2016: 8 filmów, 75 książek - 2015: 39 filmów, 78 książek - 2014: 66 filmów, 89 książek - 2013: 46 filmów, 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl

Wpisy z tagiem: Polacy

niedziela, 10 grudnia 2017
Dziennik. Pierwszy tydzień Adwentu

 

 
(W tej szarej poświacie jaśniało ogłoszenie. Liguria z naszej podróży poślubnej, cała w niepolskim świetle, 6.12.2017, źródło: a.b.)

 

Kraków, Kraków 

Od tygodni nic nie było tak intensywne jak ten Kraków w sobotę, i ludzko intensywny, i estetycznie intensywny, i zimowo. Kraków, Kraków. Już samo przejeżdżanie Tunelu jest zmianą, wejściem w inne, w zapamiętane, pełne znaczeń (Kraków, Kraków - te wszystkie chwile zebrane przez lata, nigdy nie dłużej, cała masa pięknych momentów z A. i z czasów przed A.) Ta intensywność powoduje, że pamięć działa zupełnie inaczej: fotograficznie ujmuje scenki, momenty, odczucia - nic nie jest takie, jakie było przez poprzedzające dni. Nawet ten mokry śnieg jest bardziej zimowy, da się rzucać śnieżkami, co czyni M. Ta intensywność jest tak wielka, że o pierwszej trzydzieści w nocy - w domu - Dziecko jeszcze nie śpi. To tej intensywności tak brakuje z dnia na dzień (02.12.2017).

Pojawienie się języka

Wszelakie eksperymenty i teorie można sprawdzić teraz. Noam Chomsky o wrodzonej gramatyce, ulubieni moi Sapir i Whorf. Wypróbowujemy je na Dziecku. Najpierw są rzeczowniki dźwiękonaśladowcze. Zaimki są odkryciem i łączą się z sufiksami: czyta ja, czyta-my. Osiem to jest bardzo wiele. Niedługo czyli bardzo długo. Przeczenie przez przedrostek nie- skracany do ni-/ń-. Szyk przestawny z czasownikiem z przodu. Odruchowe oboczności w deklinacji. Teraz wreszcie pojawiają się nowe pytania. Pytania, które trzeba postawić życiu:

Aki? Emu? (03.12.2017)

Zniknięcie wolności

Tak bardzo po kawałeczku, że nikt za nią nie płacze. Nie kochaliśmy jej za bardzo, nie pasuje do nas, wiecznie niedojrzałego narodu. Potrzebujemy silnej ręki, która chwyci nas i potrząśnie trochę. Kiedy Ojciec rozgniewany siecze - Polacy śpiewają tutaj nie o lęku, ale o największej z możliwych, masochistycznej przyjemności.

Sądy, trybunały, prawa, konstytucje, po co? Byle słodki batog (04.12.2017).

Z Gombrowicza

Wysilasz się lata całe aby być kimś - i czymże się stałeś? Rzeką zdarzeń w teraźniejszości, burzliwym strumieniem faktów, dziejących się teraz, tą zimną chwilą, która przeżywasz i która nie jest w stanie nawiązać do niczego. Odmęt - to tylko jest twoje (s. 262).

Ten fragment to jest uderzenie nagłe. Cios zadany w tramwaju mojej pokrakowskiej ochocie na życie (05.12.2017).

Przejaśnienia na Woli

Wola była ponura tak jak ponura potrafi być Wola. Przynajmniej nie była brzydka jak Bemowo, tylko wilgotnie oblepiona szarością i tym zmęczeniem, przemęczeniem ulic, przystanków, tramwajów. W okolicach świąt ludzie stają się nieznośni, wpadają pod samochody, krzyczą i rozkładają parasole wykłuwając bliźnim oczy. Tramwaj otworzył drzwi:

w tej szarej poświacie jaśniało ogłoszenie. Liguria z naszej podróży poślubnej, cała w niepolskim świetle.

