Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl

Wpisy z tagiem: Polacy

niedziela, 24 lutego 2019
Pomniki

 

 

(Jan Paweł II z oferty handlowej odlewni Art-Odlew: konkurencyjna cena wykonania pomnika z brązu, podobieństwo uchwycone w rzeźbionej postaci Papieskiej, brak dodatkowych kosztów modelu odlewniczego, trwałość pomnika z brązu – w porównaniu do rzeźb wykonanych z żywicy. Źródło: art-odlew.pl)

 

Kiedy Tischner wydał książkę o Homo sovieticusie, jej katoliccy krytycy zarzucili mu, że Jan Paweł II też musiałby zostać objęty tym terminem, a to przecież niemożliwe. "Argument z Jana Pawła" (tak sądziłby papież, tak nie uważa papież, papież powiedział) stał się dla Polaków miejscową odmianą prawa Goodwina: można było nim zakończyć prawie każdą dyskusję.

Byliśmy całkowicie zdominowani przez postać papieża, nie mogąc pojąć, że gdzieś na świecie, a co gorsze - gdzieś w Kościele, o papieżu można mówić nie na kolanach. "Argument z papieża" działał: ucinał dyskusje o relacjach państwo-Kościół, o kościelnej hipokryzji (oddać należy, że stosowany był także, całkiem udanie, w obronie Unii Europejskiej czy przeciw antysemityzmowi).

Ale wyrastamy i któregoś dnia będziemy się musieli jako Polacy, i jako polski Kościół, zmierzyć z dziedzictwem Jana Pawła II, które nie jest do końca takie jak w naszej legendzie o wielkim papieżu. "Argument z papieża" utracił swój urok. (Być może uroczyste świętowanie czterdziestej rocznicy papieskiej pielgrzymki do Polski stanie się też - wbrew intencjom władzy - okazją do gorzkiej refleksji i rozliczeń). Ta konfrontacja będzie bolesna.

Tu powinno być osobiste wyznanie: osoby, która papieża uważała za nieomylnego a u wszelkich jego krytyków doszukiwała się złych intencji; która z nabożeństwem jeździła na papieskie msze w czasie pielgrzymek do Polski; która śmierć papieża przeżyła jakby była to śmierć kogoś bliskiego. I to nie była anegdota Franciszka, ani nawet sprawa ojca "Degrengolado", która zmusiła mnie do pełnej goryczy refleksji, ale przypadek kardynała Groera.

Przypomnijmy: wobec arcybiskupa Wiednia pojawiły się w 1995 roku udokumentowane zarzuty o molestowanie seksualne. Watykan staje po stronie Groera, ale pod naciskiem świeckich, przyjmuje jego rezygnację złożoną ze względu na wiek [szerszy artykuł na ten temat, tutaj]. W 1998 roku do Austrii udaje się Jan Paweł II. To, co mówi - czytane w kontekście sprawy kardynała - nie różni się niczym od tego w jaki sposób polscy biskupi (zresztą wychowankowie lub nominaci Jana Pawła) traktują przestępstwa seksualne:

Momenty, gdy zagmatwane i bolesne problemy sprawiają, że sprawowanie naszej posługi staje się szczególnie trudne, także dlatego iż jesteśmy narażeni na niezrozumienie i fałszywe interpretacje. Jakkolwiek jednak bolesne byłyby te doświadczenia, naszym wspólnym zadaniem jest «zwiastować dobrą nowinę» Kościołowi i światu, to znaczy wszystkim, którzy wiążą wielkie nadzieje ze zbliżającym się trzecim tysiącleciem (...).  Dlatego każda wspólnota musi okazywać głęboki szacunek powołaniu i misji każdego. W ramach tego, co wspólne wszystkim, każdy biskup musi mieć możność wypowiadania swoich poglądów i sprawowania własnej odpowiedzialności pasterskiej. Niezależnie od różnych umiejętności i charakterów, jakie reprezentują, każdy z nich posiada własny autorytet i dlatego słusznie jest nazywany «przełożonym ludu», którym kieruje. [Przemówienie do konferencji episkopatu Austrii, tutaj]

Nie da się tutaj użyć jakiegokolwiek "argumentu z papieża". Słowa mówią same za siebie, słowa bronią zła. Jan Paweł II okazuje się chronić instytucję i jej przywileje kosztem człowieka. (Tą samą ślepą uliczką usprawiedliwień podąża polski Kościół, nie potrafiąc nawet zrozumieć znaczenia gestu pokory wobec Marka Lisińskiego ani zgorszenia jakie wywołuje postać księdza Jankowskiego).

