2017: 69 książek - 2016: 75 książek - 2015: 78 książek - 2014: 89 książek - 2013: 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl

Wpisy z tagiem: Polacy

środa, 09 maja 2018
Zygmunt Klukowski, Zamojszczyzna 1918-1959, Karta 2017

 


(Widok Szczebrzeszyna na początku XX w., źródło: http://shtetlroutes.eu)

  

Podręczniki do historii zawsze kłamią, powtarzam to swoim studentom, tym nielicznym, którzy nie wychodzą w trakcie przerwy, udając, że to wcale nie oni. Jeśli więc historia ma być nauczycielką życia, potrzebne są bezpośrednie relacje, dowody na istnienie. Tylko w ten sposób można zwalczyć złudne idee. Tom Klukowskiego jest w tym zakresie dziełem bezcenny.

Historia pisana z perspektywy Szczebrzeszyna jest inna niż ta warszawska, mniej patetyczna, bardziej okrutna. Nie poddaje się dyktaturze jednoznaczności. Opowieść o wielkich Polakach staje się opowieścią o ludzkim losie, w którym bohaterstwo miesza się ze zdradą, a czyny wspaniałe z czynami podłymi. Historia widziana w ten sposób nie nadaje się do budowania pomników, za to pozwala zobaczyć to, czego autorzy podręczników pokazać nie chcą. Zwyczajność życia i śmierci.

Spróbujmy z Zygmuntem Klukowskim przyjrzeć się historii przez pryzmat dzisiejszych mitów (wspaniałość II Rzeczypospolitej, największe drzewo w Yad Vashem, którego wciąż nie ma):

Za trumnami szły wielkie tłumy ludzi. Rzucał się w oczy zupełny brak księży. Okazało się, że w całym Zamościu nie było ani jednego księdza, czy to cywila, czy kapelana wojskowego. Wszyscy zwiali przed bolszewikami, bez skrupułów porzucając swoich wiernych parafian (s. 18).

W którymś roku sprowadzono z zagranicy jakieś nowe ogromne maszyny do tartaku. Okazało się, że na ustawienie tych maszyn tartak się nie nadaje, zaczęto go przerabiać, dostosowywać, a maszyny stały na dworze i psuły się. I w rezultacie nic z tego nie wyszło, a koszty związane z tą imprezą wynosiły miliony złotych (s. 46).

Paragraf aryjski został uchwalony niemal jednogłośnie, bo zaledwie około sześciu delegatów głosowało przeciw niemu (...) Nie pozwalano wypowiedzieć się tym kolegom, których wywody nie odpowiadały intencjom fanatycznego antysemickiego ogółu (s. 110).

W 1938 roku na dobre rozszalała się akcja tępienia prawosławia (...) [Starosta] zaprosił mnie zaraz do starostwa i w swoim służbowym gabinecie w bardzo serdecznej i poufnej rozmowie zaczął szeroko rozwodzić się nad koniecznością zwalczania prawosławia, wskazał na otrzymywane okólniki i instrukcje urzędowe (s. 113-114).

Zaczęto od szykanowania w najrozmaitszy sposób. Od wszystkich urzędów i instytucji samorządowych zażądano spisu prawosławnych i Ukraińców i stopniowo usuwano ich z posad, niezależenie od kwalifikacji (...) rejenci mieli wyraźne polecenie, by nie dopuszczać do nabywania nieruchomości przez nie-Polaków. W kilku miejscowościach odpowiednio nastawiona ludność rozebrała, rzekomo samorzutnie, drewniane cerkwie prawosławne (s. 118).

7 września. Ewakuują z Warszawy ministerstwa. Dygnitarze z rodzinami, ministrowie, wyżsi wojskowi, korpus dyplomatyczny - wszyscy pędzą na wschód i na południe. Przy wielu samochodach chorągiewki państwowe. Ucieka elita, wnosząc niesłychane zamieszanie, graniczące z paniką (s. 136).

