "antyirańskie", itd. "Egzamin" jest tak "antyrumuński", że wychodząc z kina, zastanawiałem się, czy ta Rumunia nie jest nazbyt przerysowana. (To, po Hercie Mueller, druga rumuńska pozycja w moim tegorocznym repertuarze i mój lubelski spleen jawi się przy nich obu jako leciutka melancholijka).

W największym skrócie "Egzamin" opowiada o tym, że bycie uczciwym w małym(?) rumuńskim miasteczku jest niemożliwością. Że uczciwi na zawsze pracują jako szkolne bibliotekarki i mieszkają w obrzydliwych blokowiskach, na których nawet nie zagościła pasteloza. Że jedyną szansą, aby nie zmarnować życia jest ucieczka, ucieczka od cierpienia, za granicę, do wymarzonej (w filmie wymarzonej przez rodziców dla córki jedynaczki) Europy.

Słowa klucze: woda źródlana z lidla, dzwonek komórki, bezdomne psy

4,0/3,5

 

(źródło: filmweb.pl)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 63