Czarny Roman nie żyje 

Na koniec tego roku, kiedy wszyscy znani masowo umierali - a działo się to tak masowo, że jedna gazeta wydała specjalny dodatek, żeby ich wszystkich pomieścić i spamiętać - wziął i umarł Czarny Roman. W mojej opowieści Czarny Roman pojawia się dopiero wtedy, kiedy mieszkamy już razem z A. na Saskiej Kępie (a ja prowadzę tego bloga) i wymykamy się wieczorami do nescafe koło palmy na przecenione torciki, i peregrynujemy Chmielną, Marszałkowską i Jerozolimskimi, co i raz napotykając Czarnego Romana.

 - Czarny Roman nie żyje - informuję A. - W tym tygodniu go jeszcze widziałam - odpowiada. - Wyglądał przez okno tam, gdzie jest rossmann na dole na Marszałkowskiej (06.12.2017).

O rozmnażaniu

Miałem dzisiaj istotną dyskusję dotyczącą sensu z Kolegą. Otóż, jak się okazało, jego zdaniem, rozmnażanie płciowe jest istotą życia człowieka. Koniec końców radykalny polski katolicyzm (nie mylić z chrześcijaństwem) okazuje się bliski radykalnej biologii. Nieważne: poezja, proza, dramat, liczy się jedynie przekazywanie puli genowej - ślepa wiara zamienia człowieka w zwierzę.

W tym kontekście łatwiej zrozumieć to, co Kolega (i nie tylko on) sądzi o uchodźcach (07.12.2017).

Goodbye, Lenin!

Komunikat był prosty i poniekąd spodziewany: Na wieczornym posiedzeniu Biura Politycznego towarzyszka Sz. złożyła rezygnację z funkcji premiera. Zebrani przyjęli ją oklaskami. Biuro Polityczne - na wniosek pierwszego sekretarza partii - powierzyło funkcję premiera towarzyszowi M. Oklaski, skandowanie "Partia!", "Lenin!". Cały piątek był właściwie też o tym.

Skończyliśmy drugi sezon "House of Cards": mniej entuzjastyczni, bo bogatsi o wiedzę - z ostatnich dwóch lat - że dla utrzymania władzy, można poświęcić państwo (07-08.12.2017).

Kalendarz adwentowy

Trudno będzie rachować Adwent. Dziecko przynosiło nam czekoladki, metodycznie wydłubując kolejne dni w sobotnie popołudnie. Zapychaliśmy się więc mleczną, podczas gdy ono - w skupieniu, w kuchni - otwierało okienka (a właściwie wyrywało je z zawiasami i futryną). Wigilia przyszła w ciągu paru minut (09.12.2017).

 

piątek, 08 grudnia 2017
Klementyna Suchanow, Gombrowicz. Ja, geniusz, Czarne 2017

 


(Witold Gombrowicz, Vence, lata 60. XX wieku, fot. Bohdan Paczowski, źródło: culture.pl)

  

Nad telewizorem w dużym pokoju stało sobie - zdaje się - pięć tomów biało-czarnych dzieł zebranych (wybranych?) W.G. Nigdy do nich nie zaglądałem: bardziej kuszące wydawały się stojące obok tomy - z nazwiskiem napisanym niby-ręcznie - Hłaski. Szkoła zmusiła mnie do przeczytania "Ferdydurke". co zrobiłem z niewielką ochotą (trzeba jednak dodać, że np. Jo. kompletnie się "Ferdydurke" zachwyciła). Tak, muszę to napisać - choćbym został uznany za ignoranta - W.G. mnie nie zainteresował.

Kiedy dokonują się wytryski polskości, tak jak u nas ostatnio, prześmiewczy Gombrowicz wraca: raczej nieczytany, tylko cytowany, kiedy w urwanych fragmentach zwalcza tę siermiężną, brudzącą wszystko polskość. W takich chwilach odwołanie się do Gombrowicza to próba wyszukania w polskim patosie jakiegoś pierwiastka zdrowego rozsądku, spojrzenia na siebie ze świadomością swojego miejsca w świecie. Właśnie w takim momencie pojawia się dwutomowa biografia Gombrowicza autorstwa Klementyny Suchanow. Zanim nastąpi jej premiera, wytryśnięta polskość dobiera się do autorki: sieć obiega zdjęcie z wynoszenia jej przez policję z blokady polskich zombie-guseł, co to się odbywają dziesiątego.