21 września. Piękne limuzyny, niektóre jeszcze lśniące, a przeważnie celowo niemyte lub nawet całe wysmarowane gliną dla zamaskowania przed okiem nieprzyjacielskich lotników, najczęściej ze znakami rejestracyjnymi Warszawy, przeładowane były uciekającymi i ich rzeczami. Niezwykle przykre wrażenie sprawiał widok stosunkowo dużej liczby oficerów wyższych szarż uciekających razem z rodzinami (s. 143).

6 grudnia [1939]. Niestety, nawet sami Niemcy przyznają, że broń znajdują we wsiach najczęściej wskutek donosów rozmaitych kolegów, sąsiadów (s. 180).

17 grudnia [1939]. Ludzie się łudzą na różne sposoby. Jedni wierzyli w przepowiednie św. Andrzeja Boboli, że niewola trwać będzie 101 dni, i obliczali dzień wyzwolenia na 8 grudnia, inni znów entuzjazmowali się opowiadaniami o tym, jak Matka Boska na cudownym obrazie w Częstochowie rozłożyła ręce i na dłoniach można było wyraźnie wyczytać datę 12 grudnia (s. 183).

11 stycznia [1940]. Wezwano mnie dzisiaj do chorego Żyda z odmrożonymi stopami. Jechał z Warszawy koleją z zakupionym towarem. Opowiadał z płaczem, jak jeszcze na dworcu w Warszawie wyrzucili go z wagonu pasażerowie Polacy, zabierając część towaru (...) Metody niemieckie znajdują grunt w niektórych sferach społeczeństwa polskiego (s. 189).

19 lutego [1940]. Nigdy nie przypuszczałem, że szerokie warstwy ludności polskiej są tak słabego ducha i tak dalece pozbawione godności osobistej i narodowej. Z wyjazdem na roboty do Niemiec dzieją się rzeczy nieoczekiwane. Ludzie zgłaszają się dobrowolnie, nieraz całymi rodzinami (s. 196).

17 lipca [1940]. Całej brance [łapance Żydów] przyglądało się dużo ludności polskiej. Na wielu twarzach nie było znać najmniejszego współczucia, przeciwnie śmiano się i dowcipkowano (s. 221).

12 sierpnia [1940]. Zaczęła się obława [na Żydów] na mieście i w pobliskich wsiach. Brali w niej udział oprócz policji i dwóch milicjantów dość liczni obywatele miasta na ochotnika, z burmistrzem Boruckim na czele (s. 226).

Podobnie ma się sprawa z żołnierzami wyklętymi (oczywiście tak nienazywanymi). Klukowski, sam oficer Armii Krajowej, opisuje postępującą demoralizację: ostatecznie giną przypadkowi ludzie, bandyci pozują na bohaterów, a niegdysiejsi bohaterowie zajmują się bandyterką. Oddział opiewanego przez dzisiejszych historyków Dekutowskiego morduje czteroletniego chłopca tylko dlatego, że jego ojciec służył nowej władzy. Nie, nie ma tu heroizmu, jest brutalna wojna, która nie chce się skończyć.

Cóż o niej mogą wiedzieć ci młodzieniaszkowie w odzieży patriotycznej? 

 

niedziela, 11 lutego 2018
Paweł Brykczyński, Gotowi na przemoc, Krytyka Polityczna 2017

 

(Zdzisław Mrożewski w roli prezydenta Gabriela Narutowicza, "Śmierć prezydenta", 1977, reż. Jerzy Kawalerowicz, źródło: nina.gov.pl)

 

5 lutego, samolot do Madrytu:

To nie jest Europa (...) Ci ludzie lepiej się czuli pod tymi, kto karki im deptał i bił po pysku (Piłsudski o polskiej prawicy, s. 92).

Analiza Brykczyńskiego właśnie dzisiaj wydaje się być fundamentalną. Lepiej niż odniesienia do Marca 1968 r. pozwala dokonać wiwisekcji umysłów rozmaitych ziemkiewiczów, księży zielińskich, tudzież setek anonimowych komentatorów ostatnich wydarzeń.

Oficjalnie sposób myślenia polityków umiarkowanej prawicy odnosi się bowiem do narodu politycznego. To owa mityczna Polska jagiellońska, w której każdy, kto do niej się poczuwa, ma równe prawa. Jest to koncepcja Piłsudskiego stojąca w sprzeczności z tradycyjnym sposobem myślenia prawicowego Polaka, który - za Dmowskim - naród postrzega w kategoriach czysto etnicznych. U samego początku analizy tego, co się dzieje, mamy więc paradoks.