Nie wiem, czy przewidział to pewien Argentyńczyk, gdy przyjmował swoje papieskie imię. Wyobrażam sobie, że myślał raczej o "Pieśni słonecznej" niż o słowach: Idź odbuduj mój Kościół, bo popada w ruinę.

Przed Polakami bardzo przykra lekcja o tym, że los Kościoła - nie instytucji, ale wspólnoty - ważniejszy jest niż pomniki.

 

Dziennik pisany w lutym (odc. 2)

 

(Chaim Soutine, Ryby i pomidory, 1926-27, kol. pryw., źródło: wikiart.org)


Rzeczy idealne

Przestałem opisywać swoje wyobrażone państwo, widać starcza mi to własne, które przekracza wyobraźnię.

I tak ostało się najdłużej spośród poleis mojego dzieciństwa, pewnie będzie z tego więcej niż trzydzieści pięć lat. Wciąż panowanie tej samej królowej Joanny II: pamiętam nawet na czyją cześć imię. W tym państwie zresztą wszystko składa się z fragmentów widzianych widoków i osób, które mignęły.

Wieczorem nie szkicuję więc teraz map albo schematów instytucji państwowych: jak na małe królestwo, imponująca musiała być w nim biurokracja, czyżby jakieś przeczucie własnego losu? Bałem się pojechać do Meklemburgii, słusznie przypuszczając, że go tam nie ma, choć je zaplanowałem. Spis stacji telewizyjnych, wczesne dziewięćdziesiąte. Porozumienie graniczne z Niemcami, wczesny wiek dwudziesty pierwszy.

Przestałem: nie ma państw idealnych, idealnych ludzi, co gorsza, nie ma nawet idealnego mnie.

Pierwsze

O siódmej trzydzieści głos sikorki na balkonie. M. pisze, że ptasi koncert (na Mokotowie). Jestem jak świstak, potrafię wyczuć wiosnę, więc to jeszcze nie teraz, chociaż w miastach zapach jest w ogóle jakiś dziwny. Jeszcze nie pora porannych przywidoków, nie pora sztucznej trawy koło Hali Mirowskiej.

Wycieczka do zoo

Najbardziej podobają nam się flamingi. Różowieją na swych chudych nogach za szybą małego domku niedaleko wejścia. Dziecko zwierzęta dzieli na kolorowe i szare. Kolorowe (flamingi, ary, rybki akwariowe) są ładne, szare - brzydkie.

Druga linia podziału to groźne i niegroźne. Groźne się nam podobają (krokodyl, wilk, tygrys, choć się nie pojawił), niegroźne są nam obojętne, najbardziej niegroźne szare.

Kłopot z małpami. Małp Dziecko nie lubi. Ja też: ludzie to wyłysiałe małpy.

Inna droga

Stacja metra, na której dawno nie był. Tyle powietrza, że się zdziwił. Teraz po drodze niebo zasłaniają drzewa (chociaż miejscy drwale czynią starania). Pewnie dlatego upierał się tak, żeby Dziecko chodziło do przedszkola koło metra. Nie wyszło. Przyglądał się ludziom w autobusie, oczekując olśnienia. Nie zdarzyło się.

Towarzysz Wiesław czyta prasę zagraniczną

Towarzyszowi Gomułce nie spodobał się wywiad, którego jeden literat udzielił w zachodniej gazecie (w Lubece czy Bremie ośmielił się krytykować władzę ludową). Wściekł się towarzysz Wiesław, kazał napisać, że druk literata wstrzymany. Słysząc to Jarosław uniósł brew. Kłopot w tym, że to historyjka wcale nie z przeszłości. 

O tym, że się pozwala

Najpierw z goścmi, których bałbyś się spotkać w autobusie, ministrowie rządu negocjują wspólne maszerowanie po mieście (listopad). Potem ci goście rozwieszają po mieście bekanntmachungi, podszywając się pod swoich ideowych przodków, którzy to miasto obrócili w perzynę (luty). Wtedy ministrowie rządu oburzają się, że ktoś Polaków oskarżać się waży o antysemityzm.

Sprawa Anny G.