Napisać dwa tomy o Gombrowiczu to duża sztuka, bo wiedzie on nadzwyczaj nieciekawe życie, jak wynika z biografii: życie zwyczajne, samolubne, zamknięte w wieży własnego (najpierw domniemywanego, potem uznanego) geniuszu. To zamknięcie przekłada się na kontakty towarzyskie, które W.G. sprowadza do minimum, wyśmiewając, obrażając i zamieniając potencjalnych przyjaciół w zaprzysięgłych wrogów. Nawet kochankowie zamieniają się w dosyć anonimowe małoletnie (!) postaci.

Nie pozwól aby cię roztopiły mdłe sentymentalizmy i słodkawe porozumienie z masą, w którym tyle utonęło polskiej literatury. Bądź zawsze obcy! Bądź zawsze niechętny, nieufny, trzeźwy, ostry i egzotyczny. Trzymaj się chłopcze! Nie daj się swoim oswoić, przyswoić! (s. 156).

Ciekawie dzieje się też obok biografii. Ustępy poświęcone rządom pułkowników w przedwojennej Polsce i ich nachalnej propagandzie sukcesu albo kampaniom nienawiści koordynowanym przez ubecję w latach sześćdziesiątych czyta się - zaskakująco i niepokojąco zarazem - jako coś znajomego. Historia Polski - taki lejtmotyw na tym blogu - znów zatacza koło, zmierzając do upragnionej narodowej katastrofy.

(Czymś wspaniałym - a w biografiach dotąd rzadko spotykanym - są zamieszczone mapy, pozwalające śledzić topografię Gombrowiczowej Warszawy, Buenos Aires, Berlina i Vence.)

 

poniedziałek, 27 listopada 2017
Krzysztof Iszkowski, Ofiary losu. Inna historia Polski, Liberte 2017

 


(Anna Dymna w filmie "Epitafium dla Barbary Radziwiłłówny", reż. Janusz Majewski, 1982, źródło: canalplus.pl; Radziwiłłówna zwiększała szanse na porzucenie przez Polskę katolicyzmu - tak długo, jak żyła (...). Gdyby zaś królowa nie tylko nie umarła, lecz także urodziła Zygmuntowi Augustowi męskiego potomka, prawdopodobieństwo utworzenia kościoła  narodowego dodatkowo by wzrosło (s. 69))

 

Skąd się bierze historia?

Kolega z pokoju twierdzi, że nad wszystkim czuwa Opatrzność, która przesuwa pionki na mapach. Nie doszliśmy do porozumienia, co do wpływu Opatrzności na zbrodnie przeciw ludzkości i ludobójstwa.

Ja twierdzę, że za wszystkim stoją decyzje i wybory pojedynczych osób. Historia byłaby więc sumą ludzkich wyborów, oczywiście biorących pod uwagę kontekst (jak na przykład susze, trzęsienia ziemi i zarazy), ale jednak podejmowanych za pomocą wolnej woli.

Z kolei autor "Ofiar losu", Krzysztof Iszkowski twierdzi, że za wszystkim stoją przypadki, zbiegi okoliczności, pociągi, które spóźniają się o pięć minut i królowie, którzy zapadają na śmiertelne przeziębienie na dzień przed walną bitwą. Zasadniczo wszystko jest zbiegiem okoliczności (s. 9). Los czyli taka ateistyczna Opatrzność.

To mój pierwszy problem z tą książką; nie wyczuwam szczególnej różnicy między postawą kolegi, z którym się o ową Opatrzność kłócę, a postawą autora. Drugi jest nawet większy - owszem czyta się wartko i z niemałą przyjemnością, ale brakuje w "Ofiarach losu" warsztatu naukowego. Książki o starożytnych bogach, które, jak pamiętacie, czytam dla rozrywki, bardzo wyczulają na różnice w jednym czy dwóch słowach. Tu nie potrafię powiedzieć, co ma poparcie w faktach, co jest wyobraźnią autora, a co andronami. Jakże inaczej czytało się Jana Sowę i jego fantomowe ciało.

Niemniej analiza Iszkowskiego i jego alternatywne historie zmuszają do myślenia. W czasach, gdy narracja historyczna zaczyna być monopolizowana przez specjalne instytucje służące jej zakłamywaniu, "Ofiary losu" pozwalają odetchnąć i zastanowić się nad mitami, które teraz stają się dla rządzących, a co gorsza dla uczących się, bezmyślnymi mantrami. Bezmyślna historia jest najbardziej niebezpieczna.