Być może retoryka rządzących była do pewnego momentu ograniczana - znienawidzoną przez sieci i do rzeczy - polityczną poprawnością, traktowaną na sposób pragmatyczny. Ba, być może część polityków, ta bardziej konserwatywna niż narodowa, koncept narodu państwowego uznała za swój.

Niemniej dla większości wyborców, dla sporej części "elit pamięci", którym powierzono rolę mitopisarzy, wreszcie dla wspomnianej powyżej prawicowej prasy, idea katolickiego narodu polskiego w jasny sposób jest ideą etniczną. Ustawa o IPN stała się sposobnością, aby ten język narodowej ekskluzywności odczarować. Wrócił, a właściwie ujawnił się, on według tych samych wzorców, które funkcjonowały sto lat temu, gdy prawicowa nagonka doprowadziła do zabójstwa pierwszego prezydenta niepodległej Polski (ach, i ten endecki działacz krzyczący z sejmowej widowni, w dniu zaprzysiężenia Król żydowski! - lekkość stosunku do własnej rzekomej religii nie przestaje mnie u tych ludzi zdumiewać), jak i pięćdziesiąt lat temu.

Jest w tej dusznej atmosferze Lutego 2018 jednak coś oczyszczającego. Stanęliśmy przed lustrem - wydawało się nam, że ujrzymy w nim najpiękniejszą na świecie twarz (tak sobie lubimy wmawiać, zapamiętajcie: brakuje jednego drzewa!) - a dostrzegliśmy znajomą twarz ze starych zdjęć, o których ciągle chcemy zapomnieć. Nie musimy już dłużej udawać.

  

środa, 31 stycznia 2018
Coś na kształt dziennika ze stycznia 2018 roku

 


(Zima w Central Parku, październik 2017, źródło: www.facebook.com/SnappingNewYork)

 