Anna Geislerova to były początki naszego chodzenia do kina i początki naszego w Warszawie mieszkania. Wyobrażałem sobie, że jest inna od tych naszych udawanych gwiazdek ze ścianek, idealna Anna Geislerova. W drodze do pracy napotykam plakat z jakiegoś nowego filmu. Anna Geislerova ma ponad czterdzieści lat.

*

Więc leżę wieczorem i rozmyślam o wieku Anny Geislerovej. Rachuję sobie, że ja też się postarzałem. Nie, wcale czas nie leci szybko, to raczej pamięć płata figle i nienaturalnie przybliża rzeczy dalekie: dwudziestolecie matury, jesień w Ljubljanie. Jestem o dziewięć lat starszy od Sylvii Plath w chwili, gdy ułożyła głowę do snu w piekarniku.

*

Zacznij żyć własnym życiem - napomina mnie ciągle A., choć chyba wie, że to nie starcza. Liczę sobie, nie śpiąc, ile czasu zostało jeszcze. Co rano Anna Geislerova dopytuje czy już wiem, co dalej.

Pachnidło

Czasami urząd zamienia się w biuro poezji. Opisuję do specjalnego formularza smaki i zapachy. Wymyślam całe popołudnie ile nut ma krem dyniowy z mlekiem kokosowym i co można poczuć w filiżance espresso (przydałyby się korepetycje u berlińskich baristów, por. tutaj).

Wrona

Siwa wrona przechadza się po poręczy balkonu w piękny zimowy poranek, bo nigdy nie wiesz jaka pora roku cię obudzi (wraz ze zmianą klimatu luty zamienił się w kwiecień, ten, co przeplata, a przy okazji ten najokrutniejszy). Siwa wrona zagląda do naszej sypialni. Pewnie się we trójkę teraz odbijamy w jej błyszczącym czarnym ślepiu.

Piekło

Jak zwykle przy Powązkowskiej A. postanawia objaśniać Dziecku rzeczy ostateczne. Nie opowiadaj mu o piekle - strofuję - myślisz, że czym irlandzcy księża straszyli w konfesjonałach swoje ofiary. "Nic nie mów, bo trafisz do piekła".

Im mniej strachu w religii, tym bardziej staje się religią.

(16-23.02.2019)

 

wtorek, 22 stycznia 2019
Dziennik. Ważne, że jest uroczo

 


(Uroczo, a.b.)

 

16.

Uroczo. Ważne, że jest uroczo. Wrony czyhają na mojego falafela. Wszystkie drogi prowadzą do nieznanego żołnierza. Polska, dzień kolejny stycznia.

17.

Nie żyć w kłamstwie. Milczałem, kiedy szczuli: na sędziów, lekarzy-rezydentów, rodziców niepełnosprawnych, demonstrantów pod sejmem, kobiety z czarnego protestu, uchodźców, imigrantów, muzułmanów, na D. (napisałem coś na swojej ścianie), na polityków opozycji, na Wielką Orkiestrę, na papieża.

Przemoc i tak przyszła dość późno. (Myślę o tych listach i skargach, które do mnie trafiają, nawet w nich wciąż sprawna, dobrze się trzyma).

Mowa nienawiści to nie jest to, że ktoś o kimś brzydko powie. Mowa nienawiści to systematyczne i zorganizowane za pomocą środków masowego przekazu piętnowanie i wykluczanie ze społeczeństwa wybranej przez władze osoby lub grupy. Dokładnie tak jak w przypadku Radia Tysiąca Wzgórz (ICTR-99-52).

18. Miejsca

Mitreum w podziemiach kościółka w rybackiej wiosce na Sardynii.
Mauzoleum Emanuela Vigelanda w Oslo (do tego mgła).
Świątynia w Segeście pod różnymi kątami.
Marmur na Placu Katedralnym w Ortygii.

Tylko to nas ratuje: podróże daleko. Tylko to, jeszcze gęsta proza, książki z obrazkami. Inaczej nie da się tu wytrzymać.

Inaczej trzeba przywyknąć do kłamstwa. Jak teraz, pijesz kłamstwo, jesz kłamstwo, nie widzisz kłamstwa.

Nawet wynosząc zeschłą choinkę na śmietnik, pamiętaj o kłamstwie.