Czytam więc na głos koledze od Opatrzności fragmenty o prosperity w Królestwie Polskim i o II Rzeczpospolitej: państwie biednym, źle zorganizowanym i słabym pod względem tego, co w dzisiejszej dyplomacji określane jest mianem soft power (s. 119). Czytam oczywiście myśląc o dzisiejszej Polsce. 1 sierpnia 1939 r. ambasador von Moltke meldował: hasła propagandy rządowej spotykają się ze ślepym zaufaniem. Tak więc szerokie koła mają rzeczywiście przeświadczenie, że Polska znajduje się po stronie przyszłych zwycięzców, że w Niemczech ludność głoduje... że niemiecki sprzęt wojskowy jest wątpliwej jakości (s. 144). Jakże łatwo jest nabierać Polaków, nic ich nie uczy historia (a smutny wniosek, że Polska została w 1939 roku porzucona przez sojuszników, bo nikt jej nie lubił, czy nie do tego sprowadza się nasza dzisiejsza podmiotowa polityka zagraniczna?)

Największe wrażenie robi na mnie teza o 31 marca 1981 roku jako najważniejszej cezurze w dziejach polskiej transformacji, dniu, w którym pewien mężczyzna z wąsami (do spółki z mężem pewnej skrzypaczki) zatrzymał los, nie dopuszczając do radzieckiej interwencji, narodowego powstania i kolejnego mitu do zestawu z małym powstańcem. Byłby to następny przyczynek do wielkości Lecha Wałęsy lub - dla nienawistników - jeszcze jeden dowód, że nie pozwolił Polakom być Polakami (to znaczy ginąć bez sensu, płakać a potem mieć fumy i pretensje, że nikt nie docenił).

Po przeczytaniu "Ofiar losu", zacząłem się zastanawiać i przyglądać dyskusji o uchodźcach: ta wielogłosowość od elitarnych stwierdzeń o przedmurzu i polskiej obronie cywilizacji białego człowieka, poprzez umiarkowane, aż do radykalnych pochwał Ratko Mladicia jako specjalisty od ostatecznego rozwiązania kwestii muzułmańskiej, tudzież twierdzeń o herezji Franciszka, skoro głosi ewangelię. W ten sposób doszedłem do wniosku - dowód przez analogię - że postawa Polaków do Żydów w czasie II wojny światowej musiała wyrażać się przede wszystkim przez wydawanie i Judenjagd, a nie przez ratowanie ich za wszelką cenę, nawet jeśli dzisiejsi spece od pamięci narodowej twierdzą inaczej.

Tacy jesteśmy, kiedy się zedrze z nas pazłotko mitów.

 

czwartek, 16 listopada 2017
Dziennik pisany w listopadzie (odc. 2)

 


("Czego nie mogliśmy wykrzyczeć światu", wystawa w Żydowskim Instytucie Historycznym, listopad 2017)

 

Motyl 

Tego motyla, co zapomniał o lecie, co trzepotał uparty w lampie, musiałem wyprosić. Za okno, w jesień. Okazało się, że A. nie lubi gości.

Naczelne

Mieliśmy pójść do zoo, ale Dziecko nie chciało, a chodzenie do zoo, gdy Dziecko nie chce, jest zupełnie bez sensu, bo nas podglądanie zwierząt, pomijając ptaki, niezbyt interesuje. Zresztą w porze kawy, ulice zapełniły się stadami naczelnych z opaskami na rękach (obrączkowanie?) i nie trzeba wcale było iść do zoo. 

Bóg przychodzi w racach

My chcemy Boga: jednak mają mniej wiary niż ich zachodni koledzy, którzy na klamerkach wyrażali pewność, że Bóg jest z nimi. Zamiast Boga przemawia Roberto Fiore, lej na dworcu w Bolonii, nasza podróż poślubna, osiemdziesiąt ofiar na liście w poczekalni.

Bóg przychodzi w racach. Tłum. Takiego go hodowali biskupi (tutaj: pouczająca lektura kazań), rząd głaskał po głowie: lęk pozwala utrzymywać się przy władzy, podsuwał bohaterów instytut od fałszowania historii, nie ma się co dziwić, gdy krzyczy wieloma gardłami.