1. Dziwna euforia u autora bloga utrzymuje się do zmierzchu. Dopiero potem nowy rok, stare rytuały. 2. Łatwiej ci było z peruką - mówi W. - łatwiej udawać, że to nie ty, taki zadowolony. W miejscu fontanny trzy ponure choinki. 3. Zaczyna padać, intensywnie i grząsko. Zachmurzenie całkowite. Pod drzwiami sanki czekają na jakąkolwiek zimę. Zima ponoć w Nowej Anglii. 4. Stare rytuały. Popołudniu znów deszcz. Zima w Nowej Anglii trwa. 5. Bardzo trudno jest nadawać znaczenie poszczególnym dniom, żeby nie uciekły. Policz do pięciu. Uspokój się. 6. Dzień jednego wiersza. W tym roku wyjątkowo - nieprzeczytanego i nieprzytoczonego. 7. Dzieciństwo w czasie dojrzałego neoliberalizmu - po pytaniu czemu? weszliśmy w okres pytania: gdzie kupione? (...) To co nam się wydawało małym życiem było chyba właśnie życiem wielkim. A w każdym razie życiem właściwym, po prostu życiem (J.I., s. 108) (...) nikt nie zauważa twojej cyfrowej nieobecności. po prostu cię nie ma: tej zimy, kiedy nie ma śniegu - poza Nową Anglią - i ciemność rano, ciemność wieczorem. (...) nikt cię nie szuka a więc nie będziesz odnaleziony (z żali nastoletniego autora bloga) (...) W sensie relacji erotycznej była to miłość podwójnie zakazana i nieakceptowana nawet przez otoczenie (Wiesio i Jarosław, s. 276) (...) Obydwoje byli w gruncie rzeczy szczęśliwi. Mieli swoje kino w jesienne wieczory, wracali razem przez wietnamską restaurację w pawilonach (golonka w słodkim sosie - on jadł), on czytał książki w haemie, gdy ona buszowała. Tak byli szczęśliwi, wtedy, dawno. 12. Dż. opowiada o szczęśliwych kobietach z Podkarpacia, które rozmawiają o kanapkach z domowego chleba, które szykują dla swoich mężów. (...) skoro w zapisywaniu życia chodziło o coś niezwykłego, a ono jest aż do porzygania zwyczajne, pełne pustych rytuałów, to po co jeszcze cokolwiek zapisywać. 14. pojedziemy szukać śniegu - obiecuję Dziecku - daleko, daleko. Nawet do Nowej Anglii. 15. Rzeczy, które robimy razem: spadł na nas człowiek w metrze, na schodach ruchomych. Kolejny początek powieści albo zawał - pomyślałem sobie - jak tu udzielić pierwszej pomocy? Ale on pijany. Wstał, odwrócił się do A. - mnie nie zauważył - szarmancko przeprosił za brak równowagi./ pierwszy raz ciemnoniebieskie popołudnie, dłuższy dzień. 16. Opowieść o cudzie: modlili się o samochód, był im potrzebny. I oto ktoś im podarował chryslera voyagera (ksiądz opowiedział u kolegi, któremu Bóg buduje dom) / śnieg spadł Dziecku na rzęsy, kiedy jadło obwarzanka. Znaleźliśmy śnieg - mówię - pójdziemy na sanki. Dziecko nigdzie nie chce iść / Niki - to znaczy w słowniku Dziecka nikt albo żaden. Dziennik nikiego - obmyślam podtytuł do tych notatek. 17. Podróż do Olsztyna: na białych polach kolorowe ule. / J. pisze o gilach na śniegu. Tęsknota za nieosiągalnym obrazem. (...) znów dziesięć dni bez zapisywania. był śnieg, nie ma śniegu. dwa seriale. małe wygodne życie, uporządkowane do granic (...) W. pisze do mnie o reklamach kontekstowych na fejsbuku: każdemu pokazują to, na co zasługuje. Dla mnie tępe, plastikowe k..iszony z dmuchanymi cycami, a dla Ciebie wariatkowo (...) w czwartek intensyfikacja ptasiego świergotu: pierwsza oznaka przedwiośnia. jedna z kawek pod piekarnią rano ma białe pióro w ogonie (...) im dłużej mnie tu nie ma, tym bardziej rozumiem, że ten cały zapis, dwanaście lat prawie dzień po dniu był zbędny (...) 27. Pavlova i fioletowe tulipany. 28. To, co było piękne w tej niepięknej zimie - myślę, skacząc po lodowych kałużach pod kościołem - jest oddalone i nierzeczywiste, i mogę za tym tęsknić, ale to tęsknota za życiem urojonym, innym od tego tu i teraz. Fantazjuję więc z pasją równej tej, z jaką niegdyś pisałem bloga (A. miała rację z tym moim uciekaniem do własnego świata!) Ale powiem Wam, że kiedy chcę raptownie pomyśleć o tym, co było piękne w tej niepięknej zimie, to zaraz pojawia mi się jeden obraz: wieczór przed wigilią, wilgoć, orlen w Rykach i kierowcy - w tym ówczesny autor bloga - sikający po krzakach, bo na stacji kolejka pań z autobusu z wycieczką. 29. Tak wiele pudru, opowiadania, że jesteśmy największym drzewem, a w ciągu kilku godzin wszystko wykipiało. To, co skrzętnie ukrywane, wylazło na wierzch z upiorną gębą Ziemkiewicza i Wolskiego, luminarzy współczesnej kultury narodowej, Chominowa spojrzała zza zasłony. Na którymś z obrzydliwych portali, czołowej gazety obecnej władzy, przeczytałem, że są narodem przeklętym, bo ukrzyżowali Jezusa. Polaka. (...)

  

niedziela, 24 grudnia 2017
Dziennik. Trzeci tydzień Adwentu

 


(Hieronim Bosch, Kuszenie św. Antoniego (fragm.), 1510, Muzeum Sztuki Dawnej, Lizbona, źródło: wikimedia.org)

 

Szczęśliwe dni  

Rzadkie w tym Adwencie są szczęśliwe dni. Dzieci spoglądają na gwiazdę, która się rodzi w ciemności. 