19. Twarz Pana G.

Zastanawiam się jak może się czuć pan Głódź. To najbardziej zagadkowa postać tego pogrzebu. Czy oto przechodzi przez noc ciemną, aby wyjść zwycięsko jako chrześcijanin? Czy też dobrze wie, że ten teatr trzeba odegrać, tak jak się odgrywa różne role, przywdziewając maski radości, smutku, lęku lub żałoby? Jeszcze pół roku nie minęło, kiedy przyznawał medal za prawdę człowiekowi, który z prawdą nie miał nic wspólnego. Siedzi pan Głódź, cały fioletowy, mówi ojciec Ludwik.

Nie żyć w kłamstwie. Głos, który wybrzmiał w książce ojca Ludwika i trafił mnie prosto w sumienie, dziś zwielokrotniony. Wyraz twarzy pana Głodzia nie mówi za to nic.

20. Bagatela

Bagatela tak pójść Bagatelą: autor bloga wyczekuje. Nerwowo sprawdza ekranik. Dotyk, bo dotykowy. Taki niepokój, gdy spokój proponuje niedzielny A. Messendżer milczy.

 


(Gdańsk nadal smutny, a.b.)

 

21. Dziennik z podróży do Gdańska

Pociąg nabiera opóźnienia na brzydkim Mazowszu. Turza Wielka, przystanek kolejowy dla umarłych (wkoło nic, jedynie cmentarz). Rybno Pomorskie, pagórkowatość obsypana śniegiem. Bawię się w swoją ulubioną grę: wyszukiwanie zwierzątek w krajobrazie. Siedem sarnich tyłków.

Jest tak jak lubię. Włóczę się po mieście, zapuszczam w zaułki, sam. Osiek, nigdy tu nie byłem. Poszukuję dla nich historii. Ciekawość domów, psów i kotów. Dreptanie. Dziewczynki w grubych zimowych rajstopach, takie jak z żydowskiej dzielnicy Antwerpii. Może wszystkie portowe miasta przypominają siebie nawzajem?

Kilka dni później, Gdańsk nadal smutny.

22. Pamiątki z podróży do Gdańska

Muzeum, które pokazywać miało okrucieństwo i bezsens wojny produkuje teraz pamiątki: kalendarz z bydlęcym wagonem w kwietniu (służył do wywózki - informuje podpis) i kubeczek ze świętym Maksymilianem (ciekawe czy można pić z innych męczenników?) Nigdzie w okolicy nie mogłem za to znaleźć chlebka tureckiego.

 

środa, 16 stycznia 2019
Dziennik. Opisy pogody przestają wystarczać

 


(Agrykola, a.b.)

 

11.

Opisy pogody przestają wystarczać - to jak chwyta mróz, a potem nadpływa odwilż, przemoczone buty: to zupełnie przyziemne. Najchętniej pisałbym o czymś innym, najchętniej ręcznie. Kolekcjonuję dotyki, słowa, przywidoki, które nie powracają. Poprzednia sobota trwa cały tydzień. Nigdy nie wiesz kiedy zaskoczy cię przeszłość tym, że już nadeszła (myśli sobie autor bloga przy świeczniku na ulicy Brackiej, kiedy chyba nadeszła).

12.

Tkliwość. Dziecko po szczepionce - przeczytaliśmy w ulotce - zapadło na ciężką tkliwość. Jako hipochondryk natychmiast przypisuję sobie cudze przypadłości.

13.

Nieklasycy. Ciąganie Dziecka po awangardach, ekspresjonistach, pikasach i modiljanich opłacało się. Te obrazy, nie lubię - recenzuje Dziecko klasyczne różowe policzki z Pałacu na Wyspie.

"Blask orderów". W starej encyklopedii powszechnej (lata sześćdziesiąte dwudziestego wieku) kolorowa wkładka przedstawiała ordery i odznaczenia. Wystawa "Blask orderów" w trzech łazienkowskich budynkach (wystawa jest zimą, a więc trzy razy szatnia i dwa razy szpitalne pokrowce) jest właśnie taką - naturalnej wielkości - kolorową wkładką. Poza diamentami i rubinami najmniej udanych polsko-saskich królów, nic w niej ciekawego. Zawsze wolałem kolorową wkładkę z flagami.

 

(Nagle wieczorem spada na nas Polska)

 

14.

Wspomnienie. Poznałem go na tej wystawie jesienią. Jaki wysoki - mówię następnego ranka K. w ciastkarni. To już było po tej całej ohydzie, którą urządzała publiczna telewizja. Dlatego byłem ja, bo główny nie chciał mu podać ręki. Już nie będzie musiał, pewno w pierwszym rzędzie stanie na pogrzebie. Tak myślę, że skończyła się wczoraj ta Polska po osiemdziesiątym dziewiątym. 