Ostatnie są liście dębu, złote. Ale już coraz głębiej w zimę, w ziemię.

*

Brzydota poranków głębokiej jesieni, kiedy nie możesz czytać, bo strony zwijają się od wilgoci.

Baśń dalekowschodnia

Czytając do tramwaju. Ziendobry! - zagląda mi w twarz twarz Chińczyka. Idziesz do placy? - kiedy wsiadam, tylko zdołam tak. Tramwaj odjeżdża. Co za historia.

Radość soboty (we wtorek)

Ten ceglany mur przypomina zdjęcia z kostnicy w Tuzli. Nigdy więcej wojny - notuję z wystąpień - to zawsze ocierało się o banał. Warszawskie getto, Srebrenica, Morze Śródziemne.

*

Żywopłot puchaty od wróbli na Bielańskiej.

Baśń francuska

Stoimy na przystanku Stare Miasto. Gdzie jest Stare Miasto? - pyta po angielsku stary Francuz. Tam, piechotą dwieście metrów. - A autobusem? Bo ona nie chce iść - wskazuje na maksymalnie wkurzoną francuską żonę. Potrafię sobie wyobrazić jego rozpacz.

Kwiaty umierają o poranku

Rano w środę szedłem Ogrodem Saskim. Jechały na śmieciarce biało-czerwone wieńce od nieznanego żołnierza. Każde święta kiedyś się kończą.

(11-15.11.2017)

 

środa, 23 sierpnia 2017
Dziennik pisany w sierpniu (odc. 4)

 

(Edward Hopper, rysunek dziewięcioletniego Edwarda na świadectwie z trzeciej klasy, 23.10.1891; źródło: https://davidkanigan.com/2017/08/08/edward-hopper-third-grade-report-card) 

 

Jajo

Z łatwością przejmuję cudze style pisania. Na przykład teraz po Knausgardzie, mam podświadomą ochotę pisać Knausgardem. Zapisywać mój osobisty słownik: drzewa, jajo. Tęsknię za słowami, całe dnie brakuje mi rozmowy, czegoś, co wyrasta ponad proste komunikaty:

- Chcesz coś zjeść? – pytam Dziecka.
- Tato, jajo! – odpowiada.
- Na pewno? – dociekam.
- Jajo! – powtarza.

(Knausgardem: Lubię ten moment, kiedy rozbijam je i spada na rozgrzane masło. Białko ścina się prawie natychmiast. Pilnuję żółtka. Nauczyłem się w domu pod Pizą, żeby jajecznicę smażyć właśnie w ten sposób: dopiero ścięte mieszać, nie wcześniej, nie w kubeczku zanim na patelnię. Lubię ich żółty kolor, którego nie ma w żadnym zestawie kredek Dziecka, ale po cichu przyznam: wolałbym zjeść je na miękko). (16.08.2017)

Na skróty

Skrócenie dnia, przykurcz mięśni, zmrużone oczy. W drugiej połowie sierpnia wszystkiego ubywa. Żal jest miast odległych, nieodbytych podróży, książek, które się miało przeczytać. Ruch autobusów rytmicznie wyznacza każdy dzień. Porządek panuje w Warszawie: sejmikują w niej siwe wrony, a nie gawrony jak w Lu. (17.08.2017)

Moje życie z Edwardem Stachurą

Doprawdy nie wyobrażam sobie siebie wtedy: owej wiosennej pielgrzymki, którą odbyłem na Grochów, aby szukać śladów, bez przerwy słuchania nagrań i powtarzania wersów o trzęsieniu ziemi w Peru i o tym, że z nim będziesz szczęśliwsza. Kiedy opuszczałem Lublin, patronował mi Edward, ten sam, który kiedyś opuścił Lublin, rozczarowany i niechętny. Wybór poety jest tak naprawdę wyborem języka, który potrafisz przyswoić. Z wiekiem otwiera się przed tobą zupełnie odmienny wybór metafor: zaczynasz rozumieć nowe języki, zapominasz starych.