Ludzie bez masek gazowych

Ledwo co się wydostałem z okopów tramwajem linii Ypres. Nad tunelem wisiał gaz, król z mieczem urywał się w połowie w żrącej chmurze. Zakaszlałem i przedarłem się przez linię wroga. Po kawę.

Płonące banki i niezręczni doręczyciele

Z okna wysokiej wieży tramwaje są malutkie i świecą pod ciemną spokojną plamą, to jest Saskim. Czekam, aż zapłonie chiński bank. Tyle wina na pożegnaniu T., że nie wiem, czy pójdę na pocztę: kolejna przygoda z doręczycielem, wykłócić się, że paczka nie zginęła, choć nie dotarło awizo.

Próby zamieniania życia w powieść

Ostatnią rzecz, o jaką bym cię posądzał, jest miłość - pierwsze zdania powieści zawsze przychodzą z trudem. Zatrzymuję się na nim. Nigdy nie wiesz, co się z niego rozwinie. Stygmaty na rękach, czy to nie jest czułość?

Prorocze wizje księdza profesora

Arabowie wchodzą do centrów miast - rozejrzałem się nerwowo z kąta za szafą, gdzie stałem. Nigdzie, w zasięgu wzroku, żadnego Araba, uff. Ksiądz profesor doprecyzował: w zachodniej Europie. Uff, po raz drugi, dobrze, że nie u nas. Słuchałem uważnie księdza profesora na spędzie zorganizowanym dla uczczenia urodzin małego Żyda, uchodźcy do Egiptu, dwa tysiące lat temu. Arabowie byli daleko. U nas było bezpiecznie. Pan Prezydent nas strzegł. Pan premier nas strzegł. Pan minister od bezpiecznych granic także. Żadnych Arabów w centrach miast. Ksiądz kończył - księża uwielbiają tak kończyć - Janem Pawłem.

Podróż świecącego balonika

Z tym balonikiem wracaliśmy przez Stare B. Ludzie zatrzymywali nas i pytali, skąd on? Biegły za nami dzieci i psy. Odpowiadałem, że na Krakowskim Przedmieściu dziewczynka z zapałkami sprzedaje baloniki, czekając na śnieg, który nie nadchodzi. (Drgający błysk w ciemnościach, tegoroczne święta).

Droga na Wschód 

Te skrzyżowania dróg prowadzących donikąd.
Ten deszcz, opętało wycieraczki, co za nic nie przypomina śniegu na obrazkach.
Ta dama na stacji benzynowej w Rykach, która każe parkować gdzie indziej.

Oglądajmy choinki w oknach - proponuję M., która siedzi obok - ale nie ma w oknach choinek, nie ma nawet okien, i świąt nie ma. Były, gdy byliśmy mali.

(17-23.12.2017)

 

niedziela, 10 grudnia 2017
Dziennik. Pierwszy tydzień Adwentu

 

 
(W tej szarej poświacie jaśniało ogłoszenie. Liguria z naszej podróży poślubnej, cała w niepolskim świetle, 6.12.2017, źródło: a.b.)

 

Kraków, Kraków 

Od tygodni nic nie było tak intensywne jak ten Kraków w sobotę, i ludzko intensywny, i estetycznie intensywny, i zimowo. Kraków, Kraków. Już samo przejeżdżanie Tunelu jest zmianą, wejściem w inne, w zapamiętane, pełne znaczeń (Kraków, Kraków - te wszystkie chwile zebrane przez lata, nigdy nie dłużej, cała masa pięknych momentów z A. i z czasów przed A.) Ta intensywność powoduje, że pamięć działa zupełnie inaczej: fotograficznie ujmuje scenki, momenty, odczucia - nic nie jest takie, jakie było przez poprzedzające dni. Nawet ten mokry śnieg jest bardziej zimowy, da się rzucać śnieżkami, co czyni M. Ta intensywność jest tak wielka, że o pierwszej trzydzieści w nocy - w domu - Dziecko jeszcze nie śpi. To tej intensywności tak brakuje z dnia na dzień (02.12.2017).