(Dużo dzisiaj klnę.)

Legenda. Kiedyś jacyś Prapolacy musieli wyrżnąć w pień inne praplemię (z grubsza o tym mówi legenda o Popielu, zwierzęta winne, my nie, bo dobrzy, on, oni - źli). Ale wówczas jakiś praplemienny szaman zdołał jeszcze na naszych przodków rzucić klątwę. Tak sobie to tłumaczę: klątwa, karma. Przecież niemożliwe, żeby w sumie normalny naród co kilkadziesiąt lat sam siebie, własnymi siłami, jak tylko zrobi się lepiej, wpędzał w nieszczęście. 

15.

Wstręt. To, co robię. Ciągłe próby udowadniania, że tu się dobrze żyje, że my Polacy raczej razem niż osobno, tyle nas łączy, jak cholerna agencja piarowa. Nie przyjmuję dowodów, że jest inaczej, dla pewności nie oglądam telewizji. Ciężko byłoby z dowodami iść do pracy, a jednak dzisiaj przejrzałem, co mówiła. (przerwa na wymioty) Dzisiaj przychodzę z obrzydzeniem, bo nie potrafię uciec. Nie żyć w kłamstwie. Jarosław, książę oportunistów, uciekał do Włoch. Też mam już bilety.

Pustka. Blog przestaje wystarczać. Przestał być rozmową. Oderwany od życia zapis, marne naśladowanie literatury. Bez talentu, jedynie pozostała tkliwość.

  

poniedziałek, 14 stycznia 2019
Timothy Snyder, O tyranii. Dwadzieścia lekcji z dwudziestego wieku, Znak 2017

 

 

Po niedzieli, trzynastego stycznia, lektura małej książeczki Snydera nabiera zupełnie nowych odcieni. Brykczyński pisał o gotowych na przemoc i wydaje się oto, że znów jesteśmy gotowi. Szczucie w państwowej telewizji, antysemickie filmiki z lalkami tamże, neofaszysta jako minister rządu i zezwolenie na agresję słowną, ale jak się okazało, również i tę prawdziwą.

Po kilku latach nie tylko jesteśmy gotowi do wewnętrznej jatki, ale także znaleźliśmy się na marginesie światowej polityki. Zepchnięci przez nieracjonalnych przywódców do roli europejskiej zawalidrogi, znaleźliśmy się wśród klientów jednego z mocarstw, w statusie podobni do Panamy, gdzie amerykański ambasador może rugać rząd i wykorzystywać nas jako swoją tarczę do własnych rozgrywek (jak teraz wobec Iranu). Właśnie o tym naszym szalonym mocodawcy powstała książka Snydera. Ale pasuje jak ulał również do klienta, upadającej demokracji znad Wisły.

I to jest w niej smutne, że czytam ją jako poradnik, o tym jak godnie żyć, a jeszcze kilka lat temu potraktowałbym ją jako historyczną ciekawostkę. I dzisiaj, w poniedziałek, czternastego stycznia, odkrywam, że dłużej nie można w lisiej norze.

Pierwszym zjawiskiem jest otwarta wrogość wobec sprawdzalnej rzeczywistości, która przejawia się przedstawianiem wymysłów i kłamstw tak, jak gdyby były one faktami (...).

Drugim (...) są szamańskie zaklęcia. Jak zauważył Klemperer styl faszystowski opiera się na "niekończących się powtórzeniach", mających na celu uczynienie wiarygodnym tego, co fikcyjne i pożądanym tego, co zbrodnicze. (s. 67-68).

To teraz przypomnijcie sobie pomyje rządowej telewizji wylewane na zabitego. Już tutaj jesteśmy. Stało się.

 

Mordechaj Canin, Przez ruiny i zgliszcza, Nisza 2018

 


(Miasto R. jako sztetl, źródło: https://www.jewishgen.org/yizkor/radzyn/rad360.html)

 

Pamięć zbiorowa działa podobnie jak pamięć indywidualna. Nieprzyjemne, niepasujące do własnego obrazu siebie wspomnienia stara się wypchnąć albo zastąpić nowymi lukrowanymi wyobrażeniami, które powtarzana i rozwijane, zastępują to, co było niewygodne.