Nieprawda, że się zestarzał, osiemdziesięcioletni Edward Stachura, choć go zaniedbałem, ciągle uczy, że wszystko przemija (lekcja z "Listów do Danuty Pawłowskiej" czytanych jeszcze naiwnie). 

(18.08.2017)

O przemianach pór roku

Letniość sukienek niech cię nie oszuka. Truskawki przecież już jesienne.

Niemniej tamtego lata, wiele lat temu, tego dnia, kiedy byliśmy szczęśliwi, był środek lata. Jesień przychodzi teraz dużo wcześniej. Pory roku są jedynie naszymi uczuciami (19.08.2017).

Mgławica

Mgławicowy oznacza bardziej niż mglisty. Niepewność kryje się w tym dniu. Roi się nam rzeczywistość: babeczka z borówkami, tramwaje w deszczu wzdłuż hali, błogosławieństwo na koniec - albowiem rozkoszować się należy dniami bez wyjątku, nie wiedząc ile ich jeszcze (20.08.2017).

Deszcz

Dzień był lekki. Jasna ciocia uśmiechnęła się i podała Dziecko, Dziecko uśmiechnęło się i pozwoliło usadzić w wózku. Okryłem je kurtką. Padało, ale to był dobry deszcz: drobny i pachniał chmurami. Na przystanku jakiś facet jadł śledzie, które kupiłem mu przed chwilą. Poszliśmy z Dzieckiem do piekarni spytać o ciepłą herbatę dla niego. Była (21.08.2017).

Narada

Cóż mogę ja prosty urzędnik wiedzieć o zepsuciu władzą?
Siedzieliśmy, dziesięciu mężczyzn, za stołem zdobnym w motywy klasyczne i koreczki z rzodkiewką. Wśród nas wielu walczyło kiedyś, ale nikomu nie dało się przeskoczyć płotu. Zastygliśmy w śmiesznych pozach obok, na pośmiewisko historii, która znowu zapragnęła zabawić się nami. Bolały nas niespełnione sny o krwawych rewolucjach: teraz w gabinecie zależało od nas niewiele, ale jednak trochę. Popijaliśmy więc herbatę i wypowiadaliśmy dramatyczne kwestie: powinien zniknąć, potrzeba przesilenia. Och, jak brzydziły nas: polityczna poprawność, uchodźcy i prezydent Słupska. Najbardziej za to podniecała nas możliwość napisania na nowo naszych życiorysów. Żeby zakończyć taniec żałosnych figur, żebyśmy byli wielcy (b.d.)

Rzeczy ważne

Tutaj nie ma sensu - orzekła A., wychodząc. Szukaliśmy sensu (i kaloszków) w sklepie obuwniczym (21.08.2017).

Nadaremno

Powinienem się zdziwić, kiedy kolega-mormon powiedział mi, że nie kupuje w Ikei, bo ona wspiera eldżibiti. Ale nie zdziwiłem, bo działo się to w tygodniu, w którym katolicki ksiądz w państwowej telewizji oświadczył, że zamach w Barcelonie jest boską karą za rozwiązłość a pewien gwiazdor odkrył, że wichura pustoszyła domy grzeszników, omijając te z kapliczkami.

Napisałem do kolegi z krainy zameczków i księżniczek, że mam poważny kłopot z byciem katolikiem w Polsce. Nie lubię form, w których dawno nie ma treści (22.08.2017).

Środa

Trzeci dzień łapie nas deszcz zenitalny około czwartej popołudniu. Zaczyna na Krakowskim i mija, kiedy wsiadam do autobusu, potem z nową siłą uderza, gdy wysiadam z metra. Aż A. kupiła wczoraj parasolkę.

Pocztą przyszedł Kawafis. Chciałbym zacząć pisać nim a nie Knausgardem. Kawafis miał pokreślone pieczątki z biblioteki w Szczytnie. Sprawdziłem, że tam już go nie ma w żadnym katalogu.

Piękne kurki miała kobieta na Wilsonie. Nieziemski z nich zrobiłem sos.

(23.08.2017)

  

niedziela, 06 sierpnia 2017
Dziennik pisany w sierpniu (odc. 1)

 


(Jeanne Moreau i Miles Davis podczas nagrywania muzyki do filmu "Windą na szafot", 1957, Getty Images, źródło: tumblr.com)

 

Życie (I)

Pani wypisuje czerwonym flamastrem kopertę. Imię, nazwisko, data urodzenia, pesel. Pesel zachodzi nieco na puste pole: data zgonu (wypełnić na końcu). Życie to jest taka mała kopertka, jedna z tysięcy w regale.