Pojawienie się języka

Wszelakie eksperymenty i teorie można sprawdzić teraz. Noam Chomsky o wrodzonej gramatyce, ulubieni moi Sapir i Whorf. Wypróbowujemy je na Dziecku. Najpierw są rzeczowniki dźwiękonaśladowcze. Zaimki są odkryciem i łączą się z sufiksami: czyta ja, czyta-my. Osiem to jest bardzo wiele. Niedługo czyli bardzo długo. Przeczenie przez przedrostek nie- skracany do ni-/ń-. Szyk przestawny z czasownikiem z przodu. Odruchowe oboczności w deklinacji. Teraz wreszcie pojawiają się nowe pytania. Pytania, które trzeba postawić życiu:

Aki? Emu? (03.12.2017)

Zniknięcie wolności

Tak bardzo po kawałeczku, że nikt za nią nie płacze. Nie kochaliśmy jej za bardzo, nie pasuje do nas, wiecznie niedojrzałego narodu. Potrzebujemy silnej ręki, która chwyci nas i potrząśnie trochę. Kiedy Ojciec rozgniewany siecze - Polacy śpiewają tutaj nie o lęku, ale o największej z możliwych, masochistycznej przyjemności.

Sądy, trybunały, prawa, konstytucje, po co? Byle słodki batog (04.12.2017).

Z Gombrowicza

Wysilasz się lata całe aby być kimś - i czymże się stałeś? Rzeką zdarzeń w teraźniejszości, burzliwym strumieniem faktów, dziejących się teraz, tą zimną chwilą, która przeżywasz i która nie jest w stanie nawiązać do niczego. Odmęt - to tylko jest twoje (s. 262).

Ten fragment to jest uderzenie nagłe. Cios zadany w tramwaju mojej pokrakowskiej ochocie na życie (05.12.2017).

Przejaśnienia na Woli

Wola była ponura tak jak ponura potrafi być Wola. Przynajmniej nie była brzydka jak Bemowo, tylko wilgotnie oblepiona szarością i tym zmęczeniem, przemęczeniem ulic, przystanków, tramwajów. W okolicach świąt ludzie stają się nieznośni, wpadają pod samochody, krzyczą i rozkładają parasole wykłuwając bliźnim oczy. Tramwaj otworzył drzwi:

w tej szarej poświacie jaśniało ogłoszenie. Liguria z naszej podróży poślubnej, cała w niepolskim świetle.

Czarny Roman nie żyje 

Na koniec tego roku, kiedy wszyscy znani masowo umierali - a działo się to tak masowo, że jedna gazeta wydała specjalny dodatek, żeby ich wszystkich pomieścić i spamiętać - wziął i umarł Czarny Roman. W mojej opowieści Czarny Roman pojawia się dopiero wtedy, kiedy mieszkamy już razem z A. na Saskiej Kępie (a ja prowadzę tego bloga) i wymykamy się wieczorami do nescafe koło palmy na przecenione torciki, i peregrynujemy Chmielną, Marszałkowską i Jerozolimskimi, co i raz napotykając Czarnego Romana.

 - Czarny Roman nie żyje - informuję A. - W tym tygodniu go jeszcze widziałam - odpowiada. - Wyglądał przez okno tam, gdzie jest rossmann na dole na Marszałkowskiej (06.12.2017).

O rozmnażaniu

Miałem dzisiaj istotną dyskusję dotyczącą sensu z Kolegą. Otóż, jak się okazało, jego zdaniem, rozmnażanie płciowe jest istotą życia człowieka. Koniec końców radykalny polski katolicyzm (nie mylić z chrześcijaństwem) okazuje się bliski radykalnej biologii. Nieważne: poezja, proza, dramat, liczy się jedynie przekazywanie puli genowej - ślepa wiara zamienia człowieka w zwierzę.

W tym kontekście łatwiej zrozumieć to, co Kolega (i nie tylko on) sądzi o uchodźcach (07.12.2017).

Goodbye, Lenin!

Komunikat był prosty i poniekąd spodziewany: Na wieczornym posiedzeniu Biura Politycznego towarzyszka Sz. złożyła rezygnację z funkcji premiera. Zebrani przyjęli ją oklaskami. Biuro Polityczne - na wniosek pierwszego sekretarza partii - powierzyło funkcję premiera towarzyszowi M. Oklaski, skandowanie "Partia!", "Lenin!". Cały piątek był właściwie też o tym.