Lepiej się żyje bez złych snów. Momenty, w których zaspanym społeczeństwom, ktoś lub coś przypomina o rzeczach wstydliwych, można porównać - trzymając się sennych przenośni - do bolesnego upadku z wygodnej kanapy.

Po 1989 roku publicyści głównego nurtu zaczęli powracać do tematów unikanych w Polsce przez dziesięciolecia. Tego, co Polacy robili w czasie drugiej wojny, tego, co robili także po niej. Jedwabne i Kielce - dwie nazwy miejscowości symbolizujące rzeczy wyparte, wydarzenia zastąpione innymi historiami, gdzie winni to nie my. Historii Polaków zabierano połysk.

Prawica określiła ten proces pejoratywnie "pedagogiką wstydu". Owszem: może się wydarzało, ale jako wyjątek, owszem: niemniej regułą było bezwarunkowe bohaterstwo. Historię należy przedstawiać jako ciąg heroicznych polskich czynów. Myślenie takie stoi w zgodzie z ciszą, która panuje w dawnych sztetlach: ciszą miasta R. i ciszą miasta K., gdzie istnienie Żydów zostało wymazane z polskiej i katolickiej historii, a opowieści o złocie znajdowanym w porzuconych domach traktowano jako znaki bożej opatrzności czuwającej nad odkrywcą. 

Lepiej "pedagogikę wstydu" zastąpić własną heroiczną historią. Morawiecki w styczniu ubiegłego roku nawet stworzył mit o wielkim drzewie dla Polski w ogrodzie Jad Waszem, bo te sześć tysięcy drzewek jest ogromną liczbą tylko jeśli podamy ją w zapisie bezwzględnym, nie jako procent do trzech zagubionych milionów. Ale potem nadszedł luty zeszłego roku i szambo eksplodowało. Wszystkie emocje, które tłumiła "pedagogika wstydu" zjawiły się znowu. I w rzekomo bohaterskim narodzie, nagle zjawił się język jak z hitlerowskich gadzinówek, język szmalcowników i język tych, którzy pomagali w Zagładzie. Najskrytszy i najbardziej wstydliwy z polskich sekretów:

niewypowiedziane historie z małych miasteczek i wiosek, historie o Judenjagdzie, o radości z ostatecznego rozwiązania, o tym, kto wydał zarówno Ulmów, jak i Ginczankę.

To, wszystko, co pojawiało się już w kontekście filmów, takich jak "Ida" czy "Pokłosie" nagle wynurzyło się na powierzchnię. To też - okazało się - jest Polska.

Według tamtego styczniowego prawa, przepychanego kolanem przez parlament i podpisywanego naprędce przez głowę państwa, a potem po cichu wycofywanego, Mordechaj Canin powinien zostać oskarżony. 

Relacja Mordechaja Canina jest bowiem dla Polaków Księgą Wstydu, relacją z powojennej polskiej prowincji, pisaną na żywo i bez cenzury. Reportażem z kraju zdemoralizowanego, w której polski udział w Zagładzie - jeszcze świeży - był właśnie wypierany i usprawiedliwiany. Miałem właściwie cytować zapiski z tych stu miast i miasteczek, z Lublina, z sąsiadującego z R. Międzyrzeca, z lirycznego Kazimierza. Ale wszędzie jest w nich to samo. Ten sam wstyd i to samo bagno jak z zeszłego roku. Nie, nie będzie cytatów: lepiej kupcie i przeczytajcie, i dajcie też dzieciom po szkolnym kursie bohaterskiej miejscowości, i traktujcie jak przewodnik, gdy zajedziecie do opisanych miast i miasteczek, zwłaszcza tych, które zapomniały.

W opisach ludobójstwa, pomija się często aspekt kulturobójstwa, więc ja nie będę pisał o granatowej policji, polskich strażakach i zwykłych sąsiadach, którzy mordowali, wydawali i upokarzali. Chciałbym napisać o losach cmentarzy, tak ponoć ważnych w kraju, gdzie Zaduszki to narodowe święto. Systematyczna, zorganizowana w społecznościach lokalnych praktyka niszczenia kirkutów, pozbawiania ich macew, a następnie zapominania i wznoszenia na ich miejscu placów targowych, budynków albo szkół - to jest właśnie polski udział w kulturobójstwie, w pozbywaniu się materialnych wyrzutów sumienia.

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 37