Nie ma prostszej definicji.

Przed siedemnastą (I)

Harcerki przed wybuchem biegną po lody tajskie. Inne morowe panny z opaskami stoją po lemoniadę. Dwoje z kotwicami spożywa kotlety w restauracji na dole. 

Tragedia zamieniona w niegroźny teatrzyk. Pokazujcie, proszę, wyprute flaki, śmierdzące ciała w letnim ukropie, krew i odchody, pokazujcie nim będzie za późno. Nim z radością pobiegniemy na śmierć.

Głosy

Tego roku dochodzą do głosu nowi powstańczy poeci. Oprócz chłopców, nabuzowanych hormonami, pojawia się kobieta, Anna Świrszczyńska, która nie opowiada pięknych rzeczy:

Ci co wydali pierwszy rozkaz do walki/ niech policzą teraz nasze trupy.

O ojczyźnie

Kolega z pokoju upiera się, że ojczyzna ziemska jest obrazem ojczyzny niebieskiej, że trzeba ją za każdą cenę, że życie to nic. Dyskutujemy zaciekle, co można z ojczyzną ziemską, a czego nie można.

Papież Grzegorz XVI przychodzi na pomoc, gdy pisze tak pięknie o ojczyźnie naszej ziemskiej, Królestwie Polskim: Równocześnie, gdy pierwsze informacje o niepokojach, które poważnie zniszczyły wasze kwitnące królestwo, dotarły do naszych uszu, dowiedzieliśmy się, że wywołali je kłamcy i oszuści. Pod pretekstem religijnym, buntując się przeciw prawowitej władzy książęcej i sprowadzając ojczyznę z drogi posłuszeństwa tejże władzy, napełnili ją żałobą (Grzegorz XVI, Cum Primum, O obywatelskim posłuszeństwie).

Przed siedemnastą (II)

Cała na biało. Prawie wpada pod czerwony autobus. Przezroczysta.

Przed siedemnastą (III)

Na godzinę W jadę z hulajnogą dla Dziecka pod pachą.

(01.08.2017)

Krytyka łapczywości

Ta Jarosławowa łapczywość, podobnie jak sięgająca śniadych ud łapczywość Humberta H. z powieści Nabokova, czyż one - gdy przyglądamy się z boku - nie są wstydliwymi przypadłościami niedojrzałego wieku dojrzałego? (Na marginesie upałów i starszego mężczyzny (tego tutaj), posła partii rządzącej).

(02.08.2017; zapis pod wpływem "Lata" Knausgarda)

Po siedemnastej

Na stacji Ratusz Arsenał turyści: czarnoskóra para z dwoma dziewczynkami, oboje niscy, pani potężne afro, pan wyglądający na urzędnika gabońskiego ministerstwa kultury. Pierwszy raz pomyślałem, że to dla nich niebezpieczne: samemu znaleźć się w tłumie Polaków.

(03.08.2017)

Życie (II)

To, co artykułujemy, co wyrażamy, czy to my sami? Określona obecność w określonym miejscu w określonym czasie? Coraz częściej skłaniam się ku przekonaniu, że myśli są jedynie czymś, co przeze mnie przepływa, i że równie dobrze mógłbym być kimś innym; że nie jest istotne to, kim jestem, lecz to, że jestem (Knausgard, "Lato", s. 13).

Próbując odnaleźć sposób pisania, to znaczy sposób życia. 

(04.08.2017)

Muzyka wieczorem 

Od czasu Wariacji Goldbergowskich w wykonaniu Glenna Goulda aż do dzisiaj, żaden inny dźwięk nie dotarł, wibrując w moim ciele, z uszu do końcówkek nerwów. Milesa Davisa "Kind of Blue" słucham trzustką, kośćmi śródstopia oraz naczyniami włosowatymi. - Pomyślałem o Bachu - mówię A. po trzecim słuchaniu. - Ja też - odpowiada - ale myślałam, że to głupie skojarzenie.

(05.08.2017)

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 34