Skończyliśmy drugi sezon "House of Cards": mniej entuzjastyczni, bo bogatsi o wiedzę - z ostatnich dwóch lat - że dla utrzymania władzy, można poświęcić państwo (07-08.12.2017).

Kalendarz adwentowy

Trudno będzie rachować Adwent. Dziecko przynosiło nam czekoladki, metodycznie wydłubując kolejne dni w sobotnie popołudnie. Zapychaliśmy się więc mleczną, podczas gdy ono - w skupieniu, w kuchni - otwierało okienka (a właściwie wyrywało je z zawiasami i futryną). Wigilia przyszła w ciągu paru minut (09.12.2017).

 

piątek, 08 grudnia 2017
Klementyna Suchanow, Gombrowicz. Ja, geniusz, Czarne 2017

 


(Witold Gombrowicz, Vence, lata 60. XX wieku, fot. Bohdan Paczowski, źródło: culture.pl)

  

Nad telewizorem w dużym pokoju stało sobie - zdaje się - pięć tomów biało-czarnych dzieł zebranych (wybranych?) W.G. Nigdy do nich nie zaglądałem: bardziej kuszące wydawały się stojące obok tomy - z nazwiskiem napisanym niby-ręcznie - Hłaski. Szkoła zmusiła mnie do przeczytania "Ferdydurke". co zrobiłem z niewielką ochotą (trzeba jednak dodać, że np. Jo. kompletnie się "Ferdydurke" zachwyciła). Tak, muszę to napisać - choćbym został uznany za ignoranta - W.G. mnie nie zainteresował.

Kiedy dokonują się wytryski polskości, tak jak u nas ostatnio, prześmiewczy Gombrowicz wraca: raczej nieczytany, tylko cytowany, kiedy w urwanych fragmentach zwalcza tę siermiężną, brudzącą wszystko polskość. W takich chwilach odwołanie się do Gombrowicza to próba wyszukania w polskim patosie jakiegoś pierwiastka zdrowego rozsądku, spojrzenia na siebie ze świadomością swojego miejsca w świecie. Właśnie w takim momencie pojawia się dwutomowa biografia Gombrowicza autorstwa Klementyny Suchanow. Zanim nastąpi jej premiera, wytryśnięta polskość dobiera się do autorki: sieć obiega zdjęcie z wynoszenia jej przez policję z blokady polskich zombie-guseł, co to się odbywają dziesiątego.

Napisać dwa tomy o Gombrowiczu to duża sztuka, bo wiedzie on nadzwyczaj nieciekawe życie, jak wynika z biografii: życie zwyczajne, samolubne, zamknięte w wieży własnego (najpierw domniemywanego, potem uznanego) geniuszu. To zamknięcie przekłada się na kontakty towarzyskie, które W.G. sprowadza do minimum, wyśmiewając, obrażając i zamieniając potencjalnych przyjaciół w zaprzysięgłych wrogów. Nawet kochankowie zamieniają się w dosyć anonimowe małoletnie (!) postaci.

Nie pozwól aby cię roztopiły mdłe sentymentalizmy i słodkawe porozumienie z masą, w którym tyle utonęło polskiej literatury. Bądź zawsze obcy! Bądź zawsze niechętny, nieufny, trzeźwy, ostry i egzotyczny. Trzymaj się chłopcze! Nie daj się swoim oswoić, przyswoić! (s. 156).

Ciekawie dzieje się też obok biografii. Ustępy poświęcone rządom pułkowników w przedwojennej Polsce i ich nachalnej propagandzie sukcesu albo kampaniom nienawiści koordynowanym przez ubecję w latach sześćdziesiątych czyta się - zaskakująco i niepokojąco zarazem - jako coś znajomego. Historia Polski - taki lejtmotyw na tym blogu - znów zatacza koło, zmierzając do upragnionej narodowej katastrofy.

(Czymś wspaniałym - a w biografiach dotąd rzadko spotykanym - są zamieszczone mapy, pozwalające śledzić topografię Gombrowiczowej Warszawy, Buenos Aires, Berlina i Vence.)

